Akt miłosierdzia

"Czyż nie dobija się koni?" - reż. Wojciech Kościelniak - Teatr Wybrzeże w Gdańsku

Książka - film - teatr. Tylko największe dzieła mogą wyjść zwycięsko z takiej próby. Przejść całą drogę bez ani jednego potknięcia, bez upadku. Pomysł Horace'a McCoya jest prosty. Grupa ludzi staje do konkursu. Ich cel jest jasny - wygrać. Tak się przynajmniej zdaje na początku. Wystarczy jednak umieścić akcję w czasach Wielkiego Kryzysu, aby „wygrać" zamieniło się na „przetrwać". To nie nagroda jest motywatorem. Ci ludzie nie mają nic - pieniędzy, dachu nad głową, nadziei, szansy i wyboru. To jedzenie i miejsce do spania ich motywuje - McCoy może wprowadzić swoich bohaterów w ruch, ponieważ są oni głodni. Czy dzisiaj ktoś jeszcze bywa naprawdę głodny? W Polsce, w Ameryce?

Mamy tutaj zupełnie inny obraz Stanów Zjednoczonych niż ten, do którego przywykliśmy. Ameryka nie kojarzy nam się z biedą i głodem. Tak jak zabijanie nie kojarzy się z miłosierdziem. Prosta historia Horace'a McCoya stawia świat na głowie. W inscenizacji Wojciecha Kościelniaka dzieje się to dosłownie. W książce i filmie bohaterowie tańczą w sali zbudowanej na wielkich palach wbitych w dno oceanu. Główny bohater - Robert Syverten - cały czas czuje pod stopami fale i szum wody. Świat zbudowany na potrzeby spektaklu w Teatrze Wybrzeże przez Damiana Styrnę to świat, który w książce i filmie Robert czuje pod stopami. Jesteśmy pod wodą, z dołu widzimy pale, odrapane częściowo z farby przez działanie słonej wody. Widzimy promienie światła (animacje Eliasz Styrna) przebijające się przez wodę.

Jesteśmy na dnie. To miejsce jest statkiem widmo. Jakby Kościelniak nie miał na celu adaptować historię z książki McCoya, ale chciał raczej pokazać zjawy ludzi, którzy długo po zakończeniu maratonu tanecznego spotykają się, aby odtworzyć tamte wydarzenia. Wszystkie zdarzenia z książki zaznaczone są w sposób symboliczny. Nie ma blichtru, neony są częściowo poprzepalane, podłoga zaś usłana szmatami, tak jakby ktoś już zacząć sprzątać po tym wszystkim, jakby chciał zatrzeć ślady morderczego maratonu. Zamiast orkiestry, którą przedstawia mistrz ceremonii (świetna rola Grzegorza Gzyla), mamy poustawiane jeden na drugim instrumenty. Nawet członkowie orkiestry porzucili to miejsce. Kościelniak z biegiem akcji włącza do spektaklu coraz więcej absurdalnych, nierzeczywistych elementów. Najciekawszym z nich jest wielka, dmuchana ryba - robot zdalnie sterowany zza kulis, która lata nad sceną i widownią. Ryba wciela się w jednego z bohaterów, lecz przede wszystkim zaznacza, że jesteśmy nie w świecie nad wodą, gdzie odbywa się maraton, ale pod powierzchnią. Ato co widzimy, to tylko odbicie, echo tamtych zdarzeń.

Cały spektakl jest bardzo konsekwentny, spójny, wszystko tutaj gra: scenografia, światło, subtelne animacje, kostiumy, muzyka. Piotr Dziubek stworzył wspaniałą oprawę muzyczną, dawno nie słyszałam w teatrze tak pięknej muzyki, tak pasującej do spektaklu i podkreślającej jego nastrój.

W inscenizacji Teatru Wybrzeże mamy bardzo rozbudowaną obsadę, pośród której wybija się oczywiście dwójka głównych bohaterów. Piotr Witkowski w roli Roberta Syvertena, zmęczonego i sennego od samego początku, pogodzonego z życiem, jakby znał już finał historii. Nieco w cieniu pozostawia go Katarzyna Dałek w roli Glorii. W filmie, mimo że nie wiemy, skąd bierze się depresja głównej bohaterki (niezapomniana Jane Fonda) to jednak wierzymy, że życie jest dla niej równoznaczne z cierpieniem, a jej zabicie aktem miłosierdzia. W inscenizacji Dałek bezpretensjonalnie opowiada nam, skąd bierze się jej ból, a jednak trudno dać wiarę, że jak koń ze złamaną nogą zasługuje na dobicie. Gloria Dałek nie jest apatyczna, ale wściekła, a przez to wydaje się być pełna życia i energii. To nie jest osoba, która prosi o skrócenie cierpienia. To nie ona sama jest źródłem swojego bólu, ale inni ludzie. Może to dlatego Robert nie zabija jej w finale, ale kieruje swoją broń w stronę widowni?

Spośród obsady warto wymienić także Jarosława Tyrańskiego - stworzonego do roli sędziego parkietowego z klepsydrą zrobioną z dwu butelek po tequili. Justyna Bartoszewicz jako jedyna ciężarna uczestniczka konkursu, „Matka Boska Bolesna Od Maratonów Tanecznych", niezwykle silna - wytrzymuje niemal do końca, a schodząc ze sceny jeszcze pięknie śpiewa. Świetna Magdalena Boć w roli na przekór warunkom jako blond aktoreczka o małym rozumku. Katarzyna Kaźmierczak, która pokazała swój ogromny talent komediowy w scenie z majtkami. Ciekawą kreację stworzył także Piotr Chys.

Ostatni kryzys w USA zostawił wiele osób bez domów, bez pracy. Bez wątpienia są miejsca na świecie, także w Europie i Polsce, gdzie ludzie nie mają podstawowych środków do życia, gdzie głodują, nie mają dachu nad głową. Ale czy jest tak źle, jak w latach 30? Czy Kościelniak chce swoim spektaklem przypomnieć nam, że wciąż nie jest różowo? Że mimo braku kryzysu ciagle jest coś nie tak? Zaryzykowałabym tezę, że obecna sytuacja jest nieco lepsza niż w czasach Wielkiego Kryzysu. Mamy więcej struktur, które pomagają potrzebującym. Kiedy ktoś jest głodny, mamy dla niego szereg rozwiązań pomocowych, nie wystawiamy go na pokaz, odzierając z ludzkiej godności, przed publicznością - jak to dzieje się podczas maratonu. Kim dzisiaj są ludzie, którzy nie mają nic do stracenia, którzy po prostu nie mają nic? Którzy są tak głodni, że zrobią wszystko, wyrzekną się snu, godności, oddadzą swoje ciało za przysłowiową kromkę chleba? Czy są to utalentowani aktorzy, zmuszeni do grania w głupich serialach? Czy są to ludzie, którzy pracują w dyskontach za minimalną pensję? Czy są to uchodźcy, którzy mieszkają w namiotach? Kim są ci, którzy dzisiaj bywają głodni? Co o nich myślimy, jak ich traktujemy i jak im pomagamy? Jaki byłby odpowiedni dla nich akt miłosierdzia? Robert nie zabija Glorii. Zabija nas wszystkich, bo każdy z nas może znaleźć się w takiej sytuacji. Chociaż ciężko w to uwierzyć. Mamy przecież tak dużo. Nawet ostatni kryzys nam tego nie odebrał, zabrał nam sporo, ale jakoś się trzymamy. Mamy nadal swoją godność, chociaż jesteśmy ławicą ryb, która płynie w jednym kierunku. Musimy trzymać się razem, bo tak trudniej będzie nas złowić na haczyk. Tylko bezmyślna ryba da się przebić metalowym haczykiem za cenę posiłku. Tylko ryba, która będzie chciała płynąć za szybko, albo w złym kierunku.

Kilka ważnych kwestii wypowiada Wojciech Kościelniak w tak zwanej kwestii kobiecej. Podczas maratonu to kobiety są słabsze, to one ciągną mężczyzn w dół. Kobieta dostaje okres i przez to nie może tańczyć dalej. Kobieta jest w ciąży i przez to się ją dyskwalifikuje. Kobieta jest obiektem seksualnym i dlatego można ją wykorzystać. W spektaklu Kościelniaka kobiety molestuje się już od najmłodszych lat, nie zważając na wiek czy pokrewieństwo. Po kobietach się depcze, kobietami się wyciera to, co brudne. Kobieta jest ścierką. Kobieta po przegranej walce może tylko spróbować wyczołgać się z pola widzenia.

Kościelniak pakuje do „Czyż nie dobija się koni?" - prostej historii, bardzo dużo wątków, dużo bohaterów, atrakcji, zwrotów akcji. W filmie takie zabiegi się bronią, w teatrze nieco nużą. Oniryczna, senna atmosfera, przerywana jest - zwłaszcza w drugiej połowie - absurdalnymi rozbłyskami, które działają za pierwszym razem, ale za każdym kolejnym są coraz mniej interesujące. A jednak chce się o tym myśleć. Nie ma odpowiedzi, ale jest kilka ciekawych pytań i jest to na pewno zasługą Wojciecha Kościelniaka, że potrafi te pytania zadać przy pomocy tekstu, który na pierwszy rzut oka wydaje się nie mieć wiele wspólnego ze znaną nam współczesnością.

Taki wielodniowy maraton taneczny to przecież jakiś absurd, coś w co trudno uwierzyć, że istnieje naprawdę. A jednak wszyscy bierzemy w nim udział. I wszyscy zasługujemy na akt miłosierdzia.

Katarzyna Gajewska
Dziennik Teatralny Trójmiasto
12 kwietnia 2016

Książka tygodnia

Street Art. Wielcy artyści i ich wizje
Wydawnictwo ARKADY
Alessandra Mattanza

Trailer tygodnia