19.08.2017, sobota (… zalew bezguścia …)

Dziennik z niełatwych czasów

„Top of the Top Festival Sopot 2017". Wczoraj TVN (producent) transmitował na żywo pierwszą jego część: „#ilove ... największe przeboje o miłości", dzisiaj pokazana będzie część druga: „#idance ... morze przebojów", jutro – już nietransmitowana – część trzecia poświęcona kabaretom z udziałem naszych największych kabaretowych artystów. Top of the top – szczyt szczytu! Czy tak rzeczywiście było? Media nie szczędzą piątkowemu wydarzeniu słów krytyki.

Myślę, że na jego ostatecznym kształcie zaciążyło odwołanie tegorocznego „Opola". Rozbudzone zostały ambicje zrobienia czegoś wyjątkowego i niespotykanego na naszym rynku show businessu. A przy takich emocjach i aspiracjach częściej nie wychodzi niż wychodzi. Zapowiadane szumnie „największe święto polskiej piosenki" rozdęto jak przysłowiowy balon i jak przysłowiowy balon pękło. Dziwaczne to było widowisko, w którym zabrakło przede wszystkim stylu, nastroju i pomysłu na „miłość". Tematycznie podzielony festiwal powinien czymś uwodzić publiczność, czymś różnym i niepowtarzalnym. Mnie nie uwiodło nic. Nowe, zapewne odkrywcze aranżacje starych utworów na ogół skutecznie zatłukły smak tekstów i tkliwość linii melodycznych. Parę piosenek znalazło się tu przypadkowo, bo z miłością nie miały wiele wspólnego. Dodatkowo, „kasza" dźwiękowa spowodowana chaotyczną realizacją akustyczną dopełniła wszystkiego. Dziwaczne było też wyciszanie poszczególnych utworów, po to żeby nadać blok reklamowy. Chociaż, paradoksalnie, owe reklamy zapewniały chwilowy odpoczynek dla ucha i – przede wszystkim – dla oka. Były arcydziełem sztuki w tym zalewie nowoczesnego kiczu. Wirtualna scenografia świetlna realizowana przy pulpitach komputerowych była tak przeładowana, że chciałoby się krzyknąć: „Ludzie, zostawcie trochę talentu i środków technicznych na następne realizacje!". Ten agresywny obraz powodował oczopląs i z reguły nijak się nie miał do prezentowanych utworów. Żadnego pomysłu, poza tym, żeby było efektownie i bogato. Więc błyskało, gasło, wirowało, odbijało się, pęczniało, zmniejszało się. Pojawiały się świetlne rozety, trójkąty, koła, kwadraty, prostokąty, romby, słowem cała wirtualna geometria, ale też litery, cyfry, kosmos gwiazd i robaki pod mikroskopem, zmultiplikowane wizualizacje twarze, pokawałkowane korpusy wykonawców, obrazy holograficzne, efekty laserowe, dym i confetti z wyrzutni.

Ale można było „odpocząć" oglądając Polsat. Tam równolegle szedł „Festiwal Weselnych Przebojów – Mrągowo 2017". To następne takie spotkanie z muzycznym „umpa, umpa, umpa, umpa..." i niewiele bardziej odkrywczymi tekstami po słynnej, warszawskiej „Jubileuszowej Gali 25 lat Disco Polo", transmitowanej w czerwcu przez TVP2. A po drodze (lub wcześniej) tego typu imprezy odbyły się w Żurominie, Ostródzie, Koszalinie, Kobylnicy, Olsztynie, Gdyni, Żywcu, Wrocławiu ... Cóż, Polska się bawi! Podobno prezes Kurski sprzyja muzyce disco, wielu polityków ją kocha, a przeogromne rzesze suwerena uwielbiają. Ktoś niedawno skomentował, że utwory te są dla władzy bezpieczne, bo całkowicie apolityczne. „Oczy zielone" mogą patrzeć i z lewej, i z prawej strony, i ze środka.

Nie mam nic przeciwko tym gustom. Pamiętam, że w dawnych czasach Polska też bawiła się, oglądając telewizyjne „Pieśni biesiadne". Są chwile w życiu każdego z nas, że takie bezideowe „umpa, umpa..." chcemy sobie pośpiewać. Sam czasami temu ulegam. Kłopot leży w proporcjach: zalew ogłupia, mniejsza dawka pozwala oderwać się i odpocząć, staje się zabawowym przerywnikiem przy obcowaniu z ambitniejszą twórczoścą. Tego typu muzyka nie tworzy kultury, ale towarzyszy niektórym stadnym zachowaniom społecznym.

Tymczasem, gdy cała Polska tupie w rytmie disco odchodzą autentyczne wartości. Umarł Janusz Głowacki. Słusznie Jan Englert, w swoim krótkim wspomnieniu, zwrócił uwagę, że obok Gombrowicza i Mrożka nie mieliśmy i nie mamy dramaturga, który zdobyłby prawdziwy rozgłos światowy, tak jak Głowacki.

Janusza Głowackiego poznałem w lutym 2011 roku w Teatrze im. Juliusza Słowackiego. Z rozmów i krótkiego obcowania z jego inteligencją, poczuciem humoru i wrażliwością pozostaną mi jak najlepsze wspomnienia. I wpis do książki „Good night, Dżerzi", którą mi ofiarował: „Krzysztofowi Orzechowskiemu troszkę tego śmiesznego koszmaru. Dzięki za wspaniałą interpretację i za zaproszenie Jesienina. Janusz Głowacki". „Interpretacja" dotyczyła czytania fragmentu Jego książki, podczas spotkania autorskiego w specjalnie zorganizowanym Krakowskim Salonie Poezji, a „zaproszenie" odnosiło się do poetycko-muzycznego spektaklu w wykonaniu Oleny Leonenko, prezentowanym w „Miniaturze". Nigdy nie zapomnę tego epizodu!

Krzysztof Orzechowski
Dziennik Teatralny
19 sierpnia 2017

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

"Edyta Stein" - Synago...
Roberto Skolmowski