Autor, Autor, Autor...?

Prawa autorskie

Kiedy ostatnio po premierze słyszeli Państwo tak wyrażany entuzjazm widzów? Czy słyszeli Państwo w ogóle? Założę się, że po każdej premierze aktorzy wzywają reżysera, scenografa, kompozytora, a od pewnego czasu reżysera światła (warto podkreślić artystyczną podmiotowość tego zawodu wraz z coraz bardziej zauważalną grupą, walczącą o swoje prawa), a autora - chyba tylko ludzie z zagranicy.

Zawód tłumacza literackiego jako artysty zauważają nieliczni, a jest pierwszym chłopcem do bicia, jeśli w tekście jest coś nie tak. Zaś autor zniknął za zasłoną miłosierdzia dramaturga, który ogłosił jego brak - a brak równa się scenicznej śmierci. Funkcjonuje nawet powiedzenie, że tylko martwy autor jest dobrym autorem. Dramaturg miłosierny to taki, który nie dostrzegając dobrego żyjącego autora, pastwi się artystycznie nad martwym, bez względu na to, czy wygasły już prawa autorskie do jego sztuki. Wiadomo że wystarczy zmienić czyjegoś autorstwa tekst w 30% i, w świetle zwyczajowej praktyki, zgłosić go do organizacji zbiorowego zarządzania prawem autorskim jako własny. Pozostaje jedynie kwestia praw moralnych - czy tak powstały "utwór" można nazwać osobistym i oryginalnym.

Czy na uczelniach teatralnych potrzebne są zajęcia z prawa autorskiego, skoro wolność artysty jest święta, a więc nietykalna? W programach nauczania uczelni artystycznych mało czasu poświęca się tym zagadnieniom, nie wpaja się poszanowania dla czyjejś twórczości, nie uczy dbałości o niezbywalne dobra osobiste autorów. Pokutuje przekonanie, że artysta ma nieograniczone prawo do inspiracji i wolności twórczej, a wszystko, co dostępne, powinno być dozwolone, szczególnie jeśli jest publikowane w internecie. Falk Richter zamieszcza swoje sztuki w sieci, czy zatem mamy prawo do wystawiania ich bez licencji? Teatry, jako instytucje działające zgodnie z prawem, z pewnością wiedzą, że nie. Ale czy wiedzą o tym reżyserzy lub dramaturdzy - a jeśli wiedzą, czy ulegają pokusie omijania prawa,
stosując argument inspiracji bądź cytatu? Teatr to dziedzina sztuki oparta na zespole, a więc osób szanujących wzajemnie artystyczny wkład w spektakl. Dlaczego więc jako naród stojący teatrem zamordowaliśmy swoich dramatopisarzy?

Czy reżyser w tym kapitalistycznym pędzie nie ma czasu czytać ani zastanawiać się, jaką myśl chciał wyrazić autor?

Czy to dlatego na uczelniach kształci się oczytanych dramaturgów, żeby pod dyktando reżyserów pisali własne scenariusze "inspirowane" przeczytanymi lekturami, a resztę doimprowizują aktorzy?

Czy naruszenie integralności czyjegoś utworu nie przekracza rażąco granic inspiracji, a wolność jednego artysty jest pozbawia drugiego tego prawa?

W Europie zadaniem dramaturga jest działanie pomostowe między autorem, reżyserem i aktorami. Niemcy, Wielka Brytania, Dania, Holandia, Belgia mają dobry teatr i dobrych dramatopisarzy. U nas nowa grupa zawodowa musiała udowodnić swoją niezbędność za wszelką cenę. Teatry się z tym pogodziły, ale w takim razie po co robić "Balladynę", "Makbeta", "Woyzecka", jeśli tandem artystyczny skorzystał z kilkunastu procent oryginalnego utworu z tytułem włącznie? Zaraz, zaraz, co to za głupi żart - może ktoś powiedzieć - te tytuły nie są chronione prawem autorskim, a ponadto prawa autorów dawno wygasły. Wchodzimy tym samym na grunt dobrego obyczaju, to prawo gwarantuje nam Kodeks Cywilny, akt prawny, który w Polsce wszedł w życie w 1965 r., o czym wszyscy zdali się zapomnieć.

Teatry nie mają zaufania do autorów, ale na potęgę organizują czytania performatywne ich dramatów. Niewiele z tych czytań zaowocuje premierą, nawet jeśli czytane okazało się sukcesem, potwierdzonym dyskusją z widzami. Dlaczego więc nie czyta się dramatów po to, żeby sprawdzić, czy wystawić go czy nie? Współczuję dramatopisarzom, bo wiem, jakie nadzieje pokładają w publicznych czytaniach, po których odtrąbiony sukces zawisa nad sceną jak siekiera. Pozostaje tylko nadzieja, że tekst zostanie opublikowany, przetłumaczony na konkurs zagraniczny i jakoś się przebije. Polskiemu dramatowi potrzebny jest sukces w obcym języku, bo nie jest prorokiem we własnym. Polski dramat wyklęty?

Nasz teatr został pozbawiony ogniwa, jakim jest dramat. Moi koledzy, agenci teatralni od Szwecji po Włochy, podziwiają naszą poezję, prozę i dziwią się - dlaczego nie wystawiacie swoich współczesnych dramatów? Nie wystawiamy, bo teatrom wystarczą inspiracje znaną literaturą, dziełami, które na skutek działań dramaturgów uległy całkowitej dekonstrukcji, a cała wykorzystana w procesie tworzenia scenariusza bibliografia stanowi jedynie (w najlepszym wypadku) obszerny przypis w programie teatralnym. Tworzenie takich skrupulatnych aneksów to zasługa uczciwych kierowników literackich, których zakres obowiązków, wraz z nadejściem kapitalizmu i pogoni za oglądalnością, ukierunkował się na marketing. Na ich biurkach kurzą się stosy dramatów, kolejne utwory zalegają w skrzynkach mailowych. Czasem wydaje się, że nie ma powodu, by je w ogóle czytać - świadomość podpowiada, że nie są zbyt wysokiej jakości, bo w innym wypadku byłyby już dawno wystawiane. I tak działa mechanizm błędnego koła, gwóźdź do trumny dramatu. Apeluję: zróbmy narodowy pogrzeb dramatu - niech zasłuży przynajmniej na prawdziwy stos. Podpalmy go i niech żywy płomień da świadectwo prawdzie, a prawda nas wyzwoli. Może nawet uwolni od nawyku nieuczciwych praktyk teatralnych, o których już wspomniałam. Wszak dopiero ofiara uruchamia akt skruchy!

Zamiast oczyszczającego ognia mamy programy reanimacyjne w postaci konkursów na dramat. Do największych z nich zgłaszane są rokroczni setki tekstów. Kapituła Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej od trzynastu lat wspiera autorów. Każdego roku wybiera spośród ponad dwustu zgłoszeń piątkę finalistów, by ostatecznie postawić na zwycięzcę, który zgarnia jedyną finansową nagrodę. Od trzydziestu lat Centrum Sztuki Dziecka organizuje warsztaty i publikuje nagrodzone teksty. W tym roku odbyła się już 31. edycja Konkursu na Sztukę dla Dzieci i Młodzieży. Owoce są zauważalne nawet zagranicą. Polska ma znakomite dramaty dla dzieci i młodzieży! Gratulacje! Istniejące od 2008 roku poznańskie Metafory Rzeczywistości przechodzą transformację. Mają swoje zasługi. Ogromnym zainteresowaniem cieszy się Komediopisanie Teatru Powszechnego w Łodzi od dekady. Pojawia się również coraz więcej konkursów na słuchowisko radiowe.

Tymczasem do tej pory nie myślało się w Polsce o działaniu długofalowym, może za wyjątkiem Teatru im. Gerharta Hauptmanna w Görlitz-Zittau, ściśle współpracującego z Teatrem im. Norwida w Jeleniej Górze w ramach projektu Writer-in-Residence. Dlatego ogłoszenie przez Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego nowego programu stypendialnego pt. DRAMATOPISANIE z inicjatywy pomysłodawcy, Jacka Kopcińskiego, postrzegam jako zastrzyk krwi dla polskiego teatru. Mam nadzieję, że projekt zainicjuje modę na dramat i dramatopisarzy.

Kapituła tego konkursu opublikowała niezwykle interesujące teksty o etapach konkursu, a po wyborze dwóch stypendystów - nagrania uzasadniające werdykt kapituły oraz rozmów przewodniczącego z laureatkami (pierwszej edycji). Doceniono zaangażowanie kierowników literackich, którzy przygotowali wzorcowe rekomendacje dla 58 autorek i autorów. Dzięki ich pracy kapituła mogła wybrać finałową czternastkę - a z niej wyłonić dwie laureatki. Jakże fascynująco mówiły autorki o tym, co napiszą w czasie sześciomiesięcznego stypendium. Rozmawiajmy z autorami, żeby przekonać się, że to, co ich inspiruje, może zaowocować znakomitą materią sceniczną. Dajcie im tylko pustą scenę, otwartego reżysera i uczciwego dramaturga.

Pisarz tworzy kompletny przemyślany świat, natomiast "dzieła dramaturgów" noszą znamiona znanego od starożytności centonu, inaczej bigosu literackiego [utwór skomponowany z cytatów różnych dzieł znanych autorów, mający najczęściej charakter zabawy literackiej o charakterze doraźnym]; taki zlepek pomysłów i pseudocytatów nigdy nie uważano za utwór indywidualny i osobisty.

Właśnie otwierają się polskie teatry. Po doświadczeniach związanych z izolacją, kiedy mieliśmy więcej czasu na uważność i refleksję (także
nad sztuką), otwórzmy się także na nowy wymiar dialogu reżysera z autorem. A widzom spróbujmy zapewnić większe poczucie sensu.

Elżbieta Manthey
Agencja Dramatu i Teatru ADiT
8 czerwca 2020

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia