Artaud i sobowtór Passiniego (nie) zachwyca

"Artaud..." - reż. P. Passini - Teatr Studio w Warszawie

Podczas wywiadu z Pawłem Passinim szczególnie utkwiły mi w głowie pytania, które roztrząsaliśmy przez chwilę już po oficjalnej części rozmowy. Po co jest teatr i czym właściwie jest? Jeśli ktoś mówi, że nie rozumie teatru lub, że nie wie czy mu się coś podoba, to przeważnie robi to dlatego, że czyje, że "nie wypada, żeby mu się nie podobało". Zatem ubiera to w słowa najbardziej znienawidzone przez artystę, czyli "nie wiem"

Sztuka nie ma w sobie nic do rozumienia, zwłaszcza teatr, który ma być odbierany na poziomie emocji, a nie intelektu. To, że różnie go przyswajamy, bo ktoś przeczytał więcej książek, a ktoś ma inną wrażliwość nie znaczy wcale, że nie zrozumiał, ponieważ w sztuce, w teatrze, w emocji, nie ma "złego rozumienia". Pytanie rodzi się zatem inne - Czego ludzie szukają w teatrze? Jeśli jest dla nich tylko substytutem kina, jeśli oglądają tylko jego powierzchnię, nudzą się w nim lub wybierają komedie, gdzie mogą się zwyczajnie pośmiać. Jeśli dążą do poznania to niezależnie od tego na co pójdą odnajdą tam odpowiedź na pytanie: Czy to mi się podoba? Czy to do mnie przemawia? Nie będą zaś pytać - Czy rozumiem? Czasem sam aktor, jak powiedział Passini podczas naszej rozmowy, "rozumie" dopiero będąc postacią na scenie. 

Tydzień po rozmowie z reżyserem obejrzałam popremierowy spektakl "Artaud. Sobowtór i jego teatr". Podkreślam, że było to dzień po premierze, ponieważ to całkowicie zmienia mój odbiór. Inaczej ogląda się coś co jest bombą, która dojrzewa miesiącami do wybuchu, jest niczym snajper czekający na swoją jedną jedyną szansę, żeby wystrzelić, a snajper rzadko pudłuje. Premiery są jak zbiornik wodny, który nie przyjmie ani jednej kropli więcej i kiedy już wydarzają się są wytryskiem życiodajnej euforii, która zachwyca widza lub nie, ale stanowczo bardziej ma szansę do niego dotrzeć niż spektakl wystawiany kolejnego dnia. Kiedy opadają już emocje artystów, kiedy przejdzie mocne uderzenie tsunami i ten kto siedział na widowni będzie miał spokojnie dużo czasu, żeby przetrawić w sobie emocje, które na niego wybuchły; po długim okresie zbierania ich i upychania w ładunek mający zapewnić im pokarm na wiele dni lub tygodni, artysta musi w przeciągu kilku godzin zebrać to co zbierał w sobie tygodniami i wywołać kolejnego wieczora tsunami lub pożar australijskiego buszu. Jego wnętrze po premierze rozpręża się, a powietrze z balonu uchodzi, jednak nie może przestać być postacią następnego dnia i jeszcze następnego, jego każdy mięsień znów musi być napięty jego każda emocja znów musi stać się emocją postaci, jego śmierć znów musi powtarzać się w ciągłym kręgu inkarnacji; umierania postaci i stawania się nią; co wieczór tracąc przy tym i odzyskując siebie.

Dlatego też tak istotne jest dla mnie, zwłaszcza przy teatrze takim jakim chce go widzieć Passini, podkreślanie, że to właśnie nie premiera i że to nie trzecie czy czwarte czy kolejne wystawienie, kiedy już można bardziej panować nad odruchami, kiedy niejako automatycznie staje się już kolejnym wcieleniem, a drugie wystawienie, które w dodatku odbyło się dzień po premierze jest moim przeżyciem, które mogę ubrać w słowa. Oczywiście inaczej potraktuje spektakl ktoś kto zna fakty z życia Artauda, wie wtedy choćby czemu znaczna część spektaklu poświęcona jest Joannie D\'Arc - ktoś kto czytał jego teksty, zna choćby zarys jego teorii teatru i kto pamięta trochę teorii romantycznego absolutu ze szkoły; ale jednocześnie brak tej wiedzy nie przeszkadza w odbiorze; powoduje po prostu, że patrzy się na scenę z innej perspektywy.

Struktura opowieści jest podobna do filmu Spike\'a Jonza "Być jak John Malkovic", gdzie wszystkie postaci po kolei trafiają do głowy aktora, tak tutaj obserwujemy wyłaniające się spod sceny postaci, z których każda kolejna to wcielenie Artaud, wdzierające się do jego wnętrza , gdzie zamknięty w kuli kryształowej panuje nad światem Nad-Artaud. Artysta jest tutaj tym, który wyszedł z platońskiej jaskini i mówić chce językiem ludzi o rzeczach nieprzystających do ich języka. Szpital psychiatryczny staje się światem jego Teatru Ogromnego - Teatru Okrucieństwa, a ludzie w nim aktorami, którzy grają swoje role "normalnych" i chcą "wyleczyć" to czego nie są w stanie zrozumieć. Inni przyłączają się do planowanego przedstawienia, które reżyseruje Artaud, któremu przygląda się z ciekawością Nad-Artaud będący wciąż niemym obserwatorem, jednocześnie uwiezionym w jakiejś nieokreślonej bliżej przestrzeni pomiędzy.

Do reżyserowanego w ten sposób świata wdzierają się nie tylko sceny z życia artysty takie jak wielokrotne ocieranie się o śmierć - wciąż przy nim obecną w cudownie roztańczonej postaci o kocich ruchach, wijącą się, uwodzącą i pięknie niebezpieczną - wykorzystywane teksty, pojawiający się w tle pielgrzym, dzierżący laskę świętego Patryka czy inne znane z biografii Artaud sylwetki. Dwoma znaczącymi elementami w całym spektaklu Artaud jest postać wcielającą się najpierw w Joannę D\'Arc, pod której stosem stoi urzeczony i wierzący w jej prawdziwość Artaud w stroju mnicha i scena z "Kordiana" Juliusza Słowackiego. Monolog Joanny - kadr wyjęty z niemego filmu "Męczeństwo Joanny D\'Arc") - staje się niestety męczeństwem widza, który nagle traci orientację o co właściwie chodzi; i o ile nawet ktoś kto wie o co chodzi jest ciekawy tego zabiegu to po kilku minutach ma dość. Kolejnym wcieleniem Joanny (Aktorzycy - Artaud) jest, a właściwie ma być Kordian, który pojawia się jako odpowiedź na kule unoszącą się nad światem Artaud z Nad-Artaud wewnątrz niej. Do Artaud przychodzi poprzednia "Joanna", stając na tym samym miejscu, gdzie był wcześniej stos i pod okiem reżysera zaczyna próbować wygłosić monolog Kordiana na Mont-Blank. W tym momencie po ponad godzinie spektaklu mam ochotę wykrzyknąć parafrazując Salieriego "Passini oszczędź! Za dużo nut!". I piszę to z autentycznym żalem, ponieważ koncepcyjnie wszystko gra, dynamika, choć spowalniana przez te dwa monologi, które tylko pozornie jakoś nie pasują, ale zgłębiając całość widać, że są tam gdzie mają być i pokazanie ich w taki sposób jest rzeczywiście ciekawe. Joanna D\'Arc czczona przez romantyków i Juliusz Słowacki w wydaniu "Kordiana" (który choć nie jest jeszcze sztuką zaliczana do okresu genezyjskiego ani mistycznego, co bardziej pasowałoby do ostatniego okresu życia Księcia Artystów, to jednak już posiada ślady tych koncepcji), który w tej scenie doskonale wpasowuje się w teorię zarówno platońskiej jaskini jak i połaczenia szaleństwa z geniuszem i umieszczenie tego spójnie w ciele Aktorzycy- Artaud, co też podkreśla powtarzany przez Artaud, a obecny i w antyku obraz pierwszego człowieka jako pozbawionego płciowości, a następnie rozdzielonego na dwie połówki kierowane przez namiętności, to jednak wciąż tu coś nie gra.

Podsumowując: Gra aktorska świetna. Drżący każdym mięśniem swojego ciała Przemysław Wasilkowski staje się poddawanym elektrowstrząsom Artaud, Marek Oleksy wyginający się jako Nad- Artaud jest rzeczywiście bogiem tego świata, muzyka zatapia się w wytworzoną rzeczywistość, koncepcyjnie i pod względem improwizacji wiele zarzucić poza długością poszczególnych obrazów nie można. Zatem czemu nie jest to opowieść płynąca po wodach artystycznego Styksu wnętrza Artaud? Na to pytanie nie znam odpowiedzi; za to gdyby mnie ktoś spytał czy mi się podobało, odpowiem: Intelektualnie tak, emocjonalnie - fragmentarycznie.

Nadia
Kulturaonline
8 czerwca 2011
Portrety
Paweł Passini

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia