24.05.2018, czwartek (...miał świadomość własnych grzechów ...)

Dziennik z niełatwych czasów

Półtora roku temu napisałem felieton o moim występie w Sztokholmie w tamtejszym, wzorowanym na krakowskim, Salonie Poezji. Tekst został wydrukowany w książce „Teatr świata - świat teatru". Zacząłem wówczas od aury. Był październik i skandynawska przyroda szykowała się do zimy, jeszcze przyobleczona w oszałamiające barwy jesieni.

Tegoroczne odwiedziny (tym razem z Anią Dymną) były w maju i towarzyszył im wiosenny wybuch zieloności w najprzeróżniejszych odcieniach. Ponieważ wegetacja była tutaj nieco spóźniona, jednocześnie zakwitło prawie wszystko, roztaczając dodatkową feerię kolorów. Mogliśmy, nie po raz pierwszy, przekonać się jak piękna jest południowa Szwecja i jak malowniczo położona jest jej stolica, związana blisko z naturą, bo liczne jeziora i wdzierające się w głąb lądu morze są wszechobecne. Zatem ryby, ryby i jeszcze raz ryby!

Ale Sztokholm kojarzy się przede wszystkim z nagrodami Nobla. W 1980 roku, w dziedzinie literatury, otrzymał ją Czesław Miłosz. I właśnie jego poezję czytaliśmy w sztokholmskim salonie. Dzięki mądremu scenariuszowi przygotowanemu przez Anię – z utworami, które autor cenił najwyżej, mówiącymi o rzeczach podstawowych, prostych, ale jakże ważnych, z pominięciem tych najtrudniejszych, nieco przeintelektualizowanych, ze środkowego okresu twórczości, także dzięki pięknej muzyce granej przez naszych „polonusów": Witka Robotyckiego i Janusza Słotwińskiego – spotkanie polonijnej publiczności z twórczością Miłosza udało się, a większość chciała słuchać pięknej poezji. I tylko poezji!

Niestety, podczas rozmowy z publicznością znalazła się jedna osoba mówiąca o Miłoszu jako o polakożercy i bezbożniku, i licho wie kim jeszcze, słowem o Miłoszu — złym Polaku. Skąd my to znamy? Podobne inwektywy towarzyszyły konduktowi pogrzebowemu wiozącemu poetę na krakowską Skałkę w 2004 roku. Niektóre z przypisywanych mu win są prawdziwe, z wieloma rozliczył się w swojej twórczości, za część zdążył przeprosić. Ale na ogół opierają się na zdaniach wyrwanych z kontekstu, z czym mógłbym polemizować bez końca, choć zdaję sobie sprawę, że to nie ma sensu, bo prawdziwi Polacy zawsze będą wiedzieć lepiej.

Z pewnością nie był człowiekiem łatwym, bezkonfliktowym i spolegliwym, zwłaszcza w młodości, na starość łagodniał, prostując szereg spraw. Nigdy jednak nie pogodził się z naszym nacjonalizmem, który przed wojną przejawiał się w postawach skrajnie endeckich, w czasach powojennej komuny też miał swoich wyznawców, choćby w ugrupowaniach „moczarowców", a dzisiaj poglądy te manifestują krzykliwie narodowcy podczas ulicznych pochodów i na piłkarskich stadionach. Słowem nacjonalizm ma się w Polsce nieźle, jest czymś obrzydliwym i groźnym. Piszę to solidaryzując się całkowicie z poglądami Miłosza. Poeta nienawidził również naszego tradycyjnego i dusznego katolicyzmu (jak wielu znanych mi współczesnych artystów). A jednak Miłosz pod koniec życia pojednał się z Bogiem (bo to nie to samo!), przed śmiercią napisał o tym parę dojmujących tekstów ( m. in. „Obudzony", „Sanctificetur", „Jeżeli nie ma"), wcześniej pięknie przekładał też Stary Testament. To nieprawda, że gardził polskim językiem. Przez całe życie pisał i mówił po polsku (również po angielsku). W wierszu „Moja wierna mowo", napisał, że jest „mową konfidentów", ale zaraz potem dodał: „Ale bez ciebie kim jestem. (...) Filozofem takim jak każdy." I nie były to pytania, tylko twierdzenia. A dalej wzruszająca i zabawna twórcza pycha: „(...) muszę ciebie ratować". Powiedział kiedyś, że Polacy to świnie, pisywał, że jego koledzy po piórze są na ogół nieutalentowani, (oni odpłacali mu zazwyczaj pięknym za nadobne). Za te słowa przepraszał wielokrotnie i rozliczał się w swojej twórczości, choćby w „Orfeuszu i Eurydyce": „ (...) Czuł rytm swojej krwi.| Czuł mocno swoje życie razem z jego winą| I bał się spotkać tych, którym wyrządził zło (...)". Miłosz miał świadomość własnych grzechów. Jego twórczość jest wewnętrznie rozdarta, przynosi pytania i wątpliwości, nie daje gotowych rozwiązań i pewnie dlatego jest tak głęboka i dla niektórych irytująca.

Za ratowanie Żydów został Sprawiedliwym wśród Narodów Świata, ale podobno w wierszu „Campo di Fiori" zarzucał swym rodakom antysemityzm, a przecież, jak utrzymują prawdziwi Polacy, u nas go nie ma. Tymczasem wiersz ten jest filozoficznym traktatem o ludzkiej obojętności. Poeta celowo zderza ze sobą dwa sugestywne obrazy: spalenia Giordana Bruna (w kontekście rynku pełnego owoców i kwiatów) i płonącego warszawskiego getta (w kontekście kręcącej się karuzeli i ludycznej zabawy), żeby pokazać, że znieczulica pojawia się wszędzie, niezależnie od geografii, nacji czy religii. Wreszcie oskarża się Miłosza, że nienawidził Polski. W ostatniej dekadzie życia nie musiał opuszczać Stanów Zjednoczonych, a jednak wrócił i zamieszkał w Krakowie. Dosyć! Ta polemika staje się żałosna. Zdumiewa mnie pewna prawidłowość ludzkich zachowań.

Nie mamy zbyt wielu podwójnych profesorów znakomitych amerykańskich uniwersytetów w Berkeley i Harvarda. Ani wielu laureatów literackiej nagrody Nobla (czterech, w tym dwoje poetów). Zamiast ich szanować wycieramy sobie nimi gęby (przynajmniej tymi ostatnimi), bo Szymborskiej też się dostało i dostaje nadal za komunistyczną przeszłość. A jak napadnięto na ks. Bonieckiego za to, że bronił kiedyś Miłosza i jego stosunku do wiary? Być może dlatego Miłosz tak drażni prawdziwych Polaków, że stara się mówić o nas prawdę. A czyż obowiązkiem prawdziwego twórcy nie jest krytycyzm wobec własnego narodu, rozdrapywanie ran i wytykanie przywar i błędów rodakom? Jestem przekonany, że Czesław Miłosz był wielkim poetą. Mam wątpliwości, czy postawy „opluwające" każdy sukces czynią nas wielkim narodem...

Krzysztof Orzechowski
Dziennik Teatralny
24 maja 2018
Portrety
Czesław Miłosz

Książka tygodnia

Gilliamesque
Wydawnictwo Planeta
Terry Gilliam

Trailer tygodnia