Anioły zawracają do nieba

"Anioły w Ameryce" - reż. Marianne Elliott - National Theatre Live

Była tu: władza, religia, miłość, śmierć. Ktoś by powiedział, że nie da się o tym wszystkim wnikliwie opowiedzieć w jednym spektaklu. A jednak. W ,,Aniołach w Ameryce" powstał z tego niezwykle skomplikowany i poruszający portret świata, którym nie opiekują się nawet anioły.

W opisach spektaklu ,,Anioły w Ameryce" transmitowanego w ramach cyklu ,,National Theatre Live" można znaleźć takie fragmenty ,,Spektakl o życiu grupy nowojorskich gejów, którzy żyją w czasach szalejącej pandemii AIDS i ultrakonserwatywnych rządów Ronalda Reagana." Od razu przychodzi myśl, że na pierwszym planie pojawi się więc kwestia homoseksualnej orientacji bohaterów. W Ameryce temat z tych nie budzących już większych emocji, w Polsce - wciąż trudny. Ale już pierwsze minuty spektaklu pokazały, że wybór głównych bohaterów i ich problemy są tylko punktem wyjścia do znacznie szerszych rozważań. O wielkiej polityce, władzy, religii, nadziei, miłości, śmierci – wszystko to przeplata się w ,,Aniołach", dając w pięciogodzinnej opowieści całościowy, skomplikowany portret świata.

Reżyser Marianne Elliot przyznała, że próbowała, skrócić tekst, usunąć niektóre postaci, ale opowieści byłyby wtedy niepełne, nie dotarłyby do widza. Na scenie śledzimy więc historie młodego małżeństwa (w którym Joe walczy ze swoimi homoseksualnymi instynktami, a Harper starając się tego nie zauważać, bierze coraz więcej valium), Priora zarażonego AIDS, świadomego swojej bliskiej śmierci, Louisa, który zostawia chorego partnera i Roya bezwzględnego adwokata. Z jednej strony rozłożenie środków ciężkości na tyle różnych postaci i sprawne połączenie wątków robi wrażenie, a z drugiej strony spektakl zadziwia minimalizmem.

Dlaczego anioły? Może dlatego, że bohaterowie przedstawienia tak jak boskie stworzenia nie pasują do nieboskich czasów i do świata, który spycha ich na margines, bo nie są istotami stąd. Wszyscy chcą być kochani, ale sami kochać nie potrafią, potrzebują wsparcia, ale sami go nie okazują. To właśnie dzięki tym sprzecznościom z uwagą i fascynacją śledzimy ich losy. Nie oglądamy problemów bohaterów, ale sposób, w jaki sobie z nimi radzą (lub bardziej nie radzą) i to czyni spektakl wyjątkowym. O wiele trudniej pokazać pewien proces niż gotową materię. Uwagę zwracają dwie postaci. Denise Gough w roli Harper niesamowicie przeobraża się z lekko zagubionej, trochę nieporadnej gospodyni domowej w pragnącą do granic szaleństwa kobietę, która z tęsknoty i bólu ucieka w świat wyobraźni. Aktorka doskonale prowadzi nas przez wszystkie stany, od łez do śmiechu, powodując u widzów napięcie do granic możliwości. Drugą, równie fenomenalną kreacją była postać Priora Waltera w wykonaniu Andrew Garfielda. Jednocześnie wzruszała i bawiła, była pełna barw i emocji.

Przenikanie wątków, postaci i światów – realnego i tego z wyobraźni Harper czy Priora – umożliwiła scenografia. Na niewielkiej przestrzeni udało się pokazać salę szpitalną, gabinet adwokata, sypialnię. Postaci na podestach pojawiają się i znikają, w końcu przechodzą do ,,stref" innych bohaterów, spotykają się w swoich wyimaginowanych światach.

Mimo mnogości tematów na pierwszy plan wysunął się główny problem - odpowiedzialności za drugiego człowieka. Kiedy Louis dowiaduje się o śmiertelnej chorobie Priora, pomaga mu, wzywa pomóc, a potem? Odchodzi, wybiera ucieczkę od obserwowania cierpienia i powolnego umierania ukochanej osoby. Podobnie Joe, choć mówi żonie, że nie zostawi jej, za każdym razem, kiedy ta ma stany lękowe, wychodzi, idzie na spacer do parku. Nie może patrzeć na cierpienie żony. ,,Anioły" stają się w ten sposób uniwersalnym studium człowieczeństwa, pełnym ciemnych i dosyć ponurych stron. Twórcy przedstawienia pokazali też przeróżne oblicza miłości. Tej trudnej, niszczącej i tej pełnej nadziei, choć bez szans na happy end.

Przez to, że spektakl był transmisją spektaklu granego w National Theatre w Londynie mieliśmy do czynienia z jeszcze jednym ciekawym zjawiskiem. Zupełnie inaczej reagowała polska i angielska publiczność. Nieraz narzeka się na nietolerancyjnego, niezadowolonego polskiego widza. Tymczasem ten polski widz oglądał przedstawienie z koncentracją i uwagą, podczas gdy Anglicy reagowali śmiechem w momentach tylko z pozoru zabawnych. Najwidoczniej poczuciem humoru wciąż się jednak różnimy.

Tworzenie tego spektaklu przypominało trochę krawiecką pracę. Twórcy ,,Aniołów w Ameryce" pocięli, poprzeszywali, poskracali tekst i uszyli sztukę z fenomenalnymi kreacjami aktorskimi. Potwierdzili też teorię, że o większościach lepiej opowiadać przez mniejszości. Bo w historiach takich osób odbijają się losy całego społeczeństwa.

Aleksandra Pucułek
Dziennik Teatralny Łódź
4 października 2017
Portrety
Marianne Elliott

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

"Edyta Stein" - Synago...
Roberto Skolmowski