23.02.2018, piątek (... zimowe podbijanie bębenka ...)

Dziennik z niełatwych czasów

Chyba powinienem odszczekać to co napisałem po naszej porażce na naturalnej skoczni w Piongczangu. Bo potem była skocznia duża i triumf Stocha, wreszcie konkurs drużynowy, w którym zdobyliśmy brązowy medal. Czyli pozytywne życzenia, zamykające tamten mój tekst okazały się prorocze, a wszystko inne czarnowidztwem! Ale jeśli spojrzeć na moje gorzkie refleksje nieco szerzej – wychodzi na to, że nadal pozostają aktualne.

Kończą się igrzyska i z Korei Południowej wyjedziemy najprawdopodobniej z dwoma medalami zdobytymi tylko w jednej dyscyplinie – w skokach. Mogliśmy mieć trzy, nie dwa, a ten brązowy mógłby być srebrny. Tak niewiele brakowało! Włos, coś nieuchwytnego. O tym „czymś" pisałem w tekście z 13 bm.

Cztery lata temu z igrzysk w Soczi nasi sportowcy przywieźli sześć medali (w tym cztery złote: dwa za skoki Kamila Stocha i po jednym za bieg na 10 km klasykiem Justyny Kowalczyk oraz za jazdę szybką na lodzie Zbigniewa Bródki na dystansie 1500 m. Były też srebrny i brązowy dla drużyn panczenistek i panczenistów. Regres jest oczywisty! Właściwie tylko skoki pozostały na porównywalnym poziomie, reszta gdzieś się rozsypała. Inne dyscypliny zginęły w niebycie i niedowartościowaniu, a dzisiaj przysłowiowym sukcesem olimpijskim stało się siódme miejsce, bo to jednak blisko czołówki. W Polsce brakuje torów lodowych do jazdy szybkiej, torów saneczkowych i bobslejowych, profesjonalnych, dośnieżanych tras biegowych i biathlonowych (praktycznie tylko w Jakuszycach). Ale np. sztuczne lodowiska są, tylko olimpijskiej drużyny hokejowej brakuje! Nie widać pracy z młodzieżą, nie ma doświadczonych trenerów, sponsorów, promocji, reklamy itp.

Zdumiewająca jest polityka sportowa naszych władz w odniesieniu do zimowych dyscyplin. Tegoroczna wycieczka do Korei składała się z blisko 70 sportowców. Myślę, że z działaczami, trenerami, obsługą techniczną ekip, masażystami, lekarzami itp. liczba ta znacznie przekroczyła 100! A dziennikarze akredytowani? Bezsensowna wycieczka, bo co ma z tego zwykły kibic (tak ważny dla władz!), poza smakiem porażki (pomijając skoki, rzecz jasna). Żadnych poważniejszych profitów promocyjnych, bo niech nas nie zmyli zapewnienie, że jest to potrzebne młodym sportowcom, jako przetarcie.

Przyszłość widzę czarno. Odnoszę wrażenie, że już niebawem w naszej koronnej dyscyplinie (skoki) trzeba będzie zaczynać wszystko od początku. Bo wcale nie jest pewne czy trener Horngacher będzie dalej u nas pracował. Kadra zawodnicza też prawdopodobnie ulegnie zmianie (z przyczyn biologicznych), co nie znaczy, że wspaniali zawodnicy nie przetrwają czterech lat! Ale to już będzie inny team! O ile jednak ze skokami powinniśmy sobie poradzić, bo udało się zbudować solidne zaplecze, to co z innymi dyscyplinami? Kto po Justynie Kowalczyk? Co z panczenami? A saneczki i bobsleje? A biathlon, w którym ciągle ocieramy się o sukces, ale zawsze coś zawodzi?

Może warto przestać podbijać narodowy bębenek sukcesu, w czym celują dziennikarze i komentatorzy sportowi! No chyba, żeby wprowadzić nową dyscyplinę olimpijską: „zimowe podbijanie bębenka". Sukces mamy zapewniony.

Krzysztof Orzechowski
Dziennik Teatralny
23 lutego 2018

Książka tygodnia

Macbeth
Wydawnictwo Dolnośląskie
Jo Nesbø

Trailer tygodnia