Andersen na bogato

"Królowa Śniegu" - reż. Piotr Cieplak - Teatr Narodowy w Warszawie

Piękna, barwna, fantazyjna opowieść, piorunująca scenografia i kostiumy, gra aktorska na najwyższym poziomie i długa podróż, której końca nie można się doczekać. „Królowa śniegu" w reżyserii Piotra Cieplaka w Teatrze Narodowym zachwyciła, rozbawiła, wzruszyła oraz odrobinę zniecierpliwiła, co najmłodsza publiczność bez zawahania dała do zrozumienia.

Zbigniew Zamachowski w roli narratora wpadł na scenę, krzycząc „Zaczynamy"! Uciekając przed strażnikami, opowiadał historię lustra, które sporządził „bardzo niegodziwy troll", a w nim same okropności, fałszywe obrazy, a zamiast pięknych widoków – ugotowany szpinak. Po krótkiej, chaotycznej scenie, niczym z planu filmowego, gdzie można było znaleźć postaci z każdej epoki, stylu i w każdym charakterze, Pan Gaduła powrócił, by od tego momentu pojawiać się co czas jakiś, nakreślić sytuację, sportretować postaci lub towarzyszyć bohaterom. Nierozłączny ze swoją walizką, która czasem zamieniała się w stołek albo poduszkę, w beżowym prochowcu, energicznie, zabawnie, charyzmatycznie niemal wyrastał spod ziemi, w najmniej oczekiwanym momencie.

Historia dwójki dzieci rozpoczęła się w scenerii przeciętnego blokowiska, z nieprzeciętnym ogródkiem, w którym babcia, Wiesława Niemyska, opowiadała fantastyczne historie, a Kay i Gerda bawili się beztrosko, dopóki chłopcu nie wpadło coś do oka. Odtąd stał się arogancki, prześmiewczy i złośliwy, nawet wobec wielobarwnych sąsiadów: starszych, dystyngowanych pań prowadzących się pod rękę, młodzieńców w dresach i adidasach prężących się przed dziewczętami w bardzo krótkich spódnicach i zatrważająco wysokich obcasach, zagubionego ministranta, nauczycielki, której wytrącił z ręki książki oraz kobiety, przebijając z hukiem jej błękitny balon. Kiedy nastała zima, a jedynym zainteresowaniem chłopca stały się płatki śniegu, na scenę wjechał wielki czarny samochód ze skrzącą się królową w białej sukni i wielkim kapeluszu, którym Kay odjechał do krainy lodu. Początkowa rozpacz i zwątpienie Gerdy spowodowane ucieczką chłopca zostały przezwyciężone dzięki Panu Gadule, podtrzymującemu dziewczynkę na duchu oraz jej bezgranicznej miłości i dobroci. Młoda bohaterka rzuciła się w nurt lazurowej rzeki w swoich nowych, czerwonych bucikach w nadziei, że odnajdzie przyjaciela. Podczas gdy płynęła, na scenie malowały się akwarelowe animacje przedstawiające różnorakie krajobrazy, lasy, pola, góry i rzeki, a kiedy wynurzyła się z wody, okazała się być dorosłą, ale utrzymującą dziecinną konwencję, trochę infantylną kobietą (Dominika Kluźniak) w tej samej fioletowej sukience w grochy. Pomogła jej dobra czarownica, którą wyśmienicie zagrał Jerzy Łapiński, nadając postaci złowrogo - ciepło - rubaszny wyraz.

Wszyscy udali się do ogrodu, a ten olśnił, zaczarował, wprowadził nową, fascynującą rzeczywistość. Po scenie przepływały wielkie zielone sześciany, z których wyłaniały się kwiaty. Każdy odmienny, zachwycający, prezentowały swoje wdzięki w pięknych sukniach balowych i fikuśnych kapeluszach, strojach narciarskich, mundurach lub XVII-wiecznych krynolinach i perukach. Nikt jednak nie wiedział, gdzie jest Kay, więc Gerda wraz z nieodłącznym panem Gadułą wyruszyli w dalszą podróż do ciemnego, mglistego lasu wśród złowrogich odgłosów ptaków. Nagle z sufitu zleciał wyfrakowany, zakurzony, kichający, zrzucający pióra, zabawny i ujmujący Tomasz Sapryk jako Pan Wrona. Przez kurnik, stajnie i tylne drzwi ukradkiem przeprowadził bohaterów do zamku księżniczki, zabierając po drodze swoją czarną, nieco zrzędliwą, ale pomocną i wrażliwą, obdarzoną wydatnym kuprem narzeczoną, Ewę Konstancję Bułhak. Na różowo-złotej scenie pojawiło się wielkie, satynowe, błyszczące łoże, a w nim, bajkowi, migoczący, odrealnieni księżniczka i książę, Kinga Ilgner i Przemysław Stippa. Kaya jednak tam nie było. Urzeczona historią Gerdy para zorganizowała huczny, wystawny bal i podarowała dziewczynce ciepłe ubranie oraz karocę zaprzężoną w przezabawnego, fircykowatego kucharza. Radości nie było końca, ale konieczność wzywała.

Niespodziewanie wyłoniły się metalowe konstrukcje, wyrastające z ziemi rury, obskurne łóżka, klatka i zgraja krzyczących, żarłocznych rozbójniczek. Wśród nich znajdowała się również zaczepna, znudzona, mała rozbójniczka, Paulina Szostak, której zabawą było znęcanie się nad zwierzętami. W nocy, kiedy większość spała, grupa szarych, stłamszonych w klatce gołębi odśpiewała melancholijną, przeprawiającą o dreszcze piosenkę o Kayu i Królowej Śniegu. Silne, męskie, dramatyczne głosy rozbrzmiały smutkiem, nostalgią, wywierając monumentalne wrażenie, a mała rozbójniczka pozwoliła Gerdzie wyślizgnąć się razem ze starym reniferem, Waldemarem Kownackim w wełnianym swetrze, kaloszach i futrzanej czapce. Bezsłowna scena mozolnej wędrówki, pełna wzlotów i upadków, oddania i zmęczenia zakończyła się wjazdem wielkiego igloo z niedźwiedziem zamiast dachu. Dziewczynkę obskoczyły jakieś nieziemskie, futrzane, zamaskowane istoty z dalekiej północy, a stara Eskimoska, którą znów był Jerzy Łapiński, poczęstowała gości przedziwną zupą, będącą w rzeczywistości konfiturą z dorsza. Zatrwożona wieściami o Kayu Gerda wyruszyła do zamku Królowej, a raczej iskrzący, srebrny zamek spłynął z góry mieniąc się, odbijając światła w błyszczących ścianach. Dorosły, zimny, beznamiętny Kay, Karol Pocheć, stał pośrodku, układając połyskujące puzzle, a chłodna, spokojna, dostojna Anna Markowicz w roli Królowej Śniegu przechadzała się, dźwięcznym głosem zwodząc chłopca. Kiedy Gerda przedostała się do środka, jej lament, ciepło, bezgraniczne oddanie i dobro roztopiło lód w sercu przyjaciela. Zamek jak się pojawił, tak zniknął i wszyscy wrócili do babci czytającej bajki, znanego blokowiska, zielonego ogródka, a na scenie znów zapanowało lato.

Kolorowej, malowniczej baśni Christiana Andersena nadały charakter, kształt i niesamowity urok scenografia, kostiumy oraz reżyseria świateł w wykonaniu Andrzeja Witkowskiego. To dzięki niemu można było wędrować razem z Gerdą od krainy do krainy, a każda była niezwykła, zachwycała przepychem lub straszyła okropnościami. Nastrój potęgowała bogata, niemal filmowa muzyka Jana Duszyńskiego, która w momencie spotkania bohaterów zachwyciła przestrzenią i ogromem brzmienia. Podróż jednak przedłużała się, brak jej było energii, dynamiki, choć trzeba przyznać, że niektóre sceny hipnotyzowały, oczarowały, wywoływały dreszcz lub śmiech. Świetne postaci narratora, państwa Wron, czarownicy, kwiatów, Gerdy i zawadiackiej małej rozbójniczki napawały oko i ucho, ale najmłodsza publiczność nie wychwyciła wszystkich podtekstów, rzadko słychać było rozbawienie, a w chwilach grozy wtulała się w ramiona rodziców. Nie jest to więc bajka dla najmłodszych, ale z pewnością dla dzieci, w której każdy dorosły również znajdzie coś dla siebie lub przynajmniej będzie miał okazję znów poczuć się jak dziecko.

Agata Wiedro
Dziennik Teatralny Warszawa
7 marca 2015
Portrety
Piotr Cieplak

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia