Arszenik - śmiejmy się nie tylko z tyranów

"Arszenik i stare koronki" - reż. Krzysztof Babicki - Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

Nie ma w wystawionym w Teatrze im. J. Słowackiego "Arszeniku i starych koronkach" żadnych postdramatycznych uwspółcześnień, żadnego publicystycznego zawracania Wisły kijem, żadnych prowokacji, eksperymentów i odświeżanej awangardy. Słowem niczego, co widzowi psułoby pobyt w teatrze - pisze Wacław Krupiński.

Żart zawsze towarzyszył tyranom. Putin żąda od wróżki, by mu przepowiedziała przyszłość. "Widzę, że jedziesz odkrytym, długim samochodem, a wokół samochodu setki tysięcy Ukraińców i Rosjan".

Putin się uśmiecha. A ona mówi dalej: "Widzę, że ludzie stoją z flagami, krzyczą radośnie i mają szczęśliwe twarze". - Kochają mnie... - chełpi się Putin i pyta: A czy ściskam im ręce? Na co wróżka: "Nie. Trumna jest zamknięta".

Tak zawsze było. Oto Hitler słyszy od żydowskiego krawca, gdy ten wziął już miarę, że materiału wystarczy na trzy garnitury. "Jak to - zdziwił się Führer - inni krawcy szyli z takiego kawałka raptem jeden, i to bez kamizelki".

I słyszy: "U nich był pan wielki, u mnie - bardzo mały".

Postać z morderczym wąsem pojawia się i w inscenizacji czarnej komedii "Arszenik i stare koronki" (napisanej przez Josepha Otto Kesselringa w roku, gdy II Apokalipsa zaczynała ogarniać świat), którą przygotował Krzysztof Babicki.

Ale bynajmniej nie ma w wystawionym w Teatrze im. J. Słowackiego spektaklu żadnych postdramatycznych uwspółcześnień, żadnego publicystycznego zawracania Wisły kijem, żadnych prowokacji, eksperymentów i odświeżanej awangardy.

Słowem niczego, co widzowi psułoby pobyt w teatrze. Babicki starym wygą jest i wie, że sztuką wystawienia sztuki po wielekroć sprawdzonej przez scenę, a w tym przypadku i film, jest wydobyć wszelkie walory tekstu, dodać parę smaczków (koafiura i okulary Mortimera Brewstera), znaleźć stosowne tempo i dobrać aktorów tak, by zapewnili dobrą zabawę. Bo Babicki jeszcze pamięta czasy, gdy teatr stał aktorem - jego nazwisko przyciągało, on był magnesem do kupienia biletu. Jemu biło się brawo już na wejście - jak teraz Annie Polony, która po półwieczu bez mała stanęła na tej scenie, by z Urszulą Popiel tworzyć uroczy tandem sióstr Brew­ster.

Być poczęstowanym przez Annę Polony porzeczkowym winem, nic to, że z arszenikiem, zobaczyć, jak zwinnie śmiga, niczym fryga, z kolejną karafką - czyż to nie radość? Świetny miał koncept reżyser, by właśnie tym dwu aktorkom powierzyć role owych sióstr, co to z osobliwą fantazją pozwalają panom opuszczać ziemski padół. W ogóle wszystkie role Babicki obsadził akuratnie, i właściwie należałoby cały zespół wymienić: i Krzysztofa Jędryska, i Tomasza Wysockiego, i Macieja Jackowskiego, i Wojciecha Skibińskiego, i Natalię Strzelecką, i Tadeusza Ziębę, i... Jest lekko, zabawnie, ot, igraszki z konwencją, która takim scenicznym ramotkom przystoi.

Może tylko szkoda, że od urody i lekkości całości - także kostiumów Sławomira Smolorza i dobranej muzyki - odstaje scenografia Marka Brauna; jakby już ze świata, o którym ten spektakl przez dwie godziny z dodatkiem pozwala zapomnieć. Bo to jednak bibelot wzięty z przeszłości i winien być położony na starych meblach, po co zatem scenograficzna współczesność?

"Stare i nowe w Krakowie", teatralnym, interesująco opisała w najnowszym numerze "Twórczości" Elżbieta Banie­wicz, dokonując analizy dokonań dyrektora Teatru im. Słowackiego. Analizy, na którą zasłużył. Tak inwestycyjną skutecznością (Małopolski Ogród Sztuki!), jak i artystyczną rozwagą. "Krzysztof Orzechowski prowadzi (od piętnastu lat) teatr repertuarowy, to znaczy usiłuje pokazać dzieła autorów wielu epok i narodowości tak, by wydobyć z nich osobny świat autora, właściwą mu wrażliwość, sposób wyrażania myśli, słowem, jego niepowtarzalny styl i osobowość.

Nie uprawia teatru autorskiego (sam zrezygnował z reżyserowania), tylko stara się zaspokajać różne potrzeby i oczekiwania widzów" - zauważa Baniewicz, doceniając również stworzenie "coraz lepszego zespołu artystycznego, który nie wywołuje skandali, nie jest lansowany przez modne środowiska, a frekwencja od lat przekracza 90 procent".

Zespół na miarę sceny narodowej? To Krzysztof Jasiński rozstrzyga: "Narodowy powinien być tam, gdzie jest najładniejszy żyrandol". A teraz jeszcze i Anna Polony tam gra. Nic dziwnego, że bilety wyprzedane na wiele spektakli naprzód.

Śmiejmy się. Nie tylko z tyranów.

Wacław Krupiński
Dziennik Polski
1 kwietnia 2014

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia