Apel do cywila

"Mefisto" - reż. Michał Kotański - Teatr Bagatela w Krakowie

Przez pierwszych kilka minut rozstawiona na tle kiczowatej scenografii para aktorów z fatalną dykcją adresuje do widzów wzniosłą frazę. Na szczęście, na scenę wbiega reżyser i tym samym obnaża konwencję. Bo sztuka Kotańskiego to właśnie teatr w teatrze: wariacja na temat instytucji.

Radosław Paczocha, autor adaptacji scenicznej powieści Klausa Manna, wydobył z oryginału przede wszystkim jego aspekt polityczny, jakim jest problem stosunku kultury do panującej władzy oraz społeczeństwa, którego dobru ma służyć. W ciągu niemal trzygodzinnego spektaklu śledzimy więc losy elastycznego ideologicznie Hendrika Höfgena (w tej roli Marcin Czarnik), który, najpierw jako prowincjonalny aktor schyłku Republiki Weimarskiej, następnie jeszcze reżyser, dyrektor, a wreszcie szef berlińskiego wydziału kultury III Rzeszy, pnie się po kolejnych szczeblach czegoś, co można by ochrzcić swoistym ,,Nazi Dreamem''. Jest przy tym postacią dziwnie złożoną: choć konsekwentny w swym oportunizmie, przechodzi jednak pewną metamorfozę. Z naiwnego zapaleńca, zmagającego się pokornie z poczuciem niedowartościowania – wynikającym z faktu, że powierza się mu wyłącznie drugoplanowe role – staje się desperatem, którego potrzeba (a potem już nałóg) bycia zauważonym i docenianym obejmują konsekwencjami coraz szerszy krąg osób.

Hendrik jest w procesie nieustannej autokreacji – całą energię poświęca na reżyserowanie własnego życia, jak również instrumentalne rozporządzanie otaczającymi go przyjaciółmi. Kiedy pod koniec sztuki otrzymuje wreszcie wymarzoną rolę Mefista i w uniesieniu oznajmia, że przygotowywał się do niej całe życie, ma to więc wydźwięk dosłowny. Hendrik nie jest jednak postacią mefistofeliczną, choć być może chciałby za nią uchodzić – dalece zbyt ograniczony i za mało demoniczny, by przerażać, zbyt tchórzliwy i znerwicowany, by budzić jakikolwiek respekt. Jego największym fatum i motorem wszystkich jego działań zdaje się być właśnie nijakość: w przeciwieństwie do faustowskiego Mefista, który ,,nieustannie zła pragnąc, ciągle dobro czyni'', on snuje się gdzieś pomiędzy jednym i drugim, nie dążąc do zła wprost, lecz bezrefleksyjnie na nie przystając, jeżeli jest ceną jego własnej wygody. Marcinowi Czarnikowi udaje się niestety jedynie zarysować problematyczność postaci Höfgena. Ostatecznie wypada on raczej nieskomplikowanie: oportunista, egocentryk, w dodatku aktorska miernota (bo geniuszowi okrucieństwo się wybacza). Czarnik w budowie postaci idzie po najmniejszej linii oporu, na przemian zawiązując i rozwiązując szlafrok, wykręcając sobie palce i mierzwiąc czuprynę. Warta docenienia jest jednak z pewnością jego nieustanna obecność na scenie. Wyjątkowo przekonująco wypada zaś Paweł Sanakiewicz w roli cynika i hedonisty Teofila Mardera, otoczonego niezmiennie wianuszkiem spektakularnych drag queens.

Umiejętnie rozegrał Kotański kabaretowo-kampowe elementy spektaklu, które nadają całemu przedsięwzięciu nutkę dekadencji i wyuzdania, dobrze komponującą się w sztuce z tematyką faszystowską. Wśród scenicznych rozwiązań wątpliwości wzbudzają jednak wyświetlane w tle sceny nieme fragmenty filmowe. Widoczne na nich sentymentalne, stylizowane zbliżenia twarzy aktorów nie wprowadzają wiele do dramaturgii sztuki, są za to dość pretensjonalne.

Największy walor realizacji ,,Mefista'' tkwi jednak w jego politycznej postulatywności. ,,Jestem przede wszystkim aktorem'' – z dumą oznajmia Hendrik, kiedy kolejni dziennikarze i aktywiści wymuszają na nim deklarację przynależności politycznej. ,,Jestem tylko zwykłym aktorem, oni potrzebują takich ja. Rząd potrzebuje takich jak ja'' – wyjękuje już tonem usprawiedliwienia w ostatnim akcie. Początkowo, kiedy jego prowincjonalni przyjaciele spierają się o to, której idei ,,zaprzedać'' teatr – proletariackiej rewolucji czy aryjskiemu nacjonalizmowi – Höfgen pozornie broni czystości i autonomii sztuki. Postawa obojętności w obliczu rosnącego w siłę reżimu ledwo zauważalnie przechodzi jednak w niebezpieczny oportunizm. ,,Mefisto'', na przykładzie postaw artystów hitlerowskich Niemiec, zdaje się przestrzegać przed najgorszym – złudzeniem, jakim jest wiara w izolację sztuki. Stanowi tym samym adekwatny komentarz do współczesności, w której inteligencja wycofuje się z debaty publicznej, oddając tym samym głos mniej wykształconym i bardziej podatnym na manipulację masom. Pod tym względem spektakl traktuje wręcz o społeczeństwie obywatelskim i cywilnej odpowiedzialności. Lekcja Manna i Kotańskiego jest prosta: żadna forma kultury nie funkcjonuje w politycznej próżni. Musi określić się wobec establishmentu, wybrać stronę certyfikowanych albo cenzurowanych. Z pełną świadomością i brakiem ociągania – zanim obudzi się ,,popychana przez tłum''.

Ada Minge
Dziennik Teatralny Kraków
24 października 2014

Książka tygodnia

Teatr lalek w dawnej Polsce
Fundacja Akademii Teatralnej i Akademia Teatralna
Marek Waszkiel

Trailer tygodnia