5.09.2017, wtorek (... pomruki niezadowolenia ...)

Dziennik z niełatwych czasów

Jakiś czas temu powstał ruch społeczny twórców, odbiorców i uczestników kultury pod nazwą Kultura Niepodległa. Ruch – jak deklarują jego inicjatorzy – spontaniczny, oddolny, nieformalny i apolityczny. Mam z tym kłopot i długo zwlekałem zanim zacząłem pisać. No bo z jednej strony deklarowane w manifeście hasła są mi bliskie. Ruch będzie wspierał różne głosy i różne poglądy, bo kultura jest różnorodna.

Na jej rozwój powinni mieć wpływ zarówno twórcy jak i odbiorcy (sztuki, bo chyba nie kultury – ale o tym za chwilę). Kultura musi być doceniona i dofinansowana. Ważny jest szeroki do niej dostęp, ważna edukacja kulturowa w powszechnym nauczaniu, bo to warunek rozwoju społeczeństwa. Trzeba przywrócić działania misyjne w mediach, przede wszystkim w telewizji. Instytucje kultury powinny być niezależne od odgórnych nacisków. To wszystko rozumiem i pod tym się podpisuję. Ale dalej? Nie żebym, broń Boże, był przeciw, ale nie do końca rozumiem, a jeśli mam być „za" muszę rozumieć wszystko. Dalej jest najważniejsze, bo żeby osiągnąć zamierzone cele autorzy (?) manifestu chcą zapewnić obywatelom większy wpływ na politykę kulturalną Polski oraz uchronić kulturę od wpływów jakiejkolwiek partii.

W tym celu postulują powstanie nowej sejmowej ustawy i powołanie Obywatelskiej Rady Kultury. Powtarzam, nie jestem przeciw, ale coś mi się nie zgadza. Przecież ruch w założeniu ma być apolityczny! Jak to połączyć? Apolityczność trzeba chyba rozumieć jako dążenie, jako cel wszelkich działań. Jakich? Rzecz jasna – politycznych. Zanim nastąpi (oby) szczęśliwy finał sygnatariuszom przyjdzie stoczyć potężną batalię z władzą, stanąć po jednej stronie barykady, a wówczas deklarowana różnorodność światopoglądowa członków ruchu może stać się mrzonką. Zresztą co dziś nie jest polityczne?

Nie to jest najważniejsze. Wszyscy wnikliwsi obserwatorzy wiedzą po co i w jakich okolicznościach ruch powstaje, że jest kolejnym wyrazem obywatelskiej niezgody, takiej jak ta sprzed sądów, czy z manifestacji KOD-u. A tym myślącym wolniej przyda się szczypta demagogii. Ale nie bujajmy się – ruch nie jest ani apolityczny, ani oddolny. Przecież pomysł musiał zrodzić się w czyjejś (lub czyichś) głowach, co zresztą nie jest zarzutem. Mam natomiast wątpliwości do jego nazwy, do relacji między słowem „kultura", a słowem „niepodległa" i odwrotnie. Pomyślałem sobie, że warto sięgnąć do podstawowych definicji. Pojęcie „kultura" jest skrajnie niejednoznaczne i niezwykle szerokie. Można jednak w uproszczeniu określić, że kultura jest całokształtem duchowego i materialnego dorobku społeczeństwa i bywa utożsamiana z cywilizacją. Że składają się na nią dziedzictwo, wzorce wyuczone, działania twórcze itp., itd. Słowem, wszystko! I graffiti na murze, i ilość sprzedanych egzemplarzy „Wesela", i nowa premiera Lupy. A w nauce kultura nie jest pojęciem wartościującym. Myślę, że odniesienie kultury do niepodległości jest nielogiczne. Kultura rozwija się jakby ponad, samoistnie wchłania różne mody, style, poglądy... A pojęcie „niepodległość"? Weźmy dla przykładu niepodległe państwo, czyli takie, które cieszy się wolnością, samo o sobie stanowi, dba o swój rozwój i dobrobyt obywateli. Ale warto pamiętać, że organizacja każdego państwa musi opierać się na zasadach ekonomii. Wydatki i przychody winny się z grubsza bilansować. Jeśli wyrwa w budżecie staje się zbyt duża i państwo zaczyna się zadłużać, to traci swoją niezależność na rzecz wierzycieli, a w dłuższej perspektywie jego niepodległość zaczyna być zagrożona. Kultura jest niepoliczalna, a uprawianie sztuki (pomińmy sztukę komercyjną) sporo kosztuje i nie bilansuje się nigdy (chyba, że jako tzw. wartość dodana). Ktoś musi za to płacić. Demokratycznie wybrane władze mają prawo dysponować społecznymi pieniędzmi, czasami przekazują część z nich do obywatelskiego podziału na jakiś cel. To w skali micro. Ale w skali macro, jako system obowiązujący powszechnie, nie wydaje mi się to realnie możliwe.

Myślę, że w nazwie ruchu Kultura Niepodległa istnieje zasadnicza sprzeczność, jedno pojęcie jest kompletnie obok drugiego. Prawdopodobnie jest to skrót myślowy i tak naprawdę chodzi o niewielką cząstkę składową kultury: o nieskrępowane uprawianie sztuki i wolność wyboru dla twórców i odbiorców. Ale czy ów skrót nie jest zbyt duży?

W „googlowych" wypowiedziach na temat kultury niepodległej ktoś przywołał przykład Wojciecha Młynarskiego. Jako wzorzec. No dobrze, ale jego postawa była wynikiem indywidualnego wyboru, determinacji i konsekwencji w działaniu. To jest przykład jednostkowy. Pewnie można go rozszerzyć na grupy twórcze o zdecydowanym programie. Ale jaki to ma związek z postulowanym rozwiązaniem systemowym?

W O!Kulturze (Platforma Onetu) przeczytałem zapowiedzi Jacka Wakara dotyczące przyszłego sezonu teatralnego. Serce mi rosło. Cóż za różnorodność tematów, twórców, estetyk. Jeśli choć połowę z tego uda się zrealizować, będzie to arcyciekawy sezon. Te zapowiedzi absolutnie nie wymagają wybijania się na niepodległość, przynajmniej w dziedzinie teatru. Ktoś powie: a Narodowy Stary Teatr w Krakowie, a wrocławski Teatr Polski, a Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku? To prawda. Wstyd i żal. Dlatego ostrzegawcze pomruki obywateli są uzasadnione i potrzebne. I dlatego mój stosunek do Kultury Niepodległej jest ambiwalentny.

Bredzę? Może nie, ale jestem upierdliwy. Kultura (rozumiana jako bycie „w" i „dla") ma nie podlegać nikomu i niczemu. Piękne i szlachetne hasło. I utopijne.

Krzysztof Orzechowski
Dziennik Teatralny
6 września 2017

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

"Edyta Stein" - Synago...
Roberto Skolmowski