39 stopni - farsa inna niż wszystkie

"39 stopni" - Teatr Muzyczny w Gdyni

Duet Jarosław Staniek - Jerzy Jan Połoński dał się już dobrze poznać trójmiejskiej publiczności. Staniek należy do wiernych współpracowników Teatru Muzycznego, a obaj reżyserzy wspólnie podbili już gdańską Miniaturę. Ich praca nad farsą również musiała dać specjalne efekty. I tych w "39 stopniach" nie brakuje.

Spektakl ma posmak komedii gangsterskiej. Bo oto zwykły, szary dzień Richarda Hannaya zamienia się w szaloną ucieczką spod znaku "co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?", po poznaniu tajemniczej Anabelli i zamordowaniu jej w jego mieszkaniu. Fakty nieubłaganie wskazują na Hannaya, więc ten wyrusza, by rozwikłać zagadkę 39 stopni i samemu oczyścić się z zarzutów. Ale policja, a niebawem też ludzie tajemniczego Jordana, depczą mu po piętach. 

"39 stopni" to parodia filmu gangsterskiego Alfreda Hitchcocka z 1935 roku, przeniesiona w realia teatralne. Jarosław Staniek i Jerzy Jan Połoński w żartobliwej konwencji, pełnej teatralnej umowności (np. jezioro "rzucone" na scenę podczas sceny ucieczki z sielskiej "szkuckiej" wsi) czują się jak ryby w wodzie. Dlatego inscenizacyjne pomysły bawią i zaskakują, podobnie jak scenografia Doroty Zalewskiej, składająca się z ram drzwi i okien, drabin oraz mebli na kółkach, które wjeżdżają na kilka minut na scenę, by zaraz z niej zniknąć dzięki sprawnej i licznej obsłudze technicznej spektaklu.

To rodzaj teatru, który nie może się udać bez dobrego aktorstwa. Świetnie w roli zaskoczonego przez los Hannaya radzi sobie Marek Richter, którego bohater jest gąszczu absurdów, jakie go otaczają (niełatwo jest udowodnić, że jest się niewinnym, gdy we własnym mieszkaniu porzuca się zwłoki pięknej kobiety z nożem w plecach) okazuje się bardzo przypominać bohatera filmów Woody\'ego Allena. Brawurowo, niezwykle plastycznie gra Tomasz Czarnecki, który doskonale sprawdza się zarówno w roli surowego wiejskiego chłopa, jak i uroczej małżonki profesora Jordana.

Słabiej od wspomnianej dwójki prezentuje się Anna-Maria Urbanowska (nieco sztuczna i zbyt "musicalowa" w roli Pameli - kobiety poznanej w pociągu, za to wyborna jako żona wieśniaka) i bardzo przerysowany Bernard Szyc. Jednak bardzo gruba kreska i przesadna ekspresja w jego grze doskonale się sprawdzają, gdy Szyc przeistacza się w gosposię Richarda Hannaya lub szefową hotelu, w którym Hannay zatrzyma się, uciekając przed gangsterami z tajemniczej organizacji "39 stopni".

Ten szalony, momentami bardzo montypythonowski humor (człowiek-szczelina, człowiek-bagno) i szereg odwołań do filmów Hitchcocka (muzyka z "Psychozy" podczas ucieczki z samochodu z przymusową towarzyszką niedoli, czy parodie scen z "Okna na podwórze") daje posmak wyrafinowanej komedii. Na szczególną uwagę zasługuje też świetnie prowadzony przez dwójkę reżyserów ruch sceniczny (np. spacer po posiadłości państwa Jordanów) i kostiumy Doroty Zalewskiej, zmieniane w czasie spektaklu przez aktorów (podobnie jak role) po kilkanaście razy.

Szereg przezabawnych gagów (widok z okna na szpiegów pod latarnią polega na tym, że gdy bohater wygląda, dwójka aktorów podbiega z latarnią na scenę, stawia ją i staje pod nią na chwilę, póki Hannay nie przestanie patrzeć przez okno) pozwala też sytuować ten spektakl po stronie farsy. Tu jednak zaczynają się kłopoty - przedstawienie w swojej konwencji jest zdecydowanie za długie, momentami (zwłaszcza w drugiej części, podczas scen w hotelu) nużące. Tempo - po perfekcyjnie, brawurowo przygotowanych scenach (fantastyczny pościg, z wykorzystaniem pantomimy, wewnątrz i po dachu pociągu) - gwałtownie spada. Niektóre rozwiązania sceniczne są chybione (ucieczka z domu profesora Jordana). Zresztą, intryga ma tu drugorzędne znacznie, jest pretekstem do zabawy teatrem.

Gdyńskie "39 stopni" to druga realizacja tego tytułu przez Jarosława Stańka i Jerzego Jana Połońskiego, którzy w 2009 roku przygotowali ten spektakl w Teatrze Powszechnym w Łodzi. Pierwsze dwie premiery Nowej Sceny pochodzą więc z rynku wtórnego, bowiem podobnie było z inaugurującym Nową Scenę - "Balem w Operze" w reż. Wojciecha Kościelniaka (chociaż reżyser wprowadził nowe rozwiązania inscenizacyjne i inaczej porozmieszczał akcenty to pozostał wierny swojej interpretacji z wrocławskiego przedstawienia, poza tym oba "Bale..." Kościelniaka są identyczne w najważniejszej swojej warstwie - muzycznej). Nowy obiekt, nazwany przecież Nową Sceną, powinien prezentować nowe spektakle, które nie będą teatralnym second handem. Co nie zmienia faktu, że "39 stopni" to solidna, choć przydługa porcja inteligentnej teatralnej zgrywy.

Łukasz Rudziński
www.trojmiasto.pl
7 maja 2012

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia