Ach, to polskie wesele

Wesele – reż. Jakub Roszkowski – Teatr im. H. Ch. Andersena w Lublinie

„Wesele" Wyspiańskiego wcale nie skończyło się w nocy z 20. na 21. listopada 1900 roku. Ono nadal trwa, choć nie pamiętamy kto się żenił i właściwie dlaczego. Była na pewno jakaś muzyka, alkohol i nic nieznaczące rozmowy. Jakiś nieproszony gość też się zjawił i przyniósł jakiś złoty róg. Każdy, kto omawiał tę lekturę w szkole, coś na pewno kojarzy. Wtedy też, oglądając spektakl w reżyserii Jakuba Roszkowskiego, nie zauważy, jak wiele reżyser i aktorzy zawarli w nim nowości.

Pod koniec XIX wieku w modzie były wesela pomiędzy szlachetnie urodzonymi oraz chłopstwem. Ci pierwsi postrzegali wieś przez pryzmat kochanowskich wierszy; drudzy natomiast nie chcąc być gorsi, pragnęli udowodnić swe oczytanie i zainteresowanie polityką. Pan Młody (Bogusław Beniu Byrski) i Panna Młoda (Wioletta Tomica) poszli za przykładem społeczeństwa. Tyle że ich zaślubiny szczególnie utkwiły w pamięci każdego uczestnika przez pojawienie się pewnego Chochoła (Bartosz Siwek).

„Wesele" to jeden z najbardziej znanych dramatów polskich. Od jego debiutu do dnia dzisiejszego powstało wiele interpretacji. Stąd też reżyser Jakub Roszkowski postawił sobie niemałe wyzwanie, by jego spektakl okazał się czymś wyjątkowym. Opracował na nowo dobrze znany dramat, nanosząc na scenariusz własne teksty, oraz zmienił chronologię wydarzeń. Bohaterowie dramatu mówią najczęściej te same słowa, co u Wyspiańskiego, tyle że kładą nacisk na inne emocje: jak się okazało Panna Młoda wcale nie należała do spokojnych, nieśmiałych dziewcząt, Pan Młody chodził często bez spodni, a wina za zaprzepaszczenie szansy na udane powstanie spoczywała głównie na Gospodarzu (Mateusz Kaliński). W dodatku wszystkie duchy stały się jednym Chochołem, który niewiele się różni od zwykłego dostawcy jedzenia.

Czy te wszystkie zmiany w scenariuszu sprawiły, że „Wesele" zatraciło swój pierwotny wydźwięk? Niekoniecznie. Marazm wprawdzie nie przybiera formy chocholego tańca, ale zamiast tego objawia się hibernacją bohaterów w otoczeniu swych masek. Każda z postaci nosi swą własną, dopasowaną do jego osobowości marionetkę, która przylega do niej niczym druga skóra. Tak, jakby reżyser postanowił zaczerpnąć nieco od Gombrowicza i jego Gęby. Sytuacja, w której się od nich odrywają, stanowi jeden z ciekawszych wątków spektaklu. „Laska błazeńska" nie była podobnie dobitnie przedstawiona w oryginale. Tak jak złoty róg wykonany z lodu.

Przedstawienie postaci również nieco się zmienia. Bohaterowie dramatu wciąż mają nadane im przez Wyspiańskiego cechy, a mimo to oglądając ich stroje i gesty, widz doświadcza zupełnie innych wrażeń. Ostatecznie niczym nie różnią się od stereotypowych gości wesela – piją, palą, krzyczą, ledwie trzymając się na nogach. Aktorzy noszą standardowo skrojone garnitury, natomiast aktorki mają na sobie za krótkie i za nisko ściągnięte sukienki. Nawet Panna Młoda wyróżnia się swoją czernią, nie wspominając już o bardzo zwyczajnym Chochole w szarym sweterku.

Aktorzy wykonali swoją pracę poprawnie, bez dostrzegalnych uchybień bądź gaf. Widać, że starali się dodać swym postaciom cech indywidualnych, które by je czymś wyróżniały na tle pozostałych adaptacji. Szczególnie zapadła mi w pamięci rola Wioletty Tomicy. Mimo że w porównaniu do Mateusza Kalińskiego bądź Bartosza Siwka, nie miała do powiedzenia za wiele tekstu, poprzez barwę głosu i ekspresywne emocje nadała Pannie Młodej charakteru całkowicie przeciwnego do tego z dramatu Wyspiańskiego. Przyszła żona była dumną postacią, niepodległą wobec męża. Taką na miarę XXI wieku.

Scenografia nie odbiega od typowego, wiejskiego wesela w remizie. Wersalka stoi w otoczeniu stolików przepełnionych butelkami oraz porozrzucanym jedzeniem. W oczy rzucają się setki wypalonych petów na scenie, tworzące obraz wesela nienajkulturalniejszych gości, którzy siedzą na złączonych skrzynkach po piwach.

Wydźwięk dramatu jest jasny i zrozumiały, mimo że akcja w drugiej części spektaklu znacząco różni się od oryginału. Reżyser udowodnił widzowi, iż niezależnie od czasów, w których żyjemy, nasza polska mentalność niewiele się zmieniła. Nie tylko zostawiamy trudne sprawy „na lepszą okazję", ale także w ważnych sytuacjach często wolimy schować się za swymi maskami – innym, wyimaginowanym „ja" – byle by tylko uciec od odpowiedzialności.

Brzmi znajomo, prawda?

Marta Cecelska
Dziennik Teatralny
26 października 2017
Portrety
Jakub Roszkowski

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia