20.12.2017, środa (... ja tylko wzdycham ...)

Dziennik z niełatwych czasów

Czas biegnie nieubłaganie. Zmieniają się konteksty, estetyczne upodobania, doraźne mody. Tego się już nie cofnie. Tym bardziej, że wszystko wiruje w coraz bardziej zawrotnym tempie. Teatr jest inny niż w czasach mojej młodości, a za chwilę będzie jeszcze inny. Pojękiwanie, utyskiwanie, pukanie się w czoło nic tu nie pomoże.

Ze swoimi studentami rozmawiam o „Kartotece" Tadeusza Różewicza. Oglądamy zapisy video kolejnych telewizyjnych spektakli: Konrada Swinarskiego z 1967 r. (z Łomnickim), Krzysztofa Kieślowskiego z 1979 r. (z Holoubkiem), Michała Zadary z 2007 r. (m.in. z Peszkiem). Zarówno ten pierwszy, najwierniejszy pierwotnej wersji dramatu, jak i drugi, opowiedziany językiem zdecydowanie bardziej filmowym nie wzbudzają ich entuzjazmu. Pewne wartości dostrzegają w trzecim, najbardziej od Różewicza odległym formalnie. W tym, który kiedyś wydał mi się okropny. Dzisiaj jestem skłonny w wielu punktach zgodzić się z Zadarą, czyli go trochę zrozumiałem (również dzięki moim studentom). Cóż człowiek uczy się przez całe życie.

Wybrałem „Kartotekę" celowo. Pamiętam jaki szum zrobił się w środowisku teatralnym, gdy ukazała się drukiem pod koniec lat 50. Tak dalece odbiegała od norm obowiązujących wówczas na polskich scenach, że nie bardzo było wiadomo jak ją wystawiać. A znacznie później, kiedy zacząłem dowiadywać się co to jest postmodernizm czy post-dramatyczność, zrozumiałem jakim prekursorem był w naszym teatrze Różewicz. Dla mnie to było zaledwie wczoraj, dla moich studentów to prehistoria. Biologicznie są młodzi i to oni dzisiaj mają rację.

Jeden z nich, Jan Hussakowski, pokazał na tegorocznym festiwalu Boska Komedia wyreżyserowany przez siebie spektakl „Jakoś to będzie. Spektakl o robotach" (Teatr Grupa). Obejrzałem przedstawienie z dużym zainteresowaniem. Jest ważne w czasach, gdy ludzie coraz bardziej się „odczłowieczają", a maszyny coraz bardziej „uczłowieczają". Nasza inteligencja, nasze posłannictwo jest ograniczone nieuchronnością śmierci i tylko w kolejnej generacji myślących komputerów może przetrwać. Diagnoza upiorna, ale nie głupia. Spektakl pokazuje czas, kiedy wszystko się zrównało, człowiek już nie dominuje nad technologią. Nie wiemy czy po scenie chodzą jeszcze ludzie, czy już roboty. Mądrze napisany przez Huberta Sulimę teatralny scenariusz, częściowo wygenerowany został przez komputer. Dobre aktorstwo. Precyzyjna, konsekwentna reżyseria.

Niech uprawiają teatr, w który wierzą, i który czują. Ale żeby przy tym chcieli i potrafili łączyć nowoczesne środki inscenizacyjne z teatralną tradycją, umieli opowiadać na scenie historie, w których obserwacje społeczne i polityczne nie byłyby powierzchowne i banalne, ale głęboko i potrzebnie dotykały naszego życia teraz i w przyszłości. Żeby pragnęli zaciekawiać i skłaniać do myślenia publiczność, a nie obrażać tych, którzy przychodzą do teatru. Tylko wzdycham, ja tylko wzdycham!

Pozornie – werdyktem w duchu mojego westchnienia zakończyła się Boska Komedia. Mam jednak wątpliwości co do ocen międzynarodowego jury. Pisze red. Łukasz Gazur (Dziennik Polski z 18.12.2017 r.): „Werdykt może być zaskoczeniem, bowiem pominięte zostały docenione przez polskich krytyków spektakle uznanych dziś polskich reżyserów (...)". A Bartosz Szydłowski, dyrektor festiwalu, dopowiada: „Jurorzy zagraniczni nie mają obciążenia, jakim jest wiedza o układach i relacjach w polskim teatrze. Mogą oceniać spektakle bez tego bagażu." To prawda. Ale jest jeszcze druga prawda. Jurorzy, szczególnie z innych kontynentów, nie mają bladego pojęcia o specyfice naszego teatru, szczególnie o skomplikowanej relacji (nie tylko w znaczeniu koniunkturalnym, jak sugeruje Szydłowski) między klasyką, a współczesnym punktem odniesienia, również związanym z formą. Nic nie wiedzą o historycznej roli i miejscu klasyki w naszej kulturze. O swoistym uwikłaniu w sprawy narodowe. I to może być też odpowiedź na pytanie dlaczego w werdykcie pominięte zostały spektakle Garbaczewskiego, Klaty, Glińskiej czy Augustynowicz, a w pewnym sensie również Strzępki i Rubina. Inscenizacyjne i treściowe potyczki tych twórców z klasyką (lub tematami klasycznymi) są dla jurorów zbyt hermetyczne. Wolą tematy bardziej uniwersalne. Myślę, że obce im jest także pojęcie teatralnej zespołowości w polskim rozumieniu. Patrzą z perspektywy swoich, jakże różniących się od naszych, doświadczeń. Sprawność czwórki (z pianistką – piątki) świetnych performerów perfekcyjnie wykonujących najprzeróżniejsze ewolucje ruchowo-taneczne zasługuje z pewnością na miano kreacji zbiorowej. Czy to jest to samo co „zespół"? Mam wątpliwości, ale być może tutaj nie mam racji.

Nie chciałbym, aby to co napisałem deprecjonowało zwycięzcę festiwalu – spektakl Teatru Ludowego w Nowej Hucie („Sekretne życie Friedmanów" w reż. Marcina Wierzchowskiego) , który jest świetny. Ani umniejszało sukcesu Komuny - Warszawa („Cezary idzie na wojnę" w reż. Cezarego Tomaszewskiego. Czy też podważało uniwersalne kompetencje teatralne jurorów z Egiptu, Brazylii, USA, Szwajcarii, Niemiec i Korei, zwłaszcza przy ocenieniu festiwali międzynarodowych. Ot, tak mi się jakoś napisało! Głupio? Być może ... Przecież Boska Komedia to arcytrudne logistycznie i doskonale poprowadzone przedsięwzięcie!

Krzysztof Orzechowski
Dziennik Teatralny
20 grudnia 2017

Książka tygodnia

Aktorki. Odkrycia
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia