2:1 Muzyka vs. Nurkowski

"Pajace / Gianni Schicchi" - reż. Włodzimierz Nurkowski - Opera Krakowska w Krakowie

To była istna walka muzyki z reżyserią. Kto wygrał? Muzyka. Reżyser, Włodzimierz Nurkowski, nie miał z nią żadnych szans. Wprowadzając na scenę cyrkowców tańczących breakdance i ostentacyjnie kopiących się nawzajem po pupie, co chyba miało być zabawne, tylko pogrążyło nieudaną reżyserię. Ale po kolei...

Na początek Gianni Schicchi. Ale jak to? Czyżby reżyser zmienił swój pierwotny pomysł ukazania tragedii Pajaców przed humorem Gianniego? Jak dowiedziałam się po premierze, niektórzy soliści nie znali powodu tej zmiany. Podejrzewali jedynie, że reżyser dwa dni przed premierą dał się przekonać większości osób pracujących nad produkcją, by najpierw pokazać komedię, a wieczór zakończyć tragicznie. Często takie zmiany odbierane są negatywnie przez pewną część widowni. Mogą świadczyć o niepewności reżysera, a co za tym idzie, niepewności całego zespołu. Jednak w tym przypadku zmiana nie miała złego wpływu na cały wieczór operowy. Widownia bawiła się nieprzerwanie w trakcie całej, około pięćdziesięciominutowej opery, która ostatecznie została wystawiona jako pierwsza. Większą część humoru zawdzięczamy autorowi libretta i samemu Pucciniemu. Muszę podkreślić, że opera Gianni Schicchi jest jedną z ostatnich dzieł Pucciniego. Charakteryzuje się dużym nowatorstwem technik kompozytorskich, które w czasach Pucciniego nie były jeszcze popularne.

Dlatego chciałabym przede wszystkim pogratulować Tomaszowi Tokarczykowi – dyrektorowi muzycznemu spektaklu, perfekcji w prowadzeniu orkiestry i solistów. Domyślam się jaką trudność mogły stanowić próby muzyczne do wykonania dzieła Pucciniego, które jedynie w niewielkim stopniu przypomina jego „właściwy styl kompozytorski". Puccini dał trudne zadanie śpiewakom, nie tylko w sferze muzycznej, ale również aktorskiej.

W trakcie opery Gianni Schicchi praktycznie nikt z solistów nie schodził ze sceny, wszyscy nieustannie budowali swoje postacie. Nie jest to wcale takie łatwe, utrzymać charakter postaci, z którą się nie identyfikuje w realnym życiu. Poza tym w trakcie opery każdy śpiewak liczy na chwilę odpoczynku za kulisami. Jedynym kameralnym momentem był finał. Biorą w nim udział tylko trzy postacie: Gianni Schicchi, Lauretta i Rinuccio. Te osoby zostały niezwykle wyróżnione swoimi kostiumami, które zaprojektowała Anna Sekuła. Gianni Schicchi (Leszek Skrla) miał na sobie biały garnitur i różową koszulę z szarmancko postawionym kołnierzykiem. Włosy siwe i jakby naturalnie rozwiane przez wiatr, twarz pomarszczona, ale i uśmiechnięta, wyrażająca zadowolenie. Bardzo przypominał bogatego Włocha po czterdziestce, dla którego życie „pełną piersią" dopiero się zaczyna.

Jego córka, Lauretta miała na sobie biała sukienkę w stylu Marylin Monroe, która przy najmniejszym obrocie eksponowała piękne nogi dziewczyny. Moim zdaniem premierowa Lauretta, Paula Maciołek, idealnie pasowała do swojej roli. Naturalną urodą przewyższała amerykańską ikonę seksu. Paula Maciołek przede wszystkim perfekcyjnie wykonała najpiękniejszą arię świata: O mio babbino caro. Jej głos nie był pełen przepychu, był raczej skromny, jednak niezwykła, młodzieńcza barwa głosu i perfekcyjna technika wokalna wydobyły całe piękno tej arii. Paula Maciołek jest studentką krakowskiej primadonny – Katarzyny Oleś-Blachy. Dla widzów Opery Krakowskiej na pewno jest to powód do wielkiej radości i wdzięczności wobec pani profesor, za jej poświęcenie dla kształcenia kolejnych pokoleń wybitnych śpiewaków operowych.

Łukasz Gaj, niezwykle pasował do roli młodego Rinuccia. To jeden z wybitnych polskich tenorów, niegdyś związany ze sceną Opery Wrocławskiej. Gaj, oprócz barwnego głosu, prawdopodobnie posiada również eliksir młodości, ponieważ przez ostatnie 10 lat nie dało się zauważyć upływu czasu na jego twarzy.

Leszek Skrla był spoiwem między dwoma operami, które usłyszeliśmy tego wieczoru. Pierwszą z nich zakończył monologiem, a drugą rozpoczął jako II Prologo. Sam pomysł reżysera, na tego typu „klamrę" był według mnie ciekawy, ale w praktyce duża część widzów zareagowała zdziwieniem i uśmiechem, widząc Gianniego Schicchiego przebranego tym razem w czarny surdut, ale już z posępną miną. Obawiam się, że niedoświadczony odbiorca mógł nie wyłapać bardzo istotnego faktu, iż nie jest to już Schicchi, ale członek trupy aktorskiej – prowodyr tragedii, która zaraz zostanie przedstawiona.
Muzyka w Pajacach zawiera w sobie tak wiele różnorodnych emocji, że można potraktować ją jako samodzielną postać dramatu. Jednak Włodzimierz Nurkowski walczył z nią jak tylko mógł. Na przykład, po bardzo dobrym wykonaniu arii Cania (Tomasz Kuk), Vesti la giubba – widownia, ocierająca łzy wzruszenia, zasłuchana w piękne intermezzo orkiestrowe, była zmuszona przez reżysera do obserwowania dziwnych zachowań cyrkowców, które moim zdaniem, były profanacją muzyki Leoncavalla. Na scenę weszła grupa mimów. Między swoimi cyrkowymi popisami artyści kopali się nawzajem po częściach ciała, które często określane są jako „dolna część pleców". Wszystkiemu akompaniowało wzruszające intermezzo orkiestry. Jednym słowem: skandal.

Nie podobało mi się również ustawienie słynnej arii Neddy (Iwona Socha), Stridono lassù. Pomysł reżysera świadczył o jego braku zaufania do muzyki i do solistów. Ta aria jest już tak bardzo emocjonalna i przepełniona barwami towarzyszącej orkiestry, że nie potrzebuje dodatkowych elementów reżyserskich. W inscenizacji Nurkowskiego dookoła Neddy siedziały dzieci, które trzymały nad nią długie druty, na których przyczepione były kształty ptaków/motyli, a temu wszystkiemu przyglądali się klauni/pajace/cyrkowcy. To wszystko rozpraszało uwagę widza, utrudniało odbiór i przerwało nić powstałą między śpiewakiem a widownią. Bohaterka „ginęła" wśród przytłaczających ją postaci, rekwizytów i bujających się kształtów na drucie.

Jedyne, co naprawdę wstrząsnęło mną w tej operze, to gra aktorska Tomasza Kuka w scenie finałowej. Tak wiarygodnie przekazał wewnętrzny ból i rozdarcie, że dało się to odczuć głęboko we własnej świadomości. Dla takich chwil warto bywać w operze.

K. D.
Dziennik Teatralny Kraków
28 marca 2018

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia

Artyści w spocie przec...
Andrzej Seweryn, Magdalena Boczarska,...