21.04.2018, sobota (... leniwy tytan pracy ...)

Dziennik z niełatwych czasów

Czytam dzienniki Andrzeja Łapickiego z lat 1984-2005. Tytuł potężnej księgi brzmi: „Jutro będzie »Zemsta«". Gra słów. Nieprzypadkowa. Jeśli tytułowi sztuki Fredry odejmiemy cudzysłów, jeśli zapiszemy go małą literą powstanie pospolita zemsta. Jutro – czyli zza grobu?! "Takiego niegrzecznego się mnie nie spodziewaliście, prawda?" – nie bez satysfakcji napisał autor. A pod datą 14 kwietnia 1996 możemy przeczytać następującą rozmowę z sobą: „Czytam te notatki od początku i zastanawiam się, czy je wydać za życia. Bo chcą. Czy nie wypada? NIE wypada. Po śmierci tak..."

Andrzeja Łapickiego znałem – jak wszyscy w tamtych czasach – ze sceny i z ekranu (telewizyjnego i kinowego), ale też z licznych środowiskowych plotek o kolejnych romansach, o następnym złamanym sercu jakiejś atrakcyjnej blondynki. Poznałem go w warszawskiej Szkole Teatralnej, gdzie był profesorem, dziekanem Wydziału Aktorskiego, dwukrotnie rektorem Uczelni. Ja studiowałem reżyserię, a potem sam zacząłem uczyć. No i jeszcze krótkie spotkanie w Teatrze Dramatycznym, w czasie stanu wojennego. Byłem tam aktorem, a pan Andrzej dołączył na krótki czas do zespołu, w latach 82/83, o ile dobrze pamiętam. Zagrał, podobnie jak ja, w słynnym „Mordzie w katedrze" Eliota w reż. Jerzego Jarockiego i to był jedyny raz, kiedy spotkaliśmy się na scenie (w tym wypadku stosowniej byłoby napisać w katedrze!). Potem, na krótko przed zdjęciem dyrektora Holoubka ze stanowiska, wyreżyserował znakomite „Dwie głowy ptaka" Władysława Terleckiego, spektakl, który nie tylko na mnie zrobił ogromne wrażenie. Łapickiego zapamiętałem, jako przystojnego, nieco sztywnego mężczyznę, eleganckiego i dobrze wychowanego, inteligentnego, zdystansowanego wobec ludzi i zdarzeń, z silnym poczuciem wyższości i pewną dozą megalomanii. I taki jawił mi się do chwili, kiedy zacząłem czytać jego dzienniki. Teraz poznałem lepiej jego prawdziwe „ja" nie skrępowane gorsetem konwencjonalnej poprawności(?), jego twarz, nie skrywaną za maską narzuconego stylu(?).

Na stronicach jego zapisków dosłownie co chwila pojawia się słowo: „miło". „Przyjął mnie miło", „był jak zwykle miły", „rozmowa była miła", „ogólnie było miło". Jest w tym jakiś dramatyczny wyraz niepewności i potrzeba akceptacji. Drugie słowo to „grypa". „Miałem", „rozłożyła mnie", „nabawiłem się", itp. Pewnie chodziło o zwykłą infekcję, bo gdyby pana Andrzeja tak często dotykała prawdziwa influenza, nie dożył by zapewne późnej starości (88 lat!). Ale wyraźnie znajdował przyjemność w oddawaniu się chorobie, która zapewniała mu domowy azyl, ucieczkę przed ludźmi i światem. Taka swoista hipochondria. Trzecim ulubionym słowem Łapickiego było „Zakopane", w kontekście wyjazdów do ukochanej stolicy Tatr, znowu po wolność i oddalenie od męczącej codzienności.

Jaki był naprawdę ten pełen sprzeczności, leniwy (jak często podkreślał) tytan pracy? Czy można przez całe życie od siebie uciekać, tłumić swoje „ja"? Jego córka, Zuzanna Łapicka pisze: „Całe życie przeżył w gorsecie dobrego wychowania. Nie umiał nikomu w oczy powiedzieć prawdy. Podtrzymywał męczące go znajomości, bo tak wypadało. Nie chodził na premiery, żeby nie kłamać, że było świetnie, gdy nie było świetnie. Męczył Go przedwojenny panicz z dobrego domu, którym był do końca, co, jak sam twierdził, przeszkadzało Mu w zawodzie." Zuzanna Łapicka przytacza też pośmiertne życzenia ojca dotyczące miejsca i sposobu pochówku, ale i losu jego notatek: „...później, zza grobu, chcę przypieprzyć wszystkim »Dziennikami«". Czyli kierowała nim potrzeba zemsty. Czym spowodowana? Nie mogę nie zadać tego pytania, ale nie znajduję na nie odpowiedzi: czy chorobliwym brakiem asertywności, czy asekuranckim tchórzostwem? Tak naprawdę zemsta nie jest aż tak okrutna, bo pan Andrzej w swoich notatkach często krańcowo zmienia opinie o ludziach i zjawiskach. Nie jest to więc zemsta z premedytacją, ale emocjonalna i cokolwiek rozchwiana. Starzejący się mężczyzna powierzał kartkom papieru swoje tajemnice, to wszystko czego bał się (nie mógł, nie chciał, nie umiał) wypowiadać głośno.

Poza fascynującą zagadką psychologiczną dotyczącą osobowości twórcy – dzienniki Andrzeja Łapickiego są interesujące jako zapis ciekawych czasów. Nie umilkły jeszcze echa i skutki stanu wojennego, zaczęła tworzyć się nowa rzeczywistość społeczna, ekonomiczna i polityczna, ogromnie rozchwiana, kształtowało się oblicze teatru, takiego jakim jest dzisiaj, z którym, jak wiadomo, nie do końca się zgadzam. Oddając się lekturze, mogłem wzbogacić wiedzę o tamtych czasach, o wielu sprawach nie miałem wówczas – jako początkujący reżyser i młody aktor – pojęcia. Niezależnie od chimeryczności sądów Łapickiego jego zapiski stanowią kopalnię informacji, choć wiem, że w dzisiejszych czasach takie naoczne świadectwa na ogół bywają niedoceniane. Oczywiście, książka pisana jest z punktu widzenia tzw. warszawki i dotyka głównie tamtego środowiska. A niech tam! Na przełomie wieków samorządność lokalna zaledwie raczkowała i najważniejsze decyzje zapadały w Stolicy (a i dzisiaj tak jest!).

Zakończyć wypada cytatem z Szekspira, którego Andrzej Łapicki bodaj nigdy nie reżyserował, twierdząc pragmatycznie, że należy robić to, co się lubi i czuje. Podobnie nie interesował go wielki repertuar romantyczny, bo jak pisze jego córka: „... jak tu wadzić się z Bogiem na Mont Blanc, gdy dobre wychowanie nie pozwala." Wolał Rittnera, czy Zapolską, a nade wszystko swojego ukochanego Fredrę. A jednak Andrzej Łapicki był w drugiej połowie minionego wieku jednym z najbardziej rozpoznawalnych, uznanych i nagradzanych twórców naszego teatru, filmu i telewizji. A teraz zapowiedziany cytat: „Są rzeczy na niebie i ziemi, o których się nie śniło filozofom" (Szekspir, Hamlet).

Krzysztof Orzechowski
Dziennik Teatralny
21 kwietnia 2018
Portrety
Andrzej Łapicki

Książka tygodnia

Zimowa opowieść. Przepaść czasu
Wydawnictwo Dolnośląskie
Jeanette Winterson

Trailer tygodnia