Apostaci i frustraci

Niewierni" - reż. Piotr Ratajczak - Teatr Łaźnia Nowa

Świadomie lub nie, nowy spektakl z Łaźni błyskotliwie dialoguje z inną niedawną krakowską premierą - z "UFO. Kontaktem" z PWST. Tam Iwan Wyrypajew opowiadał o potrzebie wiary po spotkaniu z nieznanym, które jest w nas. A tu Piotr Ratajczak sprawdza, skąd bierze się stan niewiary, prowadzący do urzędowego, oficjalnego wypisania się z Kościoła..

"Niewierni" są prekursorskim przedstawieniem o apostazji. Opowiadać o niej w teatrze jest, podejrzewam, o wiele trudniej niż o innych, kluczowych dla naszego światopoglądu problemach, co jakiś czas pojawiających się w publicznej dyskusji jak furkoczące po niebie komety. Trudniej - bo taka na przykład eutanazja dotyczy nas osobiście: trzeba zająć jakieś stanowisko, zapytać siebie samego, czy chciałbym odejść w ten sposób, czy chciałbym tak pomóc bliskiemu człowiekowi w cierpieniu. Z apostazją jest inaczej. Wytrenowani do życia w ideowej konspiracji albo nawet i religijnej obłudzie wzruszamy ramionami na takie spektakularne gesty. Dlaczego niektórym nie wystarcza samo to, że nie wierzą i muszą mieć jeszcze na to papierek? Po co takie demonstracje? Żeby zniknąć na zawsze z parafialnych rejestrów i nie być raz do roku nękanym kolędą? Żeby bezwiednie nie zawyżać krajowych statystyk dotyczących liczby żyjących w Polsce katolików? Na cholerę nam jakaś apostazja? Nie lepiej siedzieć cicho i nie drażnić wierzących?

Najpierw Łaźnia zmienia się w świątynię. W ustawionych na scenie pustych kościelnych ławach zasiada siódemka zwyczajnie ubranych, sympatycznych ludzi. Przez środek sali leży sobie czerwonawo-pstry dywanik, oblepia schody prowadzące na podwyższenie, na taki teatralny ołtarz. Aktorzy zaczynają wesoło opowiadać o swoich pierwszych doświadczeniach z Kościołem katolickim. Ktoś wyobrażał sobie, że hostia to pocięte plasterki jabłek, dlatego "pierwsza komunia była sporym rozczarowaniem smakowym". Ktoś inny jako ministrant dostał łomot od księdza, bo zadzwonił nie w tym momencie co trzeba. To jeszcze nie jawny bunt i dezercja, to raczej zderzenia dziecięcej naiwności z katolicką codziennością. Z chóru malkontentów wyłaniają się teraz bohaterowie. I słuchamy ich historii; wezwani na pomoc opowiadaczowi soliście pozostali aktorzy odgrywają scenki, wcielają się w niezbędne postaci. Okazuje się, że decyzja o apostazji zapada nie z powodów intelektualnych, ważniejsze są wybory emocjonalne. Taksówkarz z małego miasteczka (dobrodusznie komiczny Paweł Pabisiak) wymęczoną, wychodzoną po kuriach i parafiach apostazją po prostu legalizuje trwający od 30 lat stan faktyczny. Lekarka z wydziału onkologicznego (smutna jak Matka Boska na świętych obrazach Joanna Król) nie może zaakceptować Boga, który pozwala na cierpienie i śmierć dzieci, młoda oazówka w bojówkach (elektryzująca przewrotną, dziewczęcą energią Izabella Gwizdak) zostaje zraniona do żywego, kiedy dowiaduje się od swego księdza, że jako dziecko narodzone dzięki metodzie in vitro nie ma duszy. Nie rezygnuje z Boga, rezygnuje z jego pośredników. Przemysław Chojęta gra księdza Szymona, kapłana, który na studiach w Rzymie odkrywa w sobie homoseksualne skłonności. Opuszcza, bo dla czynnych gejów podobno nie ma w Kościele miejsca, a on chce żyć w zgodzie ze swoją naturą. Tyle poważnych opowieści. Kolejne ukazują apostazję w krzywym zwierciadle. Bohater Tomasza Pisarka dostaje drgawek na dźwięk kościelnych dzwonów, nie może uprawiać seksu z dziewczyną, która nosi na szyi krzyżyk. Barbara Kurzaj brawurowo prowadzi postać przegiętej idolki mas, w której jest trochę Dody, a trochę Chylińskiej i Kory. Piosenkarka zostaje apostatką, bo tak doradził jej coach od osobowości, bo to teraz modne i oczyszcza umysł.

"Niewierni" to jeden z najlepszych spektakli Ratajczaka, błyskotliwy, śmieszny, ale równocześnie uderzający w ton powagi i zmuszający do głośnego myślenia z aktorami. Podoba mi się zmienność nastrojów w spektaklu, to że Ratajczak nie opowiada się po żadnej ze stron. Drwi z postaw fałszywych i cwaniackich, próbując jednocześnie zrozumieć desperację "uczciwych" apostatów. Nie podważa sensu samego aktu, ani nie nawołuje do gremialnego występowania z Kościoła. Nie znajdziemy w nim mentorstwa i moralizatorstwa. Problem zostaje oświetlony z każdej strony.

Nie sądzę, żeby spektakl kogokolwiek obraził. Może dla potrzeb teatralnego PR byłoby lepiej, gdyby reżysera i jego aktorów prześladowano jak Pussy Riot. Może jest mniej spektakularnie, ale za to uczciwie.»

(-)
Dziennik Polski
20 listopada 2012

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

Proces
Pia Partum
19 stycznia 2019 roku na scenie pojaw...