Amerykanin w Białymstoku

Opera i Filharmonia Podlaska w Białymstoku

Nagrał 38 płyt, zdobył trzy Fryderyki w kategorii muzyka poważna, błyszczał na Warszawskiej Jesieni i Wratislavii Cantans. W zasadzie to dostojny klasyk. I w piątek zagra w Białymstoku utwory klasyka. Co może grozić wysadzeniem Filharmonii w powietrze.

Z Waldemarem Malickim mam poważny problem. Kiedy  oglądam jego występy zaczynam rozumieć  szewca, który zazdrościł proboszczowi, że ten został  kanonikiem.  Malicki też budzi u mnie takie mało budujące uczucia, choć nie potrafię zagrać na fortepianie nawet gamy. Owszem, znakomitego pianistę  należy podziwiać. Znakomitego pianistę i satyryka można podziwiać. Ale znakomitego pianistykę, satyryka, człowieka obdarzonego talentem edukacyjnym, showmana niepodzielnie panującego nad publicznością na sali koncertowej i przed telewizorami podziwiać da się tylko w ramach umartwiania oraz ćwiczenia pokory.

Umartwienia nie będą  jednak bardzo ciężkie, bo Malicki zagra najpopularniejsze utwory George’a Gershwina.  Usłyszymy poemat symfoniczny „Amerykanin w Paryżu”, Uwerturę Kubańską, a przede wszystkim Błękitną Rapsodię, ze słynnym klarnetowym glissando, od którego serce skacze do gardła. Jednym słowem wybuchową mieszankę. Gershwin miksował style, łączył jazz z muzyką symfoniczną, wrzucał do swoich utworów odgłosy ulicy, pokazał Europie amerykańską ekspresję, witalność, radość życia, sukces.  I Europa to pokochała.

Według jednej z moich ulubionych anegdot  Gershwin miał poprosić rosyjskiego kompozytora Igora Strawińskiego o lekcje. Strawiński  się wzbraniał, Gershwin naciskał.  W końcu Rosjanin, który dowiedział  się, że jego potencjalny uczeń dostaje za swoje kompozycje 120 tysięcy dolarów rocznie wykrzyknął: - Drogi kolego, to raczej ja powinienem brać lekcje u pana! Bo Gershwinowi udało się  za życia (krótkiego, zmarł mając 39 lat) opanować niesłychanie trudną dla twórców sztukę zarabiania  pieniędzy. Komponował dużo, szybko i dobrze, jego muza odebrała amerykańskie wychowanie. Błękitna Rapsodię, która jest najpopularniejszym utworem Gershwina napisał w miesiąc.  A wszystko przez żądne sensacji media. Wiadomo, że gazety kłamią, nawet amerykańskie, ale gdy Gershwin dowiedział się na początku 1924 roku, ze styczniowego numeru  ,,New York Herald Tribune’’, że komponuje koncert jazzowy dla orkiestry Paula Whitemana i że ten utwór zostanie wykonany już 12 lutego (w ramach konkursu, który miał określić, co jest amerykańską  muzyką), przeraził się konsekwencjami tej informacji.  Nie wysłał jednak sprostowania, bo mu Whiteman zdążył  wsiąść na plecy i ambicję. Kto jak nie Gershwin napisze w tak krótkim czasie!

Zdążył, choć tempo było jak podczas bicia rekordu Pstrowskiego. Ferd Grofe, który miał instrumentować utwór na orkiestrę Whitemana,  kartka po kartce zabierał Gershwinowi nuty z pianina. A sam Gershwin (jak pisał Lucjan Kydryński w swojej monografii kompozytora) przyspieszał sobie pracę, zostawiając w partiach czysto fortepianowych, solowych, puste miejsca, zamierzając zagrać te fragmenty z pamięci. Czyste szaleństwo, ale skończyło się sukcesem. Bo kto jak nie Gershwin. A co dopiero Gershwin z Malickim!

Jestem przekonana, że gdyby Gershwin dożył naszych czasów, chciałby, żeby jego utwory grał właśnie Waldemar Malicki. Ale jeśli już komuś  zazdrościłby, to nam, że możemy słuchać tak pięknej muzyki w tak świetnym wykonaniu.

Beata Maciejewska
Materiały OiFP
17 lutego 2012

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia

Maskarada – Międzynaro...