Almaviva czy Figaro?

"Cyrulik sewilski" - reż. Jerzy Stuhr - Opera Krakowska

Almaviva czy Figaro – kto jest główną postacią „Cyrulika sewilskiego"? „Cyrulik sewilski" z muzyką Gioacchino Rossiniego to druga, po ciągle granym na deskach Opery Krakowskiej „Don Pasquale" Donizettiego, udana realizacja Jerzego Stuhra, która zapewne na operowej scenie zagości na dłużej. Tym razem aktor i reżyser wziął na warsztat operę buffa i korzystając z własnego zmysłu komediowego, nadał jej charakterystyczny i zapadający w pamięć rys, nie tracąc niczego z komizmu i jakości oryginału.

Dzieje miłości hrabiego Almavivy do Rozyny (Daria Proszek), wychowanki doktora Bartolo (Jacek Ozimkowski), mieszkającego na piętrze kamienicy, w której parter zajmuje zakład cyrulika Figaro, jak się okazuje byłego służącego hrabiego i próby połączenia węzłem małżeńskim dwojga młodych, a przy okazji przekreślenie planów małżeńskich doktora to treść tej opery komicznej w dwóch aktach rozgrywającej się na sewilskiej ulicy.

Akcja całej opery dzieje się w zasadzie wewnątrz jednej z kamienic lub przed nią. Scenografia (Natalia Kitamikado) zaś z jednej strony świetnie oddaje charakterystyczny rys urządzania mieszczańskich wnętrz XVIII wieku, z drugiej wprowadza elementy dekoracji, dodatkowo podkreślane przez kostiumy (Joanna Klimas) części aktorów, wyraźnie i jednoznacznie nawiązujące do czasów obecnych, a pod koniec widowiska także polskiej współczesności.

Stuhr pozostał wierny osiemnastowiecznemu przekazowi sztuki, utrzymując jej żywe tempo, ze swadą prowadząc nić intrygi złożoną i komplikującą się w toku wydarzeń, budzącą uśmiech na twarzach widowni, a przy tym zachwyt nad muzyczną oprawą całości i świetnym zestawieniem głosów śpiewaków, które doskonale ze sobą współgrały, co można było docenić zwłaszcza w tych fragmentach widowiska, gdzie bohaterowie prowadzili ze sobą konwersację, bądź ujawniały się ich wewnętrzne przemyślenia. Przemycił też do widowiska aluzje do współczesnej polskiej rzeczywistości, nie naruszając w zasadzie operowej intrygi, nie burząc też jej wymowy i nie niszcząc siły przekazu. Udało mu się stworzyć wątek biegnący niejako obok, lekki jak cała opera komediowa, budzący najpierw przede wszystkim uśmiech i wesołość, potem uznanie dla pomysłowości i dowcipu reżysera, a dopiero na końcu refleksję, czasem gorzką, ale jednak nie przytłaczają swym ciężarem. Jest to też swoista gra z dziełem Rossiniego zdecydowanie konserwatywnym w treści i patrzącym raczej w przeszłość i tradycję, niż przyszłość i nowe, muzyczne trendy.

Gra zespołu jest dobra zarówno w indywidualnej kreacji i śpiewie postaci, jak i wówczas, gdy rzecz dotyczy gry zespołowej, nastawienia na pozostałych aktorów znajdujących się na scenie, umiejętności słuchania siebie nawzajem i śpiewania tak, że słucha się tego nie jak jednoczesnego wykonania kilku partii solowych, ale jednego utworu, w którym przenikają się różne głosy, krzyżują odmienne myśli i plany poszczególnych postaci. Moją szczególną uwagę przyciągnął sewilski cyrulik Figaro (w tej roli miałam okazję widzieć Sławomira Kowalewskiego) i hrabia Almaviva (w tej roli Pablo Martínez). Pierwszy jest motorem działań obojga młodych. Rzutki i inteligentny, kieruje też sprawnie, choć niekoniecznie jawnie, działaniami rozgrywającymi się na scenie. Drugi natomiast stworzył kreację młodzieńca z dużą determinacją dążącego do osiągnięcia ręki Rozyny, ale też nie tracącego przy tym ani poczucia humoru, ani pomysłowości, ani też gotowości do podjęcia się mocno dwuznacznych działań (jak przekonujące udawanie pijanego wojskowego domagającego się od opiekuna dziewczyny przyznania kwatery w jego mieszkaniu, czy desperackiego, aczkolwiek – dzięki błyskotliwej pomocy cyrulika – skutecznego udawania ucznia Don Basilio (Wołodymyr Pańkiw)). Gra Marineza jest przy tym pełna wyrazistej ekspresji (nie tylko muzycznej) przybierającej na sile zwłaszcza w drugim akcie opery.

Cała intryga kończy się zgodnie z planem hrabiego i cyrulika. Notariusz spisuje akt małżeński zawarty przez młodych, a zwieńczeniem opery jest wkroczenie do mieszkania Don Bartolo grupy wojskowych ubranych we współczesne stroje sił specjalnych i budzących wśród widowni najpierw zainteresowanie, bo na plecach wypisane mają litery, a potem śmiech, gdy pozostaje trzech, których litery układają się w powszechnie znany skrót CBA.
Zespołowi Opery Krakowskiej można tylko pogratulować bardzo dobrego przedstawienia, w tym jego muzycznej aranżacji (Tomasz Tokarczyk), a aktorom dobrej gry i śpiewu zarówno w partiach solowych, jak i w chórze, może najbardziej wpadającego w uszy w partiach duetów, tercetów czy kwartetów. Może jedno, czego nieco mi brakowało, to odrobiny drapieżności w partiach orkiestry, która świetnie kontrastowałaby z lekkością opery buffa, wydobywając z niej i podkreślając komizm, ale to już zupełnie osobiste odczucie. Przedstawienie budziło bowiem żywą reakcję międzynarodowej publiczności, dającą się zauważyć i w śmiechu rozlegającym się na widowni po kolejnych scenach, i w brawach nie tylko tych końcowych, wieńczących najsłynniejszą operę Rossiniego, ale też tych rozlegających się w trakcie jej trwania.

Iwona Pięta
Dziennik Teatralny Kraków
16 lipca 2019
Portrety
Jerzy Stuhr

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia