103 lata doskonałości - Kirk Douglas

O tym, że dożył setki, już wiemy. I chyba cały czas ma się całkiem nieźle.

Jest chyba ostatnim żyjącym przedstawicielem generacji wielkich aktorów pamiętających Złotą Erę Hollywood. Już sam jego „Spartakus" wystarczyłby, by przeszedł do historii kina. Obdarzony niesamowitym poczuciem humoru, szczęśliwie żonaty od 65 lat, doświadczył też kilku dramatów i tragedii. Napisał jedenaście książek. 9 grudnia kończy 103 lata!

Jest chyba ostatnim żyjącym przedstawicielem generacji wielkich aktorów pamiętających Złotą Erę Hollywood. Już sam jego „Spartakus" wystarczyłby, by przeszedł do historii kina. Obdarzony niesamowitym poczuciem humoru, szczęśliwie żonaty od 65 lat, doświadczył też kilku dramatów i tragedii. Napisał jedenaście książek. 9 grudnia kończy 103 lata!

Łódź, 1966 rok. Do tamtejszej szkoły filmowej z wizytą przyjeżdża hollywoodzki aktor Kirk Douglas. Wysłał go do Europy Wschodniej prezydent Stanów Zjednoczonych Lyndon B. Johnson jako „ambasadora pokoju".

W ramach wizyty Douglas odbywa między innymi spotkanie z młodzieżą na Uniwersytecie Warszawskim, ale to właśnie wizyta w „Filmówce" przedstawiona jest w etiudzie Marka Piwowskiego i Feriduna Erola „Welcome Kirk". Widzimy aktora otoczonego dziesiątkami studentów i dziennikarzy. Nic dziwnego, ma już przecież za sobą tytułową rolę przywódcy powstania niewolników w „Spartakusie" Stanleya Kubricka, jak i trzy filmy, za które otrzymał nominację do Oscara: „Champion" (1949), „Piękny i zły" (1952) oraz „Pasja życia" (1957) - za rolę Vincenta van Gogha w tym ostatnim otrzymał Złoty Glob. Jest wielką gwiazdą.

– Chcę powiedzieć, że widzę tu więcej kamer niż w Hollywood – żartuje Douglas. – A poza tym, dlaczego studenci są tutaj, a nie siedzą na zajęciach? – pyta retorycznie.

Dobry humor zdaje się go nie opuszczać, także wtedy, kiedy rozdaje autografy czy popisuje się jazdą konną w westernowym miasteczku i zdradza tajniki ekranowych bijatyk.

Cena bycia macho
Pięć lat temu Kirk Douglas, pytany przez „Variety", co poradziłby młodym adeptom sztuki aktorskiej, odpowiedział: – Chcesz wiedzieć, co powiedziałbym sobie młodszemu? Używaj kaskaderów! Każdego dnia płacę cenę za bycie brawurowym macho. Dwie aloplastyki kolana, problemy z plecami i tak dalej. (...) Czego sobie więc życzę? - zastanawiał się chwilę. - Żeby dożyć setki.

O tym, że dożył setki, już wiemy. I chyba cały czas ma się całkiem nieźle. Zresztą, również pięć lat temu wydał swoją kolejną, jedenastą już książkę, „Life Could Be Verse: Reflections on Love, Loss, and What Really Matters" – zbiór napisanych przez niego na przestrzeni siedmiu dekad poematów, opowieści o karierze i rodzinnych zdjęć. Wśród poprzednich znajdziemy i autobiografie, i zbiory życiowych przemyśleń, i... książki dla dzieci.

Humor dobry na wszystko
Kirk Douglas był i jest obdarzony wyjątkowym poczuciem humoru i dystansem do siebie, które mogą wynikać też z jego życiowych doświadczeń, zwłaszcza dzieciństwa, które spędził w biedzie, jak wielu jego rówieśników wychowanych w amerykańskich domach emigrantów z Europy Wschodniej.

Kiedy w 1996 roku, jako osiemdziesięciolatek, przeszedł udar mózgu, na jakiś czas stracił zdolność mowy. Próbował nawet popełnić samobójstwo. I, jak twierdzi, to właśnie poczucie humoru go uratowało.

- Udar mózgu to straszliwa rzecz, zwłaszcza dla aktora, ponieważ traci się wtedy umiejętność mówienia, a więc i możliwość grania – mówił dwa lata temu magazynowi „Parade". - Na początku myślałem więc, że moje życie się skończyło. Ale kiedy włożyłem pistolet do ust, uderzyłem się w ząb. Wydało mi się całkiem zabawne, że ból zęba powstrzymuje mnie przed odebraniem sobie życia. I dlatego tego nie zrobiłem.

- Jest taki żart – dodał: „Co robi aktor, który nie może mówić? Czeka na powrót niemego kina!".

Frustracja i niezależność
Żarty żartami, ale kino Kirka Douglasa to całkiem poważna sprawa, zwłaszcza gdy składa się na nie bardzo szeroki gatunkowy wachlarz. Wśród przeszło osiemdziesięciu filmów znajdziemy dramaty obyczajowe i sensacyjne, filmy historyczne, przygodowe i science fiction, mniej lub bardziej zwariowane komedie i westerny. Znajdziemy niemal wszystko. Biorąc pod uwagę, że po raz pierwszy na wielkim ekranie zaprezentował się już w roku 1946, w dramacie „Dziwna miłość Marthy Ivers", jego filmy i role nie tylko towarzyszyły zmieniającym się trendom w Hollywood - często je też wyznaczały.

Wystarczy powiedzieć, że to właśnie Kirk Douglas, wspólnie z żoną Annie, założył w 1955 roku jedno z pierwszych w Stanach Zjednoczonych niezależnych studiów filmowych Bryna, od imienia matki aktora. Największe sukcesy osiągnęło, finansując wspomnianego „Spartakusa", a także między innymi przygodowych „Wikingów" (1958), wojenne „Ścieżki chwały", western „Ostatni kowboj" (1962) czy polityczny thriller „Siedem dni w maju" (1964). Wszystkie oczywiście z Douglasem w roli głównej.

– Początkowo chciałem być po prostu aktorem – tłumaczył w 2001 roku w rozmowie z „Ability Magazine". – Nigdy nie myślałem o zostaniu producentem, ale byłem sfrustrowany, ponieważ były konkretne filmy, które chciałem zrobić. Dzięki studiu Bryna stało się to możliwe.

Spartakus jak Trumbo
Jego role zawsze zapadały w pamięć. Grał spojrzeniem, grał prostymi środkami artystycznego wyrazu. Był jak skała. Nie musiał wykonywać żadnych gwałtownych ruchów – wystarczyło, że się na chwilę odwrócił, przeszedł dwa metry, spojrzał w inną stronę, a już wzbudzał niepokój i respekt.

Do historii kina przeszła zwłaszcza pamiętna kulminacyjna scena ze „Spartakusa", kiedy schwytani niewolnicy, wezwani do zidentyfikowania w swoich szeregach przywódcy, po kolei krzyczą „I'm Spartacus!". Niektórzy doszukiwali się w tym nawiązania do funkcjonującej w Hollywood od końca lat 40. do 1960 roku tak zwanej czarnej listy Hollywood, zawierającej nazwiska twórców rzekomo sympatyzujących z komunistami lub tych, którzy odmówili ich wskazania. Wśród nich znajdował się wybitny scenarzysta „Spartakusa" Dalton Trumbo, który przez blisko dekadę mógł pracować jedynie anonimowo. Spędził też rok w więzieniu tylko dlatego, że odmówił podania nazwisk innych „komunistycznych" scenarzystów.

To właśnie Kirk Douglas sprawił, mimo wiążącego się z tym ryzyka, że nazwisko Trumbo wróciło do kina, a cała „czarna lista" Hollywood poszła w niepamięć. – To prawdopodobnie rzecz, z której jestem najbardziej dumny – wyznał w „Ability Magazine". – Cała era McCarthy'ego była karygodna. Każdy się wtedy bał, że zostanie oskarżony o bycie komunistą. Pisarze byli atakowani, jeśli postrzegano ich jako zbyt liberalnych lub komunistycznych. A to przecież nie powinno być przestępstwo. Żyjemy w wolnym kraju.

- Kiedy zaprosiłem Daltona do studia, pierwszy raz od dekady, miał łzy w oczach. Powiedział: „Kirk, dziękuję ci za przywrócenie mojego imienia". Wielu ludzi dziwiło się: „Co ty robisz?". Ale niebo się nie zapadło i później wszyscy z „czarnej listy" mogli już pisać pod własnym nazwiskiem.

- Rzeczy, które lubiłem, zawsze robiłem wbrew głosom innych – mówił już w 1969 roku w wywiadzie dla Rogera Berta. - Dobre filmy zawsze mi odradzano, a do tych złych zachęcano.

Dziwny debiut Kirka Douglasa
Kirk Douglas urodził się jako Issur Danielovitch Demsky 9 grudnia 1916 roku w Amsterdamie, w stanie Nowy Jork. Rodzice, Herszel Danielovitch i Bryna Sanglel, byli biednymi analfabetami, emigrantami z Czausów w carskiej Rosji.

Issur zapragnął zostać aktorem już w wieku 14 lat. Pierwsze kroki poczynił, studiując język angielski na St. Lawrence University w Canton, a następnie otrzymując stypendium na Amerykańskiej Akademii Sztuk Dramatycznych w Nowym Jorku, gdzie przyjechał autostopem, z kilkoma dolarami w kieszeni. Żeby się utrzymać, dorabiał jako... zapaśnik.

Jego debiutem była śpiewana rola chłopca pracującego w Western Union w musicalu „Spirng Again", ale aktorskie plany zrewidowało włączenie się Stanów Zjednoczonych do II wojny światowej w 1941 roku – przyszły gwiazdor do jej zakończenia pełnił służbę w Marynarce Wojennej, tuż przed wstąpieniem w jej szeregi, zmieniając imię i nazwisko na Kirk Douglas. W 1945 wrócił do Nowego Jorku, próbując swoich sił w teatrze, reklamie, radiu i na Broadwayu.

Kluczem, który otworzył przed Douglasem wrota Hollywood, okazał się wspomniany debiut w dramacie Lewisa Milestone'a „Dziwna miłość Marthy Ivers". – To moja dobra przyjaciółka Lauren Bacall zarekomendowała mnie producentowi filmu – wspominał w „Variety". - Dostałem za to największe pieniądze, jakie widziałem w życiu. Bo to właśnie dla pieniędzy przyjechałem do Hollywood.

Roli uczył się w pociągu do Los Angeles tylko po to, by na miejscu dowiedzieć się, że... gra zupełnie inną postać.

Trzy lata później, za rolę nieradzącego sobie z życiem boksera w filmie „Champion", dostał pierwszą ze swoich trzech oscarowych nominacji. Oscara otrzymał tylko raz, w 1996 roku, za całokształt twórczości.

Dobry, zły i niezależny
Douglas ma w swoim dorobku także nominację do Złotej Maliny - za rolę Adama ze stacji kosmicznej Tytan w filmie sci-fi „Saturn 3" (1980). Jak zawsze powtarzał, nigdy nie przejmował się opiniami krytyków. We wspomnianym wywiadzie dla Rogera Berta podkreślał, że nie potrzebuje ich do tego, by mówili mu, że jest aktorem.

– Podążam własną drogą, nie mam szefa i nigdy nie miałem. Twoją jedyną obroną jest twój talent, a ja nie wszedłem do tego biznesu po to, by być grzecznym chłopcem. Robiłem dobre filmy i złe filmy, pozostając niezależny, bez kontraktu, z wyjątkiem jednego roku w Warnerze po „Championie". Zawsze szedłem swoją drogą!

Jedyne, czego żałuje, to, że nie wystąpił w „Locie nad kukułczym gniazdem", ekranizacji powieści Kena Keseya, do której prawa sam wykupił. W filmie z 1975 roku w Randle'a McMurphy'ego wcielił się Jack Nicholson, gdyż 59-letni wtedy Douglas, grający tę postać przez dwa lata na Brodwayu, został uznany za zbyt starego. Nicholson miał lat 38.

- Filmy z czasem stały się bardziej liberalne, podejmują dziś całą gamę problemów - przyznawał Douglas w 2014 roku w wywiadzie dla „Parade", zapytany o różnicę między kinem lat 40. XX wieku a tym dzisiejszym. – Ale filmy to przede wszystkim rozrywka. Nie oglądasz ich po to, by się czegoś nauczyć, ale by się dobrze bawić. Chcesz się przenieść w inne miejsce czy w inną sytuację od tej, w której się znajdujesz.

Miłość w oszalałym świecie
Najsłynniejszym dzieckiem Kirka Douglasa jest oczywiście syn Michael, nie mniej sławny hollywoodzki aktor, urodzony w 1944 roku, jako owoc małżeństwa z aktorką Dianą Dill (1923-2015). Drugi syn, Joel, urodził się trzy lata później. Para rozwiodła się w 1951 roku.

Po trzech latach Kirk Douglas ożenił się Anne Buydens – z tego związku również urodziło mu się dwóch synów: Peter (1955) i Eric (1958), zmarły w 2004 roku wskutek przedawkowania narkotyków.

- Kocham ją – wyznał w rozmowie z „Parade", zapytany o sekret tak długowiecznego małżeństwa. - Zapewnia mi stabilność w tym oszalałym świecie, w którym żyjemy. Anne jest niezwykłą dziewczyną, która tyle razy mi pomogła. Im dłużej ją znam, tym więcej o niej myślę. Małżeństwo z właściwą kobietą jest bardzo ważne.

Groźny udar, który Douglas przeszedł w 1996 roku, nie był pierwszym dramatem w jego życiu. Pięć lat wcześniej przeżył katastrofę helikoptera, w której zginęło dwóch młodych ludzi, co skłoniło go do przewartościowania swojej drogi życiowej i nawrócenia na judaizm.

– Byłem w szpitalu, z rozwalonymi plecami, i myślałem: „Dlaczego ciągle żyję?" - wspominał w wywiadzie dla „Chicago Jewish News". „Mam siedemdziesiątkę na karku, dlaczego więc ci młodzi ludzie zginęli, a ja nie?". To sprawiło, że zacząłem więcej myśleć o moim życiu.

Jak mówi, problemy, jakie nas spotykają, „trzeba znosić, gdyż są częścią życia". Także takie, jak walka z nowotworem jego syna Michaela czy więzienie dla wnuka Camerona, za handel narkotykami; na wolność wyszedł 1 sierpnia 2016 roku, po siedmiu latach za kratkami.

Nie wszystko zostaje w rodzinie
Kirk Douglas, zapytany przez „Parade", co uznaje za najważniejsze w życiu, mówi o pomaganiu innym. – To jest właśnie człowieczeństwo. Dzięki stworzonym przez siebie fundacjom przekazał z żoną dziesiątki milionów dolarów na cele charytatywne. Inwestują w naukę dzieci z biednych rodzin, sfinansowali też wybudowanie 400 boisk w szkołach publicznych w Los Angeles.

– Kiedy zostałem milionerem, przekonałem się, że sukces może być bardzo niebezpieczny, bo niektórzy nie wiedzą, jak sobie z nim radzić. Tym, czym sukces powinien skutkować, jest pomoc i hojność wobec innych.

Jako aktor zawsze był dla nas bardzo hojny. Ostatni raz pojawił się w filmie fabularnym w 2004 roku, w „Illusion" Michaela Goorjiana. Rok wcześniej wystąpił wspólnie z Michaelem, wnukiem Cameronem i pierwszą żoną Dianą w komediodramacie Freda Schepisiego „Wszystko zostaje w rodzinie".

- Tato miał inspirującą karierę - podkreśla Michael Douglas w rozmowie z „Entertainment News". – Jest prawdopodobnie jednym z ostatnich ze swojej wspaniałej generacji. Jego ojca nie było przy nim wtedy, kiedy był potrzebny. Jedną z rzeczy, których tata chciał być pewien, to, że zawsze będzie dla nas.

Trudno o lepszy komplement od wielkiego syna dla wielkiego ojca, świadczący o tym, że o wielkości Kirka Douglasa decydują nie tylko jego role, ale przede wszystkim człowieczeństwo.

Paweł Piotrowicz
onet.kultura
9 grudnia 2019
Portrety
Kirk Douglas

Książka tygodnia

Cztery Dramaty
Wydawnictwo Ossolineum
Cyprian Norwid

Trailer tygodnia