Andrzej Wajda, czyli oddech wolności

Felieton ks. Andrzeja Lutra

Andrzeja Wajdy nie ma już wśród nas. Okrutne zdanie. Jak to nie ma? Nie ma Kogoś, kto towarzyszył mi przez całe dotychczasowe życie? To niewyobrażalne - pisze ks. Andrzej Luter.

Wiedziałem od przeszło tygodnia, że jest niedobrze. Szpital. Kolejne telefony; aż w końcu przyszła ta informacja. A więc jednak nie zdarzył się cud. Trudno cokolwiek w tym momencie napisać. Odszedł od nas KOLOS. Człowiek, który naprawdę tworzył polską kulturę, polską historię. Artysta na wskroś polski i z ta polskością ciągle się wadzący. Jerzy Andrzejewski pisał, że Wajda był chory na Polskę.

Wajda twierdził, że zrealizował się jako człowiek kina. "Po sukcesie >>Popiołu i diamentu<< pytano mnie, dlaczego nie porzucę Polski, żeby być reżyserem światowym. No, ale ja nie miałem nic do opowiedzenia o świecie, wszystko, co miałem do powiedzenia, dotyczyło Polski. Więc po cóż ja miałem tam jechać? Wszystko to byłoby z drugiej ręki, a tu było tyle rzeczy nieopowiedzianych, które koniecznie musiały znaleźć swoje miejsce w kinie".

"Popioły" (na zdjęciu) według Żeromskiego to był "mój" pierwszy film Andrzeja Wajdy. Obejrzałem go jako młody chłopak, chyba sześć lat po premierze, a potem zacząłem chłonąć całą jego twórczość, powracając do początków, czyli do szkoły polskiej, do "Popiołu i diamentu". Swoimi filmami skutecznie podważał świat otaczającej nas zewsząd prymitywnej propagandy, dawał mojemu pokoleniu oddech wolności. Ostatni film "Powidoki" (dopiero wejdzie na ekrany) to testament wolnego artysty, który opowiadając o przeszłości, wskazuje na to, co dzieje się "tu i teraz". Wajda był i pozostał do samego końca oddechem wolności.

Sześć lat temu przeprowadziłem z nim długą rozmowę dla KUL - owskiego kwartalnika "Ethos". Oto krótki fragment:

" - Pierwszy Pana film po wprowadzeniu stanu wojennego to "Danton", inspirowany sztuką Stanisławy Przybyszewskiej, a zrealizowany we Francji. Doszukiwaliśmy się w nim aluzji do "wojny polsko-jaruzelskiej".

Andrzej Wajda: - Przede wszystkim musiałem sobie zadać pytanie: Co to jest za moment historyczny? Każda rewolucja musi się odbywać w krótkim czasie, bo albo zwyciężą ci, którzy ją wywołali i przeżyją, albo przysną na chwilę i wróci system, który chcieli zamordować, który czeka tylko, żeby oni przysnęli. Jeśli przysną, już po nich. Skąd miałbym o tym wiedzieć, gdybym nie zobaczył, jak uwijali się młodzi ludzie w regionie "Mazowsze" Solidarności w ostatnich tygodniach przed wprowadzeniem stanu wojennego. Bieganina należy do istoty rewolucji. I ten Komitet Ocalenia w czasie rewolucji francuskiej też tak działał, bo przeczuwał, że jego dni, gorzej - jego godziny są policzone.

"Danton" we Francji został uznany za film bardzo kontrowersyjny?

- Nie mógł być oceniony tak samo we Francji i w Polsce. Pamiętam pokaz zorganizowany dla prezydenta Mitteranda, jeszcze przed oficjalną premierą. Byłem na tym pokazie. Prezydent podszedł do producenta - ja stałem z boku - i powiedział: "To są problemy pana Wajdy". I było coś w tym, że to są nasze problemy, a ja po to robiłem ten film we Francji. Realizując trzy lata wcześniej sztukę teatralną w Warszawie, a potem film, chciałem znaleźć odpowiedź, dlaczego towarzysze wspólnej walki pozbywają się Dantona i jak się robi rewolucję permanentną, żeby doprowadzić do wrzenia społecznego i do powszechnego w niej udziału. Rozumiałem jednak, że każda rewolucja pożera własne dzieci i nie jest to tylko zwrot retoryczny. Dla Francuzów był to film trudny do przyjęcia - zakładając, że francuska rewolucja zmieniła świat i miejsce w nim ludzkiej jednostki... Czego przecież nie kwestionowałem.

Bronił Pana wtedy znany polityk Michel Poniatowski?

- On mnie zgubił. Chciał dobrze, ale wyszło źle. Po obejrzeniu "Dantona" zachwycił się, że oto ktoś odważył się zrobić film o tym, jak musiała tamta rzeczywistość wyglądać. Rewolucja francuska - jak już powiedziałem - zmieniła świat, stworzyła nową zupełnie ocenę człowieka i jego pozycji. Mnie natomiast interesował tylko maleńki jej fragment. Bo to pasjonujące obserwować, jak tworzy się rewolucję, jak mała grupa pracuje nad tym, żeby zwyciężyła skrajność. Poniatowski był pamiętany jako minister spraw wewnętrznych Francji z poprzedniego układu politycznego, więc kiedy napisał pierwszą recenzję o "Dantonie", było już po mnie.

A rządziła wtedy lewica?

- Tak, lewica. Ale jak się film podobał prawicowemu Poniatowskiemu, byłem zgubiony. Muszę przyznać jednak, że przeczytałem jego recenzję z radością, bo miałem taki sam pogląd na rewolucję, jak on. Ale zdawałem sobie sprawę, że naruszyłem świętość Francuzów. A przecież wiemy, że Lenin nieustannie powoływał się na Komitet Ocalenia i w ogóle na rewolucję francuską. Interesował się, jak oni to zrobili, właśnie od tej negatywnej strony: sposobu likwidowania przeciwników.

Naruszył Pan świętość francuską, tak jak w "Popiołach" - polską.

- Niestety, tak jest, że dobro zwycięża niekiedy poprzez grzech, zbrodnię. Przebija się. I o tym też trzeba robić filmy, jeśli nawet to narusza dobre samopoczucie narodu.

- Ekranizacja "Pana Tadeusza", epopei narodowej, pokazuje może najpełniej nieuleczalność Pańskiej choroby na Polskę. Sfilmować Mickiewicza to było chyba zadanie karkołomne. Pamiętam głosy, które podważały sensowność tej realizacji. Opowiem zabawną historię. Po premierze filmu rozmawiałem z bardzo ważnym duchownym. I on mówi tak: "No, dobrze Wajda zrobił ten film. Ale czy powinno się robić dzisiaj filmy o tym, że Polacy są tak skłóceni. To tylko psuje atmosferę społeczną". A ja mu na to, że to Mickiewicz, wieszcz narodowy, tak nas opisał. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.

- I to jest istota sprawy. Moje pierwsze filmy w wolnej Polsce: "Pierścionek z orłem w koronie" i "Wielki Tydzień" według Andrzejewskiego przeszły bez echa. Myślałem, że w wolnej Polsce zrobię filmy, których nie mogłem zrealizować w PRL-u ze względu na cenzurę, ale okazało się, że już nie ma w kraju widowni na takie filmy. Kto inny przychodzi dziś do kina. I nagle pojawia się pomysł, żeby robić "Pana Tadeusza". Podtytuł epopei brzmi "Ostatni zajazd na Litwie" - to jest przecież amerykański tytuł filmu akcji. To mi dodało odwagi.

Był jeszcze problem inny. Kiedy zaczynałem film "Wesele", radzono mi, żebym poprosił Dygata, a on mi napisze dialogi, dialogi do "Wesela". Tymczasem wiersz Wyspiańskiego brzmi na ekranie motorycznie, dodaje filmowi energii i tempa. Dlatego przy "Panu Tadeuszu" wiedziałem już, że dialogi wierszem świetnie się sprawdzą, bo są krótkie, przejrzyste i nie ma w nich zbędnych słów. Mickiewicz stworzył poza tym bardzo wyraziste postacie. Znalazłem świetnych aktorów, a film obejrzało wiele milionów ludzi.

Wtedy wchodziliśmy do Unii Europejskiej, a "Pan Tadeusz" pokazuje, że mamy swoich bohaterów, swój krajobraz, "że to nasze, że to własne", jak mówi Wyspiański, a na końcu wszyscy tańczą poloneza. A jednocześnie, że jest tyle kłótni, sporów, małości, co tak wzburzyło tego duchownego, o którym Ksiądz mówił. Słowem, że to jesteśmy my ze wszystkimi śmiesznościami i słabościami. Sędzia w wykonaniu Andrzeja Seweryna - zwłaszcza, gdy się słyszy jego słowa: "My z synowcem na czele i jakoś to będzie" - niestety, stawia nam przed oczami dzisiejszą polską głupotę. Mickiewicz pisał "Pana Tadeusza" ku pokrzepieniu serc, ale przecież ostatecznie wszystko skończyło się klęską. W Paryżu, na wygnaniu, spotykają się wszyscy bohaterowie tej opowieści, kiedyś skłóceni, dziś na paryskim bruku.

Film zaczyna się od epilogu, a inwokację w wykonaniu Krzysztofa Kolbergera słyszymy na końcu a nie na początku, może dlatego brzmi tak przejmująco?

- Mnie się zawsze wydawało, że to, co jest na końcu, epilog, powinno rozpoczynać film. Na tym paryskim bruku właśnie. Że to jest opowieść o nich, o ich życiu, o tęsknocie za Polską, którą utracili także z własnej winy.

Zrealizował Pan niedawno "Tatarak". To był powrót do Iwaszkiewicza. A co dalej?

- Nie wiem. Trudność moja polega na tym, że czuję się osamotniony, a przez długi czas swojego życia pracowałem wśród ludzi, którzy pisali powieści na ten sam temat, na który ja chciałem robić filmy. To znaczy, że kino było częścią większej całości polskiej kultury. Dziś kino się wyalienowało, a literatura opisuje samą siebie. Jeżeli chcę sięgnąć po tematy z przeszłości, nie mam sojuszników. Brakuje scenarzystów, którzy podjęliby się takich tematów. A kiedy myślę o teraźniejszości, to z kolei ci młodzi ludzie widzą rzeczywistość inaczej, niż ja bym chciał ją zobaczyć. Straciłem też serce do teatru, który - tak mi się wydaje - podlizuje się telewizji i filmowi. Coś wyciekło z teatru, to, co było teatralne, umowne. To, co w wielkich tragediach kryje się za kulisami i nigdy nie wyłazi na scenę."

Andrzeja Wajdy nie ma już wśród nas. Okrutne zdanie. Jak to nie ma? Nie ma Kogoś, kto towarzyszył mi przez całe dotychczasowe życie? To niewyobrażalne. Na każdy jego film czekałem... Wajdy już nie ma... Odchodzą wielcy twórcy wolności polskiej, bo jego filmy - powtarzam - były oddechem wolności. To odejście urasta do rangi symbolu. Koniec wielkiego pokolenia został przypieczętowany. Wydawało się, że ten dzień nigdy nie przyjdzie, a jednak przyszedł.

Uświadamiam sobie, że odszedł ktoś bardzo bliski... Pierwszy raz w życiu przeszedłem obok Wajdy, można powiedzieć otarłem się o niego, jako młody chłopak z podstawówki w Pabianicach. Na ulicy Lipowej dzień zdjęciowy "Ziemi obiecanej". Pobiegłem żeby podpatrzeć, jak pracuje mistrz z ekipą współpracowników. Byłem jednym z wielu gapiów. Nakręcano właśnie scenę śmierci samobójczej Trawińskiego. Widziałem, jak Łapicki strzela sobie w głowę. A potem, po wielu, wielu latach, już w Warszawie, poznałem Andrzeja Wajdę osobiście, rozmowy z nim to niezapomniane chwile w życiu. Trudno się pogodzić z tą śmiercią. Nie ma już Wajdy. Dobrze, wiem, są jego filmy... one pozostaną na zawsze, ale jego nie ma.
ks. Andrzej Luter
Materiał własny

ks. Andrzej Luter
e-teatr
17 października 2016
Portrety
Andrzej Wajda

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia