Artysta pełen Bożego ducha

wspomnienie Wojciecha Kilara

Muzyka Wojciecha Kilara, nie tylko ta religijna, jak na przykład "Bogurodzica", "Exodus", "Magnificat" czy "Te Deum", ale także inne utwory, jak choćby inspirowany folklorem góralskim "Krzesany" - pełna jest Bożego ducha. A sam kompozytor wyraźnie wypełniony był pokojem wewnętrznym, który pochodzi od Boga. I to było widoczne.

Po ogromnym sukcesie muzyki do filmu Francisa Coppoli "Dracula" oraz współpracy z innymi sławnymi reżyserami pojawiło się w Hollywood zainteresowanie Wojciechem Kilarem. Kompozytor miał otwartą drogę do sławy, kariery i dużych pieniędzy. Mógł być hollywoodzkim milionerem, mógł posiadać drogie jachty i mieszkać we własnej luksusowej willi na którejś z modnych wysp świata, mógł być ulubieńcem światowych tabloidów, które nieustannie pisałyby o nim i zamieszczały jego zdjęcia na okładkach itd. 

Ale pozostał w Polsce, mieszkał, owszem w willi, ale skromnej, pod Katowicami. Zamiast błysków fleszy i światowej tabloidalnej sławy wybrał życie skromne: żona, dom rodzinny, twórczość w ciszy, z dala od zgiełku, no i Jasna Góra jako stały punkt odniesienia i miejsce umacniające go w jego tożsamości narodowej i religijnej oraz inspirujące do powstawania genialnych kompozycji. 

Jasnogórski pielgrzym

W jednym z wywiadów kompozytor wyznał: "W początkach stanu wojennego zacząłem bywać na Jasnej Górze częściej. Przyjechałem tu na plener malarski wraz z Jerzym Dudą Graczem i wtedy poznałem Jasną Górę bliżej. Potem wielokrotnie zamieszkiwałem w klasztorze. W stanie wojennym było to dla mnie schronienie (). Tu, przy ołtarzu i przy Cudownym Obrazie Matki Bożej, poczułem się wolny. Poczułem, że tak naprawdę wszystko to jest nieważne, że ten ciężki okres, który przeżywamy, jest chwilowy, że Matka Boża nas nie opuści, pomoże nam i wyjdziemy z tego. Tutaj odnalazłem wolną Polskę".

A zaraz po Matce Bożej, na drugim miejscu, była żona Barbara, która - jak mówił - doprowadziła go do tego miejsca, sprawiła, że przybywał do Matki Bożej Jasnogórskiej i że tak bardzo przywiązał się do Cudownego Wizerunku. To właśnie żonie zawdzięczał swoje najwybitniejsze dzieła, muzykę religijną. Bo jej zasługą było - jak wspominał - nawrócenie go na osobę praktykującą, kochającą bliźniego zgodnie z nauką Kościoła katolickiego. Urodzony we Lwowie, od małego dziecka wychowywany był w rodzinie katolickiej i patriotycznej. Ale później, jako młodzieniec, nie zawsze znajdował czas na pójście do kościoła. To właśnie wpływ żony sprawił, że Wojciech Kilar wszedł w silną więź z Matką Bożą Jasnogórską. Poznanie swojej przyszłej żony uważał za dar Boży. I niejednokrotnie dawał publicznie wyraz wdzięczności Panu Bogu za spotkanie na swojej drodze tej właśnie osoby, co miało wpływ - jak twierdził - na całe jego późniejsze życie, które mogłoby potoczyć się w zupełnie innym kierunku, gdyby poznał osobę o innej wizji życia. "Moja żona - mówił po latach w rozmowie z dziennikarzem - tak jak Maryja prowadziła mnie właśnie do Boga". Pragnął, gdy przyjdzie pora na śmierć, by jedno drugiego nie zostawiało, by umarli razem. Ale tak się nie stało. Kilka lat temu zmarła żona, teraz są znowu razem. Tak jak przez wszystkie lata tu, na ziemi. Ale tym razem już w innym wymiarze.

W jednym z ostatnich wywiadów w roku jubileuszu osiemdziesięciolecia urodzin stwierdził, niejako podsumowując swoje życie, że ważne jest, aby pogodzić się z przemijaniem. Mówił, że ma już 80 lat, a tyle jeszcze jest do zrobienia. 

Zasługa Stwórcy

Wojciech Kilar spośród współcześnie żyjących był najwybitniejszym polskim kompozytorem. Wielki talent i wielce uduchowiony, piękny człowiek. A przy tym wielki Polak, wspaniały patriota, łączący w swojej muzyce motywy religijne z polskością. Reprezentował to, co jest istotą, kwintesencją człowieczeństwa. Zarówno w przestrzeni artystycznej, jak i zwykłej, ludzkiej. 

Ilekroć było mi dane uczestniczyć w wykonaniu jego wspaniałych, wielkich dzieł, czy to w filharmonii, czy w innych miejscach, patrzyłam z zachwytem, jak po zakończeniu koncertu wychodził na scenę i wręcz onieśmielony ogromnym aplauzem publiczności kłaniał się i delikatnie wskazywał palcem na niebo, że to nie jego zasługa, lecz Stwórcy. Tak było m.in. po prawykonaniu w Filharmonii Narodowej w Warszawie jego genialnej mszy "Missa pro pace" na sopran, alt, tenor, bas, chór mieszany i orkiestrę symfoniczną. Pozwolę sobie tu na osobisty akcent. Powtórzę to, co niedawno powiedziałam w Radiu Maryja. A mianowicie, że pamiętam doskonale, jak biło mi serce ze wzruszenia, kiedy słuchałam tego genialnego dzieła, arcydzieła przepełnionego klimatem pochodzącym jak gdyby z innego wymiaru, dzieła wręcz mistycznego. Pamiętam Izabelę Kłosińską, której cudowny sopran wypełniał całą salę filharmonii. Ona sama zaś niesiona tą wielką, wspaniałą muzyką jakby wręcz unosiła się ponad scenę. A potem wyszedł sam maestro, Wojciech Kilar, skromnie ustawiając się na scenie, dając pierwszeństwo innym, a przecież to on był tu najważniejszą postacią. Stanął jakby trochę zażenowany tymi ogromnym owacjami publiczności, która na stojąco dawała wyraz swemu zachwytowi tym przepięknym dziełem. Wojciech Kilar położył wówczas rękę na sercu. Miałam wrażenie, że właśnie dziękuje Panu Bogu za ten dar. I po chwili delikatnie palcem wskazał w górę, na niebo, mówiąc tym gestem, kto jest autorem dzieła. Ta muzyka, ten obraz wywarły tak silne wrażenie, że mimo upływu lat jest to we mnie wciąż żywe. 

Różańce w kieszeni

Silne przeżycia towarzyszyły mi także w trakcie innych koncertów Wojciecha Kilara, zwłaszcza podczas genialnego dzieła "Angelus", które rozpoczyna modlitwa różańcowa chóru. W pewnym momencie poczułam, że ja też, razem z chórem, z artystami modlę się na różańcu, że odmawiam "Zdrowaś Maryjo, łaskiś pełna, Pan z Tobą". To stało się mimowiednie. Właśnie Różaniec był dlań inspiracją do napisania utworu "Angelus". Kilka lat temu w rozmowie z dziennikarzem Wojciech Kilar wyznał: "Byłem zawsze bardzo daleko od Różańca. Prawdę mówiąc, nie istniał dla mnie w ogóle. Nazywana przez śp. ojca przeora Rufina Abramka 'modlitwa rąk' nie była moją modlitwą. Obecnie ja z różańcem podróżuję, zawsze mam go w kieszeni. Mam tych różańców kilka, żeby przypadkiem, kiedy zmieniam marynarkę czy koszulę, nie zostać bez różańca". 

Muzyka Wojciecha Kilara, nie tylko ta religijna, jak na przykład "Bogurodzica", "Exodus", "Magnificat" czy "Te Deum", ale także inne utwory, jak choćby inspirowany folklorem góralskim "Krzesany" - pełna jest Bożego ducha. A sam kompozytor wyraźnie wypełniony był pokojem wewnętrznym, który pochodzi od Boga. I to było widoczne. 

Wciąż mam wrażenie, ba, przekonanie, że Wojciech Kilar, zwłaszcza w swojej muzyce religijnej, był prowadzony natchnieniem Ducha Świętego. Bo samym, nawet najdoskonalszym warsztatem artystyczno-technicznym nie osiągnie się przecież tego, co trudno zdefiniować, a co odczuwamy jako harmonię, pieśń duszy. A to właśnie jest w utworach religijnych Wojciecha Kilara. Przynajmniej ja tak to odczuwam. Bo ta muzyka była pieśnią jego duszy, świadectwem jego wiary tak pięknie, tak godnie przeżywanej. Swoimi dziełami dziękował Panu Bogu za talent, który otrzymał i którego nie zmarnotrawił. 

Odejście Wojciecha Kilara to niepowetowana strata dla polskiej kultury w ogóle, a zwłaszcza dla naszej kultury duchowej. Wielka szkoda, że nie pozostawił nam godnych siebie następców. Czy znajdą się tacy? Rzecz jest o tyle trudna, że potrzeba tu nie tylko talentu, ale i odwagi, by dziś świadczyć o Bogu i miłości do Ojczyzny zarówno swoją twórczością, jak i życiem.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
8 stycznia 2014
Portrety
Wojciech Kilar

Książka tygodnia

ahat ilī. Siostra bogów. Sceny dramatyczne
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Olga Tokarczuk, Zbigniew Mikołejko

Trailer tygodnia

11. Międzynarodowy Fes...
Wiesław Czołpiński
To będzie twórcze spotkanie młodych l...