Alfabet rozrzucony, czyli Artyści

Felieton Łukasza Drewniaka

Szybciej, niż to sobie obliczyłem,bo jeszcze w październiku, skończył się serial Artyści. I mam takie wrażenie, że skończył się za szybko. Jeszcze byśmy sobie w tym dziadowskim teatrze pobyli, pośmiali się, ponarzekali na niego. Jeden z dziennikarzy Onetu napisał nawet, że środowisko zostało tym serialem „urzeczone". Jakie piękne i roponośne słowo! Oznaczające bezdyskusyjny sukces artystyczny i powszechną oglądalność. No nie posunąłbym się jednak aż tak daleko w „urzeczeniu". Artyści odnieśli swoje małe zwycięstwa i spotkały ich średnie porażki. Nie da się za to ukryć, że – jak pewnie jeszcze parę osób z branży – naprawdę żyłem tym serialem przez osiem tygodni emisji.

Pędziłem co piątek na łeb na szyję do domu lub do hotelu po spektaklu, koncercie, spotkaniu, żeby już koło dziesiątej usiąść z zagryzką i popitką przed telewizorem, chichotać i rzucać mięsem w ekran. W tym sensie wróciły do mnie emocje z czasu premiery serialu Dom, do którego odwoływali się twórcy, i pierwsze uniesienia przy Polskich drogach. Tydzień, który mijał od odcinka do odcinka, pozwalał przemyśleć poruszone w nim problemy, przedyskutować je z przyjaciółmi, nawet jeśli go nie oglądali. Nie mamy już takiej szansy na namysł podczas połykania sezonów Gry o tron czy Walking dead – hurtem, komputerowo, nocną porą. Analogowy odbiór Artystów, jaki sobie założyłem, pozwolił na smakowanie smaczków i gruntowne przeanalizowanie zawartych w serialu tez. Artyści zasługują na parę słów „telewidzkiej" prawdy i interpretacji pozbawionej kolesiowatego poklasku, który niestety pojawił się na etapie wstępnej promocji serialu, kiedy to krytycy i dziennikarze znali ledwie dwa odcinki. Teraz znamy już wszystko.

A jak Anegdoty
Mam taką teorię, że oglądaliśmy i często chwaliliśmy Artystów nie dla trzymającej w napięciu fabuły, odpowiedzi na pytania, jak rozwiną się postaci, tylko dla powtykanych w każdy odcinek porcji anegdot, obserwacji obyczajowych, szpil koleżeńskich. Któż to, któż to pojawi się tym razem w epizodzie, mignie w tle we własnej osobie? Walor środowiskowy stał się ważniejszy niż trzymająca się kupy opowieść. W ten sposób duetowi udało się niejako przy okazji wymyślić niewyczerpany format telewizyjny. Każdy odcinek mógłby być jedną anegdotą, aluzyjką do konkretnej postaci ze środowiska, obnażeniem jednej afery. I tak do końca świata.

R jak Rodzinka.pl
Oczekiwanie na kolejny odcinek Artystów wiązało się z inną, raczej niechcianą przyjemnością: oglądaniem reklam i końcówki emitowanego przed Artystami dziewiątego sezonu Rodzinki.pl. Zestawienie tych dwóch produkcji prowadzi do następujących wniosków. Rodzinka.pl jest głupia jak but, ale ma zdecydowanie lepszy montaż. W Rodzince.pl wszyscy, a zwłaszcza dziecięcy bohaterowie, są odpychający, ale widz chcąc nie chcąc się z nimi utożsamia, bo ich problemy są takie „życiowe". W Artystach większość bohaterów jest również z różnych powodów odpychająca, ale jakoś nikt nie chce się z nimi utożsamiać. Bo dla zwykłego widza nieszczęścia, jakie ich spotykają, są z Księżyca, a wybory etyczne tak powikłane, że nie wiadomo, z którą stroną trzymać. Skoro jednak w Rodzince.pl występuje Tomasz Karolak, który w Artystach gra sławnego serialowego aktora zatrudnionego na etacie w Teatrze Popularnym, traktowałem Rodzinkę jako przedłużenie świata Strzępki i Demirskiego. Że to właśnie jest ten serial, w którym Karolak załatwia rolę Dymeckiemu, i ta powszechnie oglądana produkcja, dzięki której portierzy z firmy ochroniarskiej rozpoznają go i bez problemu wpuszczają do teatru.

L jak Literówka
W czołówce odcinka siódmego podczas wymieniania nazwisk aktorów Katarzyna Strączek, artystka wrocławskiego Teatru Polskiego, figuruje jako Katarzyna Stączek. A ostrzegałem, że napisy migają na ekranie za szybko.

T jak Teatr w teatrze
W serialu oglądamy zainscenizowane przez Monikę Strzępkę cztery spektakle teatralne. Tradycyjny Wiśniowy sad poprzedniego powieszonego dyrektora, hip-hopowo-oświeceniowych Natrętów starego wyjadacza Adamka, postdramatyczny Sen nocy letniej Krzysztofa Garbaczewskiego, Śmierć komiwojażera kupioną na pniu na festiwal w Awinionie, premierę światowej sławy, legendarnej polskiej reżyserki Richter. No i są jeszcze próby do dwuosobowej sztuki o kibicach w reżyserii dyrektora Koniecznego. Niestety wszystkie wyglądają prawie tak samo. Nie jestem w stanie z zaprezentowanych w serialu fragmentów przedstawień odróżnić chałę od arcydzieła. Aktorzy Popularnego w białych osiemnastowiecznych peruczkach wyglądają tak samo idiotycznie, jak Krzysztof Dracz i Antonina Choroszy w kibolskich dresach. Spektakl Richter uderza w tragiczne tony, podróbka Garbaczewskiego w dziwność i dowolność skojarzeń. Nie ma jakościowego i estetycznego skoku. Może problem w tym, że Strzępka i Demirski z powodów dramaturgicznych założyli, że cały zespół aktorski teatru to w porywach dziewięć do dziesięciu osób. Nie znam tak małego zespołu, który obsłużyłby scenę dużą i kameralną. Mamy więc wrażenie, że cały czas oglądamy tych samych aktorów w bardzo podobnych zadaniach aktorskich. Trudno zatem zrozumieć, na czym polega reforma dyrektora Koniecznego. I chyba Strzępce średnio wychodzi pokazywanie innego teatru niż swój. Stać ją tylko na takie wysilone pastisze.

L jak Legia
Nigdy nie zrozumiem umiłowania przez Demirskiego kiboli Legii Warszawa. W serialu pełnią oni rolę wyłącznie pozytywną. Techniczny Michała Majnicza zaprasza na premierę kolegów, bandytów z żylety, którzy pomagają potem łapać członków młodzieżówki PO, zakłócającej spektakl okrzykami „Hańba!". Dyrektor Marcina Czarnika układa się z przywódcą legionistów, zapewne osławionym Staruchem, którego, jak sam mówi w serialu, poprzednia władza wsadziła na pięć miesięcy do więzienia bez wyroku. W efekcie dealu „ja zrobię o was spektakl, a wy mi pomożecie z magistratem" szalikowcy szturmują policyjny kordon pod teatrem. Przypuszczam, że Demirski ironizuje: w kraju tak skorumpowanym jak Polska, w mieście tak mafijnym jak Warszawa jedynym uczciwym człowiekiem jest stadionowy bandyta.

M jak Miłość
W serialu bardzo ciepło potraktowani są pracownicy zaplecza teatralnego. Sprzątaczka Ewy Dałkowskiej, bufetowa Marii Maj, portier Edwarda Linde-Lubaszenki, szef technicznych Tadeusza Huka. Starzy, spracowani, zdroworozsądkowi, pamiętający lepszy teatr, ale nieodrzucający nowego. Demirski i Strzępka stawiają tezę: to oni są strażnikami pamięci teatralnej, sercem teatru jako instytucji, zakładu twórczego. Przechowują sens pracy, towarzyszą, bywają akuszerami i sojusznikami. Prawdziwi „robotnicy pamięci". Dzięki nim instytucja trwa, broni stanu posiadania. Tytułowi artyści to raczej zbiór dziwolągów, egotyków, intrygantów. Piękny wątek, mądra teza. Aż szkoda, że to nie za nimi podąża kamera, nie pokazuje ich życia, marzeń, nie ma w serialu dywagacji, co dla nich oznacza to wieczne towarzyszenie prawdziwej sztuce. Popieł tylko ludzi do teatru wpuszcza, sprzątaczka rozmawia z duchami, Huk marszczy brwi. Jeden techniczny Majnicza ma jakieś życie emocjonalne, ponosi klęski, daremnie przełamuje bariery klasowe.

K jak Karuzela
Karuzela spod muru getta z wiersza Miłosza i Nie-Boskiej komedii. Wszystko powiem Bogu! wraca w Artystach jako element dekoracji Śmierci komiwojażera Richter. Niby tylko cytacik, a jaki pyszny!

W jak Wzory
Strzępka i Demirski deklarowali fascynację serialem Dom. Po obejrzeniu Artystów dostrzegam jednak niestety wpływy innych peerelowskich sag: Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy i Polonia Restituta.

P jak Pomieszanie konwencji
Strzępka miesza obyczajówkę z kryminałem, horror z komedią, film o robieniu sztuki z materiałem interwencyjnym. Po ironii przychodzi teza, po straszeniu – propaganda, po śnie – absurd, po onirycznej wizji – aluzja środowiskowa. Skoki nastrojów odbywają się w tak samo filmowanej rzeczywistości, trudno się połapać w zmianach konwencji, w meandrach gry, do której zapraszają twórcy. Pewnie o to chodziło, o ubezpieczenie się, żeby to, co serio, przeglądało się w buffo. A Strzępka i Demirski mogli powiedzieć: „My tak wcale nie myślimy, to ironia, sen, tuning".

W jak Wódka
Wódkę w serialu pije się w barze na dole. Po próbach, w trakcie i przed. Po wódce w serialu chodzi się po ulicy i śpiewa (bohaterowie Czarnika, Reczka), śpi na tak zwanym pokocie (wszyscy na stypie) lub w garderobie (Majnicz). Winko pomaga dramaturgowi teatru napisać kilka stron dramatu o kibolach. Wyrzucanemu z pracy dyrektorowi administracyjnemu pozwala znieczulić się na kilka dni (Cywka) i obmyślić zemstę. Dyrektor Konieczny Czarnika woli wódkę z aktorami od czytania dziecku na dobranoc. Jednocześnie w serialu dzięki alkoholowi ludzie naprawdę mogą być razem – tak jednoczy się zespół, bo zmarła aktorka zostawiła im kasę na chlanie, zakochana w technicznym aktorka kładzie się przy spitym jak bela i zasypia czule w niego wtulona. W związku z tym od szóstego odcinka też tak jakoś zacząłem nadużywać przed telewizorem.

S jak Szaleństwo
Praca w teatrze nie ma nic wspólnego z zasadami bhp, prowadzi do załamań nerwowych. W finałowym odcinku wariuje biedujący aktor grany przez Dobromira Dymeckiego i próbuje zamieszkać na planie serialu, w dekoracjach biurowych, do Tworek trafia księgowa Agnieszki Glińskiej, w rozsypce jest były szef miejskiego wydziału kultury Miłogosta Reczka, cały czas zdecydowanie niestabilna emocjonalnie wydaje się aktorka Anny Ilczuk. Szczęście znajdują za to przedstawiciele zawodów innych: szef kibolskiego gangu (Michał Chorosiński), reżyserka dokumentalistka, żona dyrektora Koniecznego (Agnieszka Przepiórska). Szkoda, że ze względu na późną porę emisji serialu nie mogły oglądać nasze dzieci. Niektóre pewnie zreflektowałyby się i nie marzyłyby tak usilnie o karierze teatralnej.

E jak Epizody
W epizodach serialu wystąpili fenomenalni aktorzy, gwiazdy i mocne zaplecze. Najbardziej podobała mi się Richter Aldony Grochal i pani prokurator Małgorzaty Zawadzkiej. No i jeszcze Paulina Puślednik jako scenografka Krzysztofa Garbaczewskiego, Andrzej Seweryn jako szef wszystkich strażaków. Jan Klata czytający na portierni Wieszanie Rymkiewicza ustanowił nową kategorię aktorską: „granie przez złośliwe czytanie".

P jak Próby
To chyba w czwartym odcinku doszło do premiery Snu nocy letniej. W serialu okazuje się on umiarkowanym sukcesem, urzędnicy nie przyszli na premierę, żeby na widowni było pusto, na szczęście fotele zapełnili ściągnięci w dwadzieścia minut przez asystenta Tomasza zaprzyjaźnieni geje. Reżyser nie miał pojęcia, jak skomunikować się z aktorami, poszukiwał intuicyjnie, może nawet nie przeczytał sztuki. No i złamał nogę, a Ojrzyńska uciekła z prób z walizeczką do Krakowa, ale wróciła. Najpierw wydawało się, że Demirski i Strzępka chcą powiedzieć, że proces prób nie jest dziś ważny, panuje na nich hochsztaplerka, chaos i przypadek, w noc konfrontacji z widzami zdarza się jednak cud i wszystko dobrze się kończy. A więc teatr to niewiadoma, cokolwiek byśmy nie zrobili, geniusz i kretyn dochodzą do tego samego punktu w dniu premiery. Na szczęście potem przyszły w serialu próby Richter i zobaczyliśmy też eksperyment, tyle że grający na emocjach i wymagających psychicznego wybebeszenia się od aktorów. Okazało się, że aktorzy to kochają i mimo bólu artystów odrzuconych z obsady premiera okazała się triumfem.

D jak Duchy
Bardzo niekonsekwentny ten świat duchów u Demirskiego. Duch powieszonego dyrektora, który prześladuje Koniecznego w pierwszym odcinku (jest kierowcą taksówki, przychodzi na bankiet po premierze Natrętów), znika potem bezpowrotnie. Po teatrze snują się za to czarno-biali Jerzy Trela, Andrzej Szeremeta, Jan Peszek, czyli ciała astralne innych szefów tej sceny lub legendy polskiego teatru od samego zarania narodowej sceny. Duchy straszą audytorów, krytykują lub chwalą dramaturgów z blokadą, zakładają się o los teatru, zastanawiają, po której stronie właściwie są. Czasami ociera się to o tanią ckliwość – jak choćby w scenie egzaminu aktorskiego w zaświatach, który ma zdać zmarła bohaterka Karkoszki; czasami ma potencjał metafory – duchy dyrektorów na pustej widowni po próbie generalnej, wspierające zrozpaczonego Czarnika. Na pewno zaczynają je widzieć ci, którzy już rozumieją, na czym polega teatr. Im więcej cię teatr doświadczył, im dłużej w nim pracujesz, czym lepsze spektakle robisz, tym więcej duchów widzisz.

P jak Pomarańcze
To była największa scena Artystów. Kto wie, czy nie przejdzie do historii polskiej telewizji. W odcinku piątym umierała bohaterka Elżbiety Karkoszki. Śmiertelnie chora, chciała jeszcze zagrać rolę żony komiwojażera. Nie dotrwała do premiery. Wyrzuca ze szpitalnej sali dyrektora, ale zaprasza do siebie młodą aktorkę z Krakowa, graną przez Martę Ojrzyńską. Każe sobie obierać pomarańcze i spowiada się z całego życia. Z nieudanej kariery, z ról, które ją ominęły, z samotności, strachu, wstydu. Ostrzega młodą – uciekaj, to nie ma sensu, aktorstwo to tylko ból i rozczarowanie. Scena jest tym bardziej wstrząsająca, im bardziej Karkoszka bełkocze. Dźwięk jakoś tak przypadkiem wyszedł Strzępce prawie nieemisyjny. Ojrzyńska karmi staruszkę pomarańczami, bo dla umierającej jest to smak zakazany, niedostępny przez całą jej młodość. Jest zachłanna, wysysa sok, łyka kawałki. I w końcu umiera w samym środku monologu, z kawałkiem pomarańczy w rozwartych ustach. Z aparatu dobiega sygnał ustania akcji serca. A Ojrzyńska szybciutko wyjmuje jej tę pomarańczę z ust i zjada. Co to znaczy? Czym może być ten gest? Ojrzyńska chce poczuć smak śmierci, jaki musiał przeniknąć z warg zmarłej na pomarańczę? Może to jakaś graniczna forma pożegnania, nadłakomstwo – bo wyschło jej w gardle? A może po prostu gest kontynuacji – mnie się uda, ja mam siłę, nie boję się, nie czuję wstrętu? Podejrzewam, że to największa scena, jaką Demirski kiedykolwiek napisał. Strzępka dzieli ją montażowo z konfrontacją Czarnika z Nawojczykiem w prokuraturze. Jakby szukała dystansu, cudzysłowu, absurdalnej równoległości. Ucieka przed sentymentalizmem, ale jednocześnie zasłania Karkoszce i Ojrzyńskiej popis. Nie wiem, czy to nie błąd w sztuce. Ale scena działa. Szkoda tylko, że w kolejnym odcinku wraca symbol pomarańczy, tym razem wrzucanej przez Ojrzyńską do grobu starej aktorki. To już jak na moje wyczucie o jeden symboliczny obraz za daleko.

C jak Czarnik
Bardzo niejednoznaczny ten dyrektor Konieczny, bohater Marcina Czarnika. Trudno go lubić. Nie wiadomo, o co gra, o teatr czy o swoje przetrwanie. Jest nie fair wobec swojej kobiety i dziecka i ponosi za to karę.Nie wiemy, czy bywa dobrym reżyserem. Wiceprezydent łapie go na nieznajomości dziecięcych lektur (Niekończąca się opowieść), własna córka wytyka mu, że nie czyta dorosłych książek. Przez osiem odcinków uczy się zakulisowych gier, szantażu, nepotyzmu, kumoterstwa. Boi się, ale z premedytacją łamie prawo. Ma kompleks dorastania w bloku. Zadaje się z bandyterką i faszystami. Straszy ludzi zwolnieniami, zgadza się na poświęcenie szalonej księgowej dla ocalenia teatru i własnego środowiska. Nie zna języka francuskiego. Zazdrości Richter miłości zespołu i premiery, delikatnie podgryza jej autorytet. Podejrzewam, że Strzępka i Demirski chcieli mieć antybohatera, człowieka, który nie budzi sympatii, nie kibicuje się mu w serialu, a jednak jest w nim jakaś racja, upór, chęć walki. Nie do końca to wyszło. I widać to w roli Czarnika. Wielki krakowski aktor nieco się szamoce. Nie umiem po tych ośmiu odcinkach zrekonstruować jego rozwoju, bo z jednej strony staje się coraz bardziej cyniczny, a z drugiej coraz bardziej doświadczony teatrem. Cały czas w rozkroku. Pogubiony, zły-dobry, krzywdzący krzywdziciel. Tak że w końcu zaczynamy kibicować innym postaciom. Bohater taki jak Konieczny łamie serialowe schematy i to wielki plus, ale minus za to, że tracimy ważny powód do empatii, przewodnika po serialowych intrygach.

Z jak Zwycięstwo
Marcinowi Czarnikowi film ukradli Dorota Segda, Michał Majnicz i Agnieszka Przepiórska, bo to oni zagrali u Strzępki najlepiej, ich historie opowiedziały się najciekawiej.

K jak Krytyk
W serialu jest dwójka recenzentów. Słynny redaktor Mróz (pozdrawiamy Witka Mrozka z „Gazety Wyborczej") i recenzentka w wykonaniu Ewy Skibińskiej. Złośliwa, pisząca na zamówienie, niszcząca nową dyrekcję, manipulująca wywiadami, szpiegująca w teatrze. Ten czarny charakter zmienia się jednak nie do poznania, z chwilą gdy w błysku geniuszu dyrektor przyjmuje ją do pracy w teatrze. Recenzentkę akurat zwolniono z gazety. I nagle staje się najwierniejszą z wiernych. Formułuje apele w obronie, pisze materiały reklamowe przed spektaklem Richter, broni interesu teatru i dobrego imienia dyrektora. Nawet położona z nim do jednego łóżka nie robi zamachu na jego cnotę. Trochę mnie martwi takie myślenie duetu o etyce zawodu krytyka. Jesteśmy lepsi niż ona. Naprawdę Wacław Krupiński na stanowisku kierownika literackiego Starego Teatru byłby najwierniejszym współpracownikiem Jana Klaty? Czy Mike Urbaniak przyjąłby propozycję pracy z Agnieszką Korytkowską? Czy Magda Piekarska zostałaby prawą ręką Cezarego Morawskiego, a Witek Mrozek Tadeusza Słobodzianka? Czy ja przyjąłbym stanowisko rzecznika prasowego Macieja Nowaka? Strzępki prowokują w serialu, mówiąc, że można popełnić każde świństwo, żeby ocalić teatr i siebie, można dogadać się z każdym sukinsynem. Ludzie nie są źli z natury, to brak pracy i złe warunki mieszkaniowe czynią ich takimi. Byt określa świadomość. Przeciągnięty na słoneczną stronę życia czarny charakter zmienia się w pozytywnego bohatera.

P jak Podtekst
Artyści jako całość, postać dyrektora Koniecznego jako exemplum są w jednej ze swoich warstw znaczeniowych samousprawiedliwieniem się Strzępki i Demirskiego. „Oto właśnie dlatego nigdy nie będziemy dyrektorami żadnego teatru" – zdaje się mówić duet. „Ten świat, choć chwilami fascynujący, jest brudny i lepki. Aktorzy mimo momentów wzniosłości są lawirantami, egoistami i zawistnikami, urzędnicy to mafia, teatrem nie da się racjonalnie zarządzać w obecnej sytuacji ekonomiczno-politycznej".

N jak Narzucana narracja
Narracja przed premierą serialu była mniej więcej taka: oto objawia się w polskiej telewizji cudowny duet, który zrewolucjonizuje język serialu. Ich dzieło, poparte wielomiesięcznymi studiami nad specyfiką gatunku, zachęci ludzi do chodzenia do teatru, da środowisku portret prawdziwy, pościga się z zachodnimi i krajowymi produkcjami. Po ósmym odcinku wiemy, co następuje: przejście z teatru do telewizji jest jednak znacznie trudniejsze dla debiutantów, niż wskazywałyby na to autokomentarze. Niemniej początek telewizyjnej kariery jest obiecujący. Serial kończy się nieco rozbabrany fabularnie, bez puent i domknięcia niektórych wątków, ale to pewnie po to, by zostawić furtkę do ewentualnej kontynuacji.

K jak kontekst, D jak danina
Przeszkadza mi jednak, że ten serial firmowała telewizyjna Dwójka, prezes Kurski i dyrektor Wolski. Że na wymowę serialu pracował kontekst Wiadomości, cynicznych filmów dokumentalnych, kabaretu OT.TO. Udajemy, że to nie ta sama telewizja. Kiedy nadaje Wiadomości, jest zła, a kiedy Artystów – dobra. Co w takim medium robi bezkompromisowy serial o środowisku aktorskim? Pracuje na rzecz nowej narracji. Elity są be, to darmozjady, głupki i celebryci. Lud ma rację i nie błądzi. Poprzednia ekipa to mafia. Słusznie więc burzy się przeciwko niej w finale kibolski lud i hipsterzy, ramię w ramię. Magistrat warszawski czyli PO, chce w serialu zlikwidować teatr. Ten czy tamten, nieważne, zawsze są jakieś teatry do likwidacji. Inne partie siedzą cicho. Nie ma innych partii. W Artystach wydaje się rządzić jedna monopartia, wszyscy dobrzy ludzie są poza nią. Nie ma gier politycznych między ugrupowaniami w ratuszu, są tylko źli, sprzedajni, cyniczni rządzący. Przeszkadzało mi – pewnie ironiczne, ale jednak – przypisanie w serialu wrogom ideowym duetu metod działania skrajnej prawicy, czyli owe bojówki młodzieżówki PO przerywające spektakl w Teatrze Popularnym. Wiem, że scenariusz został napisany w innej rzeczywistości, ale Demirscy winni wiedzieć, do czego może zostać użyty dziś. I pewnie przydał się nieco w obecnej walce z warszawskim magistratem w oku cyklonu reprywatyzacyjnego. To jest ta danina, jaką wściekły niegdyś duet oddał PiS-owi.

O jak Ostatnie sceny
O skopiowanym z Hair Milosza Formana finale serii już trochę wspomnieliśmy. Zrewoltowany odezwami artystów i knowaniami dyrektora Koniecznego zjednoczony tłum kibolsko-hipsterski szturmuje ochraniany przez policję gmach teatru. Maciej Nowak gra postawnego polityka w garniturze, którego boi się go nawet wiceprezydent Kowalczyk Adama Nawojczyka, czarny charakter serialu. Podczas posiedzenia rady miasta Nowak zdegustowany spiskami wiceprezydenta postanawia zakończyć te intrygi i zacząć nową operację. Wchodzi na mównicę i zaczyna przemawiać. Jego słowa zagłusza muzyka z offu. Na szczęście dzięki fejsbukowym przeciekom wiemy, co Nowak miał powiedzieć w tym przemówieniu, zanim go nie przykryto piosenką. Oto jaką otuchę miał wlać w serca widzów i polskiej lewicy! Absolutnie przypadkiem miał to być monolog wieńczący Molierowskiego Świętoszka:

Panuje nam dziś książę, co podłości wrogiem,
Książę, którego oko czyta w sercach ludzi
I którego szalbierza przebiegłość nie złudzi
Dusza jego tak wielka swym objęciem bystrem
Zarówno nad poddanym czuwa, jak ministrem.
Umysł jego we wszystkim prawdzie tylko sprzyja
I sądu jego chytrość nie zaćmi niczyja.

Łukasz Drewniak
teatralny.pl
5 listopada 2016

Książka tygodnia

1968/PRL/Teatr
Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego
red. Agata Adamiecka-Sitek, Marcin Kościelniak, Grzegorz Niziołek

Trailer tygodnia