14.11.2017, wtorek (... nie pierwsza ofiara Krakowa ...)

Dziennik z niełatwych czasów

Skończyło się uzgodnione przez zespół embargo na przekazywanie mediom wiadomości o sytuacji w Narodowym Starym Teatrze. Słusznie. Dopóki była nadzieja i podejmowano działania, aby odwrócić decyzje MKiDN – miało ono sens. Teraz już nie ma. I natychmiast nastąpił wysyp artykułów, komentarzy i wywiadów w prasie, Internecie, telewizji i w innych środkach masowego przekazu. Niektóre są wręcz nieprzyzwoite. Wynika z nich, że oto władze zniszczyły wspaniałego dyrektora wbrew wszystkim: dziennikarzom, widzom, artystom...

Uderzmy się w piersi i zadajmy sobie pytanie: kto przyczynił się do odejścia Jana Klaty? Jak było na początku? Od dnia intronizacji otaczał go mur niechęci krakowian, zwolenników miał niewielu. Wielu z tych, którzy dzisiaj tak zażarcie go bronią, wtedy z równą zaciekłością go atakowało. To nie tak dawno, ale pamięć jest wybiórcza! Nasze środowisko było w większości nastawione sceptycznie, duża część publiczności nie chciała go zaakceptować. Do tego Wielki Guru powiedział, że Klata na dyrektora się nie nadaje i jeszcze dodał coś o skłonnościach faszystowskich. To wszystko miało miejsce zanim jeszcze nowy dyrektor zdołał powiedzieć „a". On dopiero raczkował! Z czasem te opinie się zmieniały, a Klata dojrzewał jako dyrektor. Ale wystarczyło, aby sprowokować najbardziej prawicowe ugrupowania naszego miasta. Głośna „wystawka" podczas spektaklu „Do Damaszku" zorganizowana przez Stanisława Markowskiego to najbardziej idiotyczne wyartykułowanie sprzeciwu wobec Klaty – w treści i formie, w czasie i miejscu. A to był początek. Po objęciu władzy przez PiS wysłano do min. Glińskiego petycję o odwołanie narodowego szkodnika. Zastanawiam się, czy gdyby nie bezlitosny krakowski ostracyzm – ten niepohamowany impet kół skrajnie prawicowych byłby możliwy. I czy bez owego impetu „ministerium" zdecydowałoby się „odstrzelić" Klatę. Przecież to wszystko stworzyło bazę do dalszych nieprzemyślanych (już politycznych) ruchów. Teraz drzemy szaty, że może nie wszystko mu wychodziło, ale zawsze wiedzieliśmy, że jest wybitnym artystą i dyrektorem!

Jan Klata to nie pierwsza ofiara Krakowa. Spektakularnie pierwszą był Stanisław Wyspiański, ostatnią, najbardziej znaną, Kazimierz Kutz (może też Ewa Michnik?). Po drodze wielu jeszcze wspaniałych artystów, którzy uciekali stąd gdzie pieprz rośnie, bo zostali z różnych powodów do ucieczki zmuszeni. Więc niech rzuci kamieniem ten, kto jest bez winy. Ba, ale w kogo?

Jestem daleki od tego, aby zdejmować winę z polityków, którzy są ostatecznie odpowiedzialni za niefortunne decyzje. Raczej chodzi mi o ukazanie pewnego mechanizmu. Powtarzalnego, bo przecież okoliczności mojego odejścia ze „Słowaka" były podobne. Samorządowi decydenci zarządzili zmianę zręcznie podpowiedzianą przez część środowiska artystycznego i dziennikarskiego. Może zostali zagnani w sidła własnego populizmu, lub utonęli w partyjnych rozgrywkach? Do dzisiaj otrzymuję „donosy" o tym co wówczas działo się wokół mojej osoby. Nie wierzę we wszystkie, bo to nie do pomyślenia, aby tyle świń chodziło po krakowskich ulicach. Tym bardziej, że od wielu otrzymuję zapewnienie, że z moim odejściem nie mają nic wspólnego. Podobny schemat, choć zdecydowanie inne były okoliczności, inne polityczne tło.

Ale i tak „... kocham Kraków - bo nie od kamieni przykrościm doznał ...". Panu Jankowi życzę tego samego, niekoniecznie „miłością żony alkoholika", jak powiedział kiedyś w jednym z wywiadów.

Krzysztof Orzechowski
Dziennik Teatralny
14 listopada 2017

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia