21.06.2018, czwartek (... kto przyjdzie? ...)

Dziennik z niełatwych czasów

Reżyseria wielkich, plenerowych widowisk to wielka sztuka. Trzeba mieć niebywałą wyobraźnię, aby poukładać sobie w głowie co po czym, kto po kim, gdzie i skąd. A przecież operuje się nie tylko pojedynczymi wykonawcami, ale grupami artystów, (choćby tancerzy), filmami puszczanymi na ekranie lub ekranach, samochodami retro, ba, nawet koparką budowlaną(!), czasami końmi, muzyką zarówno na żywym planie, jak i nagraną wcześniej, niezliczoną ilością rekwizytów, kostiumów, skomplikowanym oświetleniem, efektami pirotechnicznymi itp. I nigdy nie ma możliwości zrobić pełnej próby generalnej, która uruchomiłaby wszystkie zastosowane środki inscenizacji. Pracuje się wycinkowo.

Podziwiam Jerzego Zonia, specjalistę od takich widowisk. Podziwiam niezwykłych współtwórców, których przez szereg lat zgromadził wokół siebie. Każdy z nich odpowiada za fragmencik, mały klocek wspólnej inscenizacji. Gdzieś z tyłu głowy musi mieć plan całej konstrukcji, która powstaje tylko raz, w jednym określonym dniu, o jednej określonej godzinie. Wówczas klocki muszą złożyć się w układankę, dlatego wszyscy są niezwykle napięci, wyczuleni nie tylko na siebie, ale też na innych. Każde potknięcie, każda porażka bolą po wielekroć, oj jak bolą! Cenię ich umiejętności! Mogą ponieść artystyczną porażkę, ale nie w tym żadnego oszustwa, hucpy, potrzebny jest czysty profesjonalizm.

16 bm. Jerzy Zoń otrzymał z rąk prezydenta miasta, prof. Jacka Majchrowskiego Nagrodę im. Stanisława Wyspiańskiego za osiągnięcia całego minionego roku teatralnego. To zasłużone trofeum zostało mu wręczone na krakowskim Rynku po pokazie widowiska „Biało – Czerwona". Miałem zaszczyt brać udział w tym widowisku. Było dojmujące i wzruszające. Wyreżyserowane przez Jurka Zonia, powstało według scenariusza, który napisał wspólnie z Bronkiem Majem. Poruszało wszystko to, co było ważne (ale i tragiczne) podczas stu lat, jakie upłynęły od dnia uzyskania przez Polskę niepodległości.

Nie obyło się bez technicznej wpadki. W pewnym momencie na scenę weszła młoda aktorka, Justyna Schneider. Miała zaśpiewać utwór korespondujący tematycznie z Marcem'68. Stanęła na środku i nic. Mijały sekundy, minęła minuta, potem dwie minuty... na scenie to wieczność. Podkład muzyczny gdzieś się zawieruszył. Długą ciszę przerwał z głośników Jerzy Zoń: „Pani Justyno, proszę zejść ze sceny. Wchodzi następny obraz, dajcie beczki!" Żal mi Justyny do dzisiaj. Wyobrażam sobie co przeżyła czekając na pierwsze dźwięki muzyki. I potem, kiedy zorientowała się, że jej moment upłynął bezpowrotnie, a w całym widowisku był to jedyny jej moment. Nie martw się, Justynko, los wielokrotnie wynagrodzi Ci niezawinioną, gorzką porażkę.

Takie dramaty, grożące w każdej chwili zawałem serca, przeżywają aktorzy, obsługa techniczna widowiska, twórcy odpowiedzialni za przygotowanie materiału. Tu nie ma winnych, przecież wszyscy chcą jak najlepiej. Oto koszty uzyskania pięknego, całościowego efektu, wpisane w ryzyko przedsięwzięcia.

Ostatnia scena spektaklu: Jerzy Trela mówi z ekranu: „Chmury nad nami rozpal w łunę,/ Uderz nam w serca złotym dzwonem,/ Otwórz nam Polskę, jak piorunem/ Otwierasz niebo zachmurzone..." Nagle na Rynek wjeżdżają trzy ogromne wozy straży pożarnej, na pełnych sygnałach dźwiękowych i świetlnych. Skutecznie zagłuszają strofy Juliana Tuwima pięknie recytowane przez wielkiego aktora. Nie wiadomo, czy była to tajna broń artystyczna reżysera Zonia (do czego się skłaniam), czy przypadek, czy czyjaś prowokacja (taka opinia przeważała wśród widzów). Nieważne kto i po co, ale było to niesamowite, miało wymiar bolesnej przestrogi, wymiar powtarzalności dziejów i... nieuchronności zdarzeń. Kojarzyło mi się nieodparcie z innym znanym wierszem: „Kiedy przyjdą podpalić dom,/ ten, w którym mieszkasz – Polskę..." Ale kto przyjdzie tym razem?

Krzysztof Orzechowski
Dziennik Teatralny
21 czerwca 2018

Książka tygodnia

Zimowa opowieść. Przepaść czasu
Wydawnictwo Dolnośląskie
Jeanette Winterson

Trailer tygodnia