50 lat bez kropki nad i

Tydzień Jarockiego w Teatrze Narodowym w Warszawie to okazja, by poznać całą twórczość jubilata, wybitnego reżysera. To także szansa, by odkłamać krążące na jego temat mity i nieporozumienia.
Jerzy Jarocki, rocznik 1929, to jeden z najbardziej współczesnych reżyserów. Sięga najczęściej po teksty wielkie - dramaty Różewicza, Mrożka, Gombrowicza, Witkacego. Jednak nie ze względu na kult literatury, lecz dlatego, że najlepiej odpowiadają na aktualne wyzwania rzeczywistości. M.in. dlatego unika patetyzmu tekstów romantycznych. Nie jest niewolnikiem liter - jego spektakle to często składanki, sample, kolaże. Był nowoczesny i otwarty na nowe formy, zanim jeszcze Jan Klata czy Maja Kleczewska przyzwyczaili nas do luźnego traktowania dramatów. Podobnie jak Jerzy Grotowski studiował w moskiewskim GITIS-ie, jednak wyobraźnia teatralna obu twórców rozwinęła się w skrajnie różnych kierunkach. Grotowski szukał źródeł teatru, Jarocki traktuje teatr jako dialog ze swoimi czasami i opowieść o ludziach rozpaczliwie poszukujących ostatecznych odpowiedzi, sensu życia, podstawy prawd moralnych. Mniej interesuje go zmienność wydarzeń historycznych. Bardziej - tendencje filozoficzne leżące u ich podstawy. Dlatego w jego spektaklach stale obecne są teksty myślicieli mających największy wpływ na współczesnych - od Simone Weil do mówiącego o wirtualnym kapitalizmie Żiżka. Jarocki wystawiał na wielu scenach Europy, m.in. w Zurychu, Monachium, Amsterdamie, Norymberdze, Rosji i Jugosławii. Do jego najbardziej znanych spektakli należą: wystawiany wielokrotnie "Ślub" Gombrowicza (pierwszy raz w 1959 roku w specjalnie powołanym na tę okazję teatrze przy Politechnice Gliwickiej - była to polska prapremiera. Kanoniczną wersją jest spektakl z Teatru Starego z 1991 roku), "Matka", "Życie jest snem", "Wyszedł z domu", "Moja córeczka", "Stara kobieta wysiaduje", "Kasia z Heilbronnu", "Grzebanie", "Faust", "Płatonow". Joanna Derkaczew: Spodziewa się pan już, jakie będą nagłówki gazet w dniu jubileuszu 50-lecia pracy artystycznej? "Pół wieku teatralnego racjonalisty", "Święto mistrza zimnej precyzji", "Teatralny biograf Gombrowicza, Witkacego, Mrożka po 50 latach mówi o własnej biografii"? Jerzy Jarocki: Proszę mnie nie rozśmieszać. Jakie nagłówki? W "Gazecie" są takie: "Wyścig spermy w Teatrze na Woli", spektakl rewiowy "Pocałunki świata". A te domniemane przez panią nagłówki to dno. Nie mam aż tak złego mniemania o piszących o teatrze. Mogę sobie nawet wyobrazić, że ktoś napisze: "Owo kultywowanie myślenia polega u Jarockiego na głębokiej wierze, że wszelka energia bierze się z pękania czaszki, a nie rozrywania serca". Albo: "U Jarockiego na to, co skrajnie subiektywne, niespokojne, nakładają się pozory bezstronności i chłodu". Dzięki temu to, co "niedokończone, ciemne, niejasne", w ogóle zapewne daje się wyrazić. Czy też: "Myślę, że cała ta kalkulacja, ta precyzja jest artykulacją bardzo silnych emocji". To oczywiście cytaty z dawnych lat: Holoubek, Marta Fik, Radziwiłłowicz. Ale nie sądzę, żebym po 50 latach tak się zmienił. Nie warto też oskarżać o suchy intelektualizm autorów, którym zawierzyłem i poświęciłem gros czasu z tych 50 lat. Np. w "Błądzeniu" dobitnie uwyraźnia się ogień emocji dotyczących tajemniczego ludzkiego fenomenu we wszechświecie. Spotkanie Gombrowicza z Simone Weil podsyca płomień ciekawości, jak to się dzieje, że niegłupi przecież przedstawiciele ludzkiego gatunku potrafią tak mocno uwierzyć czy urządzić się dzięki metafizyce. To jej proste rozwiązanie ostateczności przerzucające całą odpowiedzialność na Boga było dla niego zupełnie nie do przyjęcia. Te dręczące pytania "rozsadzające czaszkę" towarzyszyły mu w "Ślubie" i w "Kosmosie". Nie pozwalały zamknąć utworu jednoznaczną odpowiedzią. W "Ślubie" ostateczną wszechmoc człowieka, w "Kosmosie" bezsensu i chaosu, i przypadku za odpowiedź jedyną - uznał za niemożliwe. Wolał się wycofać. Wracając do biografizmu - ani "Grzebanie", ani "Błądzenie" to nie biografie, ale błądzenie i grzebanie w tych czeluściach duchowych. Ale w "Miłości a Krymie" natrząsa się pan z teorii przesyconych tanią emocjonalnością. Myślę, że w naszej warszawskiej "Miłości na Krymie" drwiny jest o wiele mniej niż u Mrożka. Szczególnie w III akcie, w którym dopisałem najwięcej tekstu. Może niektóre przypominają New Age, ale monologi Czelcowów powstały np. z cenionej przez Dostojewskiego książki Mikołaja Fiodorowa. I w idei są bliższe niektórym dokonaniom nowoczesnej fizyki molekularnej. Najwięcej uciechy publiczności sprawiają jednak przytoczone przeze mnie etiudy Petera Brooka. Lenin z kolei najczęściej cytuje ekonomiczny bestseller "Imperium" Amerykanów Harta i Negri, skomentowany przez Żiżka, a uznawany za manifest komunistyczny XXI w. O księgowości, zapisie, który umożliwia lustrację, Lenin cytuje samego siebie. A ode mnie dodane są tylko marzenia o jednym wielkim obozie koncentracyjnym dla ludzkości. Żiżek, współczesność jako obóz koncentracyjny To brzmi jak materiał do spektakli René Pollescha. Może powinien był pan wystawić ostatniego Mrożka w TR Warszawa u Grzegorza Jarzyny? Skoro Jan Klata zrobił tam właśnie "Szewców", którzy z kolei są "pana" tekstem. A właśnie. W "Gazecie" jest także tytuł "Klata o Polsce" i "Klata zaprasza". Myśli pani, że powiem: "Tylko nie to, przecież mamy wojnę młodzi-starzy"? Cały ten konflikt wymyśliły media, które próbują jednocześnie wmówić młodym, że robią szalenie nowoczesne spektakle zanurzone we współczesności. Tymczasem Klata, Maja Kleczewska, Krzysztof Warlikowski robią często świetny teatr, ale to nie znaczy, że mówią zawsze o sprawach najważniejszych. Najważniejsza, aktualna to była "Wielka Improwizacja" Gustawa Holoubka w Dejmkowskich "Dziadach". Nadał tekstowi prawdę, przezwyciężył fałszywy patos i dotykał spraw wówczas najważniejszych. Po tym spektaklu nie miałem już nigdy potrzeby sięgania po "Dziady" i większość romantyków. Bo czy można było zrobić coś więcej niż Dejmek te 40 lat temu? A współczesność to śliski temat. Można grać w historycznym kostiumie, aby być bliżej trosk współczesnego człowieka niż wtedy, gdy puszcza się na ścianę dziesiątki wideoprojekcji. Postmodernizm skutecznie zniósł wszelkie ograniczenia. Kult autora - różnicę między czytanym a pisanym, mówionym a pokazywanym, własnym a cudzym. Poszerza się pole teatralności, granice między spektaklami a "projektami", wydarzeniami znikają. A pan czuje niepokój, potrzebę powrotu do granic? Przecież sam nieustannie je zacieram. Czym są te moje "biograficzne" spektakle, w których usuwam bariery między życiem a sztuką, faktami a bohaterem wymyślonym? A czasem nawet między aktorem a reżyserem. Myślę, że w takim klimacie zacierania granic, błądzenia i szukania byliśmy już od dawna. Postmodernizm, destrukcjonizm, postdramatyzm - to wszystko nienowe. Ale mimo wszystko cenię także czystość gatunku, czystość formy. Tutaj, na takim gruncie mniej jest hochsztaplerki. A granice? Sam przeszedłem granicę, gdy po studiach aktorskich w Krakowie wyjechałem do Moskwy uczyć się reżyserii. Aktorstwo przestało mi wystarczyć, choć podobno nieźle się zapowiadałem. Tak przynajmniej twierdził Holoubek. Kiedyś spotkałem go w przerwie "Mazepy" w Teatrze im. Słowackiego. A grał tam akurat młodziutki Łomnicki. Holoubek pyta "I jak?". "Fantastycznie, profesorze, świetny ten Łomnicki". A on na to: "Ty zagrałbyś to lepiej". Byłem oszołomiony, ale na szczęście nie przywiązałem się za bardzo do tej myśli. W GITIS-ie nie pyszniłem się z kolei tym, że jako 19-latek zagrałem Lenina w "Rodzinie" u Lidii Zamkow. Tam rolę Lenina dostawali tylko najwybitniejsi i najbardziej zasłużeni aktorzy. Z aktora stałem się więc reżyserem, za to moim aktorom powierzam często zadania parareżyserskie. W "Miłości na Krymie" Jan Frycz jako Zachedryński bez przerwy celebruje, kieruje, ustawia, prowokuje do zachowań zgodnych z jego rozumieniem rosyjskości. W tym przypadku jest to rosyjskość odczytywana przez kod czechowowski. A to znaczy, że samowar musi pojawić się we właściwym momencie, że do herbaty muszą być konfitury, że o zmierzchu śpiewa się pieśni przy gitarze, a trzy siostry Prozorow nigdy nie wyjadą do Moskwy. W "Kosmosie" sprężyną wydarzeń jest Fuks Marcina Hycnara. Przekraczanie granicy aktor-reżyser to metoda? Nawet jeśli mam metodę, to nigdy się do tego nie przyznam, bo wtedy musiałbym pewnie napisać książkę. Jerzy Grotowski, który dzięki mojej pomocy także spędził kilka miesięcy w GITIS-ie, lepiej to sobie wymyślił. Sprawę metody załatwił zdaniem: "Ja zacząłem tam, gdzie skończył Stanisławski". Poza tym ja nie jestem zwolennikiem ostatecznych rozwiązań, jedynie słusznych odpowiedzi, stuprocentowej pewności. Przez te 50 lat unikałem stawiania racjonalizujących kropek nad i. Czy jest jakikolwiek powód, by stawiać je akurat teraz?
Joanna Derkaczew
Gazeta Wyborcza
12 listopada 2007
Portrety
Jerzy Jarocki

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia