Aktorskie smakowitości w Miniaturach Teatralnych

rozmowa z Grażyną Barszczewską

Grażyna Barszczewska opowiada o "Scenach niemalże małżeńskich..."

Spektakl, który przywiozła Pani do Krakowa, od roku cieszy się niesłabnącym powodzeniem w warszawskim Teatrze Ateneum. Skąd narodził się pomysł, by przyrządzić teksty Stefanii Grodzieńskiej na scenę? 

- Z buntu, ze złości, z niezgody na rodzaj rozrywki, jaką proponuje nam się w telewizji, na estradzie. Rozrywki, która mnie zupełnie nie śmieszy i jak się okazuje, wielu ludzi także. Postanowiłam więc, oczywiście za zgodą Stefanii Grodzieńskiej, adaptując jej felietony, znakomite teksty satyryczne, napisać scenariusz o kobiecie i mężczyźnie, o ich miłości, zmieniających się uczuciach. Stefania, ze swoją klasą i ogromnym, wyrafinowanym poczuciem humoru potrafiła obnażać absurdy tego świata, chlastała je, ośmieszała. Grodzieńska, znakomita aktorka i pisarka, niestety, nie doczekała premiery tego spektaklu. Ale mimo wszystko czuliśmy jej opiekuńcze skrzydła w teatrze.

Czy pisząc scenariusz przedstawienia "Sceny niemalże małżeńskie Stefanii Grodzieńskiej", wykorzystała Pani w nim swe artystyczne doświadczenia? 

- Oczywiście. W "Scenach..." będących kabaretem literackim wykorzystałam moje doświadczenia z "Dudka" i miłość do Kabaretu Starszych Panów. To spektakl muzyczny, rozrywka połączona z refleksją, lirycznymi nastrojami, ale też sporą ilością żartu - teksty pani Stefanii bawiły mnie i wzruszały do łez, stąd powstał pomysł scenariusza. Podczas pisania najważniejszą sprawą było dla mnie stworzenie z tych felietonów opowieści teatralnej, nie estradowej. 

Od początku myślała Pani o roli dla Grzegorza Damięckiego?

- Tak. Myślałam o Grzesiu, którego wcześniej znałam z radia, filmu, ze sceny, ale nie osobiście. I powiem szczerze, że mój nos co do obsady Grześka nie zawiódł mnie. Tak samo jak wybierając Andrzeja Poniedzielskiego jako opiekuna artystycznego, z którym wspólnie reżyserowaliśmy to przedstawienie. Poczucie humoru Andrzeja doskonale współbrzmi z humorem Stefanii. On był tym "trzecim okiem" podczas prób. 

Kim są bohaterowie tego spektaklu? 

- Ona i on, kobieta i mężczyzna z różnym stażem małżeńskim czy narzeczeńskim. Ich miłość na różnych zakrętach życia. Takich ludzi znajdziemy w każdej rodzinie. Grzesiek jest Grzegorzem Damięckim i zarazem gra Jerzego Jurandota, męża Stefanii. Ja gram Grodzieńską, ale też Grażynę Barszczewską. Autorka wiele tekstów oparła na własnych doświadczeniach życiowych. Ja jedynie przeniosłam te jej opowieści z lat 50., 60., z czasów PRL-u w czasy współczesne. Inteligencja Stefanii Grodzieńskiej podbija serca widzów, czego doświadczamy podczas każdego spektaklu. Jesteśmy rozpieszczani recenzjami i czujemy, że ten spektakl bardzo był potrzebny widzom. On jest też hołdem dla autorki tych znakomitych tekstów.

Dobrze znała Pani Stefanię Grodzieńską? 

- Tak, i miałam zaszczyt bywać w jej domu, na Słonecznej. Przyjaźnię się do dziś z jej córką, Joanną Jurandot. Mam kilka wzruszających pamiątek po Stefanii, m.in. jej klipsy, w których ona grała, a teraz ja gram, Złoty Laur, który przekazała mi Joanna. Mały wspomnień czar... 

A zatem tegoroczne Miniatury Teatralne otwieramy opowieścią o miłości...

 - I o głupocie. A najpiękniejsza głupotą w życiu jest przecież miłość.

Jolanta Ciosek
Dziennik Polski
6 lipca 2012

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia