Aktor musi o sobie zapomnieć

rozmowa z Wojciechem Pszoniakiem

Żeby powstał spektakl, potrzebna jest tajemnica porozumienia aktorów i reżysera. W tych delikatnych, laboratoryjnych warunkach rodzi się sztuka.

Z Wojciechem Pszoniakiem rozmawia Paulina Wilk

Lubi pan siebie? 

Wojciech Pszoniak: Nie zawsze, ale tak. 

A za co? 

Na przykład, kiedy zrobię coś użytecznego, mądrego. Lubię w Pszoniaku te same cechy, które lubię u innych. Ale może pani być spokojna -równie często siebie nie lubię. Odnalezienie równowagi między jednym a drugim jest, tak myślę, warunkiem zdrowia psychicznego. Powiem więcej, jeśli człowiek nie lubi siebie, nie lubi też innych, to jest sprzężone. Jestem z siebie zadowolony nie z próżności, ale z poczucia, że warto żyć. Kiedy czuję, że życie jest ciekawe, piękne, mogę komuś coś dać. 

My, Polacy, chyba siebie nie lubimy. Ciągle porównujemy się z lepszym światem, a on zawsze jest na zewnątrz. 

Tak objawiają się nasze kompleksy. Niższości i wyższości, mamy oba. Jesteśmy niezwykle zajęci sobą, co rzutuje na to, jak odnosimy się do kolegów, pobratymców, przyjaciół, sąsiadów. Czytałem wyniki sondażu, z którego można wywnioskować, że nie mamy zaufania do innych. To kwestia naszej historii, ale i obecnej, dramatycznej sytuacji. Myślę, że najstarsi Polacy nie pamiętają równie podzielonego społeczeństwa. Nawet komunizm nie poróżnił nas tak, jak obecna władza, ona nie potrafi szukać jedności. A Polacy są zmęczeni, weszli na drogę wolnorynkowej rewolucji zupełnie nieprzygotowani. Osiągnęli coś wspaniałego, ale nagle doszło do podziałów w rodzinach, w środowisku artystycznym, akademickim, w Kościele. Jesteśmy dramatycznym narodem, ale bardzo często sami ponosimy za to odpowiedzialność. 

Co robimy nie tak? 

Brakuje nam umiejętności budowania. A przecież uwielbiamy - choć może nie wszyscy - patrzeć na ludzi, którzy coś wokół siebie tworzą, odbudowują życie z depresji, ze zwątpień. Wtedy czujemy, że warto żyć, pracować, być. Bez pozytywnej energii życie zmienia się w koszmar. Boli mnie to, co tu widzę. Myślę, że nie tylko mnie. 

Jakie były pana wrażenia, kiedy przyjechał pan do Polski po kilku latach pracy we Francji? 

Wracałem bez specjalnych oczekiwań. Pomyślałem, że to normalny kraj, z problemami, ale normalny. Że już nie można wszystkiego zrzucać na system. Obywatele są wolni, więc wypada się tylko cieszyć. Kłopot w tym, co zrobić z wolnością? Nie można niewolnika uwolnić, dopóki sam nie uwolni siebie. Wolność to dar, który trzeba szanować i cenić. Nie został nam odgórnie przypisany na stałe. 

Pierwszą rolę we Francji zagrał pan, nie znając języka. 

Można tak powiedzieć. Nauczyłem się jej w Polsce, po francusku opanowałem tekst fonetycznie, ale rozumiałem, co mówię. To była sztuka Petera Handkego "Ludzie nierozumni są na wymarciu". Chciałem zobaczyć, jak to jest. Nawet dziś granie w teatrze w obcym języku to rzadkość, skorzystałem z szansy. A potem przyszły propozycje ze Szwajcarii, z Londynu. Nie planowałem zostawać. Myślałem - co może aktor w obcym języku? Zatrzymałem tu mieszkanie, NIP, PESEL... Ale tam zacząłem kręcić filmy, grać w teatrach. To się potoczyło w sposób naturalny. 

Co pana pociąga we Francji? 

Piękno, wielka kultura i to, czego nam historia nie podarowała - ciągłość. Francuzi nie są tak pracowici i zdyscyplinowani jak Niemcy, nie mają tego spokoju co Anglicy, ale kochają życie. Wcześniej nigdy nie miałem swojego miasta. Ojciec nie chciał przyjąć sowieckiego obywatelstwa, więc musieliśmy opuścić Lwów, wylądowaliśmy w Gliwicach. Studiowałem w Krakowie, później przeniosłem się do Warszawy. Gdyby mnie pani dziś spytała, skąd jestem, powiedziałbym, że z Paryża. Nie jestem Francuzem, ale paryżaninem - tak. 

I pewnie się pan nie dziwi młodym Polakom, którzy wyjeżdżają za granicę? 

W jednej sprawie jestem pesymistą. Uważam, że Polsce - krajowi, którego inteligencja została wymordowana, a tkanka kulturowa zrujnowana wojną i komunizmem, nie uda się odbudować zniszczonej tożsamości. Jest za późno. W tę nadwątloną strukturę uderzył już tajfun kapitalizmu i konsumpcji. Z trudem stara mu się opierać Francja ze swym dziedzictwem byłego imperium. Cóż jest polskiego w szklanych wieżowcach w Warszawie? Coca-colę czy jogurt Danona może pani kupić gdzie indziej. Polska młodzież wyjeżdża nieprzypadkowo, tam może mieć to samo co tu. Ale lepiej. 

A pan? Jakie możliwości ma pan tu jako aktor? Zagrał pan monodram "Belfer", teraz wziął się za "Zemstę". To znaczy, że w Polsce aktor z dorobkiem musi sam o siebie zadbać? 

Potrzeba reżyserowania nie jest wśród aktorów rzadka, ma ją Clint Eastwood, Mel Gibson. Ja się nie nadaję do teatru instytucjonalnego. Mam potrzebę wolności. Nie znoszę rutyny pod żadną postacią. Zrezygnowałem ze stałej pensji, wyjechałem do Francji i zobaczyłem, co to jest kapitalizm. Tu miałem przydział na mieszkanie w strasznym blokowisku. Tam musiałem je wynająć. Wiedziałem, że jak nie dostanę propozycji, czynszu nie zapłacę, bo z czego? 

Role przychodziły same, czy musiał pan o nie walczyć? 

Nawet bym nie umiał, nie wiem, co to znaczy. Może gdybym był śliczną utalentowaną aktorką, mógłbym walczyć. Z aktorami jest jednak inaczej. Może to kwestia szczęścia, jakiejś konsekwencji. Walczyć możemy tylko w tym sensie, żeby nauczyć się roli, wnieść coś wartościowego, zostać zauważonym i zapamiętanym. 

Jest pan entuzjastą swojego aktorstwa? 

Nie mam do Pszoniaka stosunku narcystycznego. Aktor jest twórcą dopiero kiedy o sobie zapomni. Wtedy może się zająć drugim człowiekiem. Kiedy zminimalizujemy własny interes, stajemy się wolni. A wolność w sztuce jest niezwykle potrzebna. 

Co z narcyzmem i egocentryzmem, które są ponoć w tym zawodzie nieodzowne? 

Niech mi pani wierzy, to wielka przeszkoda. Szczególnie w aktorstwie. W przypadku malarza czy rzeźbiarza egoizm nie ma tak wielkiego wpływu. Tymczasem aktorstwo wymaga budowania z innymi. Granie ze złym aktorem jest jak pisanie książki z grafomanem. Żeby powstał spektakl, potrzebna jest tajemnica porozumienia aktorów i reżysera. W tych delikatnych, laboratoryjnych warunkach rodzi się sztuka. 

Mówi pan o współpracy, a ja zawsze wyobrażałam sobie pana jako samotnika i skrajnego indywidualistę. 

Tu się pani nie myli. Lubię swoje towarzystwo. Szukam własnej drogi, nie lubię chodzić po czyichś śladach, chcę sobie wyrabiać własne poglądy. Świat dziś jest taki, że wielu ludziom wmawia się, co jest smaczne, co dobre. A ja bardzo nie lubię manipulowania. Mam potrzebę zrozumienia, szukania, nie czekam na gotowe dania. 

Od dziecka był pan taki samodzielny? 

Wszędzie właziłem, szukałem ryzyka. Matka miała ze mną problem, nie wiedziała, jak się do mnie dobrać. Była niezwykle silną osobowością. Ale ja już wtedy się broniłem, protestowałem. Może dlatego nigdy potem nie dałem się złamać. Kiedy miałem 13 lat, znalazłem się w kosmicznej dziurze - umarł ojciec, nie przyjęli mnie do szkoły, wyjechała z Polski moja ukochana Marysia Bednarek. Chciałem popełnić samobójstwo, bo nie widziałem dla siebie miejsca. W końcu spędziłem dwa lata w orkiestrze wojskowej. To było jak przylądek Horn dla żeglarzy - przepłynąłem najgorsze miejsce na świecie. Wyszedłem mocniejszy i dojrzalszy od rówieśników. Gdybym jednak nie miał silnego charakteru, zgubiłbym się, bo znalazłem się sam w chamskim, brutalnym, prymitywnym świecie. A wcześniej nawet nie myłem się w zimnej wodzie. 

Dlaczego pan sobie zafundował taką ciężką lekcję? 

Żebym to ja wiedział! Ale wiem, że tylko zwycięskie wyjście z dramatycznych sytuacji buduje. Człowiek, który nie cierpiał, nie jest człowiekiem. 

Za to człowiek, który cierpiał, docenia przyjemności. Co pan lubi? 

Jeść, pić, bawić się, czytać, lubię historię i filozofię. Sprawia mi przyjemność rozmowa z panią, patrzenie na ludzi, którzy są mądrze szczęśliwi. Lubię jeździć do swoich miejsc w Londynie, Paryżu, na Korsyce. Ale jest również wiele rzeczy, których nie lubię, z którymi źle się czuję - chamstwo, brutalność, głupota, brzydota. Unikam ich, ale nie wybrałem wewnętrznej emigracji, bo straciłbym kontakt z rzeczywistością. 

Jest coś, czego się pan boi? 

Tylko w kuchni. Boję się, że nie wyjdzie mi jakaś potrawa. Nigdy jeszcze nie odważyłem się zrobić sufletu. Z nim jest podobny problem jak ze sztuką aktorską. Jeśli się go przygotowuje w złej temperaturze, to klapnie. 

Wojciech Pszoniak

Debiutował w drugiej klasie podstawówki, recytując "Stefka Burczymuchę". Dostał wielką owację. Urodził się w 1942 r. we Lwowie, ale dorastał w Gliwicach, jego ojciec był asesorem. Jeszcze przed pójściem do szkoły Pszoniak uczył się rysunku i gry na instrumentach. 

Potem pisał wiersze, grał w kabarecie, kręcił etiudy. Jako 14-latek odsłużył 22 miesiące w wojsku. Chciał zostać kadetem, ale akurat zakończył się nabór. Potrzebny był za to dobosz. W wojsku opanował grę na klarnecie i oboju, ale nie skorzystał z propozycji kariery w orkiestrze symfonicznej. 

Wybrał krakowską PWST. Pierwszą rolę zagrał w zastępstwie kolegi, ale szybko dostrzegli go Swinarski i Hübner. Mówiono o nim huragan, bo był niezwykle dynamiczny, dosłownie przetaczał się przez scenę, a sprawnością fizyczną dorównywał akrobatom. Przełamał ten wizerunek rolą Robespierre\'aw"Sprawie Dantona" w warszawskim Teatrze Powszechnym. Wtedy też, w 1975 r., zagrał Moryca Welta w "Ziemi obiecanej". 

Pojawiły się propozycje ról we Francji, Londynie, Szwajcarii. Wielokrotnie współpracował z Andrzejem Wajdą, grał m.in. Robespierre\'aw"Dantonie" i tytułową rolę w "Korczaku". Pytany, czego w karierze żałuje, odpowiada, że chciał zagrać Icchaka Sterna w "Liście Schindlera".

Paulina Wilk
Rzeczpospolita
8 czerwca 2007

Książka tygodnia

Zero zahamowań
Wydawnictwo: Agora
Michał Rusinek

Trailer tygodnia

8. Festiwal Teatru Ukr...
Nadiia Moroz-Olshanska
Sztuka jest niezbędną częścią życia...