Arkadiusz Jakubik potrafi się z żoną kłócić, ale też pogodzić

Nie lubię słowa "kariera" - Arkadiusz Jakubik

Zadebiutował w kinie mając... osiem lat. Nie spodobało mu się jednak to doświadczenie. Dziś zachwyca kolejnymi kreacjami na dużym ekranie, m.in. w filmach Wojtka Smarzowskiego. Mało tego: śpiewa rocka z zespołem Dr Misio.

Polski aktor kinowy, telewizyjny, teatralny i reżyser. Urodził się w 1969 roku w Strzelcach Opolskich. Mając osiem lat zadebiutował w filmie "Okrągły tydzień" u boku Franciszka Pieczki i Emilii Krakowskiej. W 1992 roku ukończył studia na Wydziale Aktorskim we Wrocławiu. Pierwsze kroki w zawodzie stawiał w Teatrze Kalambur. Po przeprowadzce do stolicy występował w Operetce Warszawskiej (1993-1994) i Teatrze Rampa (1997-2000). Przełomem w jego karierze był serial - "13 posterunek". W kinie objawił swój talent w drugim filmie Wojciecha Smarzowskiego - "Wesele". Czterokrotnie był nominowany do nagrody polskiego przemysłu filmowego Orła - za "Drogówkę", "Wołyń", "Jestem mordercą" i "Cichą noc". Swoimi wybitnymi rolami zapracował na miano mistrza drugiego planu. W 2010 roku zadebiutował jako reżyser filmowy "Prostą historią o miłości", sześć lat później nakręcił "Prostą historię o morderstwie". Śpiewa w rockowym zespole Dr Misio.

Mimo, że nie jest typem przystojniaka, nie może narzekać na brak propozycji zawodowych. W ostatnich latach stworzył na dużym ekranie kilka wyrazistych kreacji, które przyniosły mu uznanie branży i widzów. To występy w filmach Wojciecha Smarzowskiego - "Wołyń" i "Kler" - ale też w "Jestem mordercą" Macieja Pieprzycy czy "Cicha noc" Piotra Domalewskiego. Nic dziwnego, że uznaje się go jednego z najwybitniejszych aktorów swego pokolenia.

- Nie lubię słowa "kariera". Brzmi pejoratywnie. Dla mnie granie w spektaklach teatralnych czy w filmach, robienie muzyki czy reżyserowanie jest sposobem na komunikowanie się z ludźmi. I widocznie coś w tym jest prawdziwego, poruszającego, uczciwego, że do nich to trafia. To jest dla mnie absolutnie bezcenne - deklaruje w "Gali".

Urodził się w rodzinie, której korzenie tkwią we Lwowie. Jego dziadkowie musieli uciekać przed Ukraińcami i trafili na Śląsk. Wychowywał się w Strzelcach Opolskich, skąd jego ojciec wyruszył za chlebem za ocean. Nie powiodło mu się tam: doznał wypadku na budowie i choć spędził w USA aż dziewięć lat, wrócił do Polski bez pieniędzy. Nie mógł sobie znaleźć miejsca w domu - i trzy lata później zmarł. Matka musiała sama wychowywać dwóch chłopaków.

- Miałem wtedy paczkę kumpli, trzymaliśmy się razem. Mówiliśmy o sobie, że jesteśmy czterema jeźdźcami apokalipsy (śmiech). Po skończeniu szkoły przyrzekliśmy sobie, że nigdy nie wyjedziemy z tego kraju, bo zamiast szukać szczęścia za granicą, powinniśmy budować
naszą przyszłość tutaj, na miejscu. Niestety, w wyniku splotu bardzo różnych okoliczności w ciągu kilku lat wyjechali wszyscy trzej - opowiada w "Gazecie Wyborczej".

Już jako dziecko Arek za sprawą rodziców zagrał w filmie - nie było to jednak przyjemne doświadczenie, dlatego potem trzymał się z dala od tego rodzaju atrakcji.

Dopiero w liceum wróciła mu ochota na występy. Za sprawą nauczycielki od polskiego zagrał w szkolnym przedstawieniu "Zemsty" i poczuł, że aktorstwo może dawać radość. Dlatego, choć jąkał się i seplenił, postanowił zdawać do szkoły teatralnej. Matka wysupłała ostatnie grosze na lekcje aktorstwa - i choć nauczyciel radził mu, żeby dał sobie spokój, on dostał się na akademię we Wrocławiu za pierwszym razem. Szybko się jednak rozczarował.

- Nie dostawałem ciekawych ról na egzaminach, do spektakli dyplomowych mnie nie brano albo grałem jakieś ogony. Czułem się mocno niespełniony. Zacząłem więc zadawać sobie pytania, czy aby na pewno wybrałem dobrą drogę. Wiesz, takie myśli z serii: "A może jestem do dupy aktorem i trzeba pomyśleć o czymś innym"? - wspomina w "Logo24".

Po skończeniu szkoły zderzył się trudną rzeczywistością zawodu: dostał etat we wrocławskim Teatrze Kalambur i zaczął grywać role, które
zupełnie nie spełniały jego ambicji. Dlatego kiedy otrzymał ofertę pracy z Operetki Warszawskiej, rzucił wszystko i przeniósł się do stolicy. - Trzeba było się drzeć, to się darłem - śmieje się dzisiaj. Niestety: kiedy szefostwo sceny objął Bogusław Kaczyński, od razu zobaczył, że aktor nie ma co szukać w operetce i wyrzucił go na bruk.

- Próbowałem różnych rzeczy. Chciałem się dostać do agencji reklamowej, pisałem scenariusze do reklam i nagrywałem reklamy jako lektor. To ostatnie zajęcie po mniej więcej pięciu latach zaczęło się opłacać. Wcześniej, jeszcze na studiach, pracowałem w zakładzie pogrzebowym przy produkcji pomników. Robiłem lastriko, a później je szlifowałem na mokro. Ciężka robota. Chyba nawet gorsza od wyrabiania bloczków betonowych, bo i tego spróbowałem - śmieje się w "Playboyu".

Sytuacja zmieniła się, kiedy Arek poznał Wojciecha Smarzowskiego. Obaj panowie przypadli sobie do gustu i zostali przyjaciółmi. Z tej prywatnej relacji narodziły się kolejne role aktora. Występy w "Weselu" i "Domu złym" zostały dostrzeżone przez media i branżę, przynosząc mu opinię specjalisty od trudnych psychologicznie występów. Smarzowski pozostał wierny przyjacielowi, dzięki czemu zagrał on również w jego najsłynniejszych filmach - "Wołyniu" i "Klerze".

- Wojtkowi Smarzowskiemu się nie odmawia. Dla mnie to jest dzisiaj najważniejszy polski reżyser. Każdy jego film to absolutne wydarzenie, centralny strzał w splot słoneczny widza. Te filmy mogą się nie podobać, drażnić czy irytować, ale nie pozostawiają nikogo obojętnym - tłumaczy w magazynie "Prestiż".

Już za młodu Arek interesował się nie tylko aktorstwem, ale też muzyką. W liceum założył własny zespół i jeździł na festiwal w Jarocinie. Śpiewał też rocka na studiach. Nie inaczej rzecz się miała w Warszawie: zaprzyjaźnił się z Pawłem Derentowiczem, który miał studio nagrań. Odbywały się tam najbardziej rockandrollowe imprezy w mieście, na finał których każdy łapał za jakiś instrument i zaczynało się wspólne "jamowanie". Arek chwycił za mikrofon i ponieważ brzmiało to nieźle, pojawił się pomysł założenia zespołu. Tak narodziła się grupa Dr Misio.

- Był taki moment na samym początku, że wszyscy pukali się w głowę, mówili: "Facet pewnie chce zaimponować sobie albo kumplom, że jest rokendrolowcem". Upłynęło trochę czasu i pogodziłem się z tym, że dopóki będzie istniał Dr Misio, będę nosił na plecach ciężar "śpiewającego aktora". Mam to jednak w dup*e - i robię swoje - deklaruje w Onecie.

W 1992 roku Arek poznał koleżankę po fachu - nieco starszą od niego Agnieszkę Matysiak. W ich przypadku zadziałało przyciąganie się przeciwieństw: on reprezentuje typ depresyjnego pesymisty, ona - jest rozrywkową osobą i zawsze lubi być "królową balu". Taka mieszanka sprawdziła się - i kilka lat później para wzięła ślub. Od tamtej pory dzielnie walczą o swoją miłość, choć oboje mają wybuchowy charakter i nie raz szło między nimi "na noże". Jak podkreśla aktor, przez 20 lat małżeństwa nauczyli się ze sobą godzić.

Starszy z synów Arka odziedziczył po rodzicach miłość do kina i studiuje obecnie scenopisarstwo na "filmówce" w Łodzi, a młodszy - jeszcze uczy się w liceum.

Paweł Gzyl
Nowa Trybuna Opolska
16 czerwca 2020

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia