Autowyklęci

"Niewierni" - reż. Piotr Ratajczak - 13. Festiwal Dramaturgii Współczesnej "Rzeczywistość Przedstawiona"

Apostazja, czyli formalne, dobrowolne wystąpienie ze wspólnoty wiernych Kościoła rzymskokatolickiego, to modny, „medialny" temat, zapewniający spektaklowi o tym tytule rozgłos. W internecie mnożą się strony takie jak apostazja.pl (4166 fanów na facebooku) czy apostazja.info zawierające szczegółowy instruktaż dla tych, którzy „chcą się wypisać z Kościoła". Jednak jak wirtualna rzeczywistość ma się do tej, w której żyjemy? I do tej, którą możemy obserwować w spektaklu Piotra Ratajczaka?

Przestrzeń sceny podzielona została na dwie, symetryczne części – lewą i prawą stronę oddziela pas wzorzystego chodnika rodem z Fabryki Dywanów „Kowary", który był hitem PRLowskich kuchni i przedpokoi. Chodnik prowadzi nas w głąb sceny, gdzie natrafia na ścianę. W rzeczywistości są to dwie ustawione obok siebie ścianki ograniczające przestrzeń, a dywanik wchodzi między nie pnąc się w górę, prostopadle do podłogi. Tuż przy suficie, pomiędzy obiema ściankami, na pasie chodnika znajduje się coś w rodzaju podświetlanego, kwadratowego ekranu. W lewej i prawej części pomieszczenia stoją rzędy niskich, drewnianych ławek gimnastycznych. Sposób organizacji znajdujących się tu, niezwykle trafnie dobranych elementów układa się w spójny, przemyślany obraz, który natychmiast uruchamia kalki myślowe odsyłające do obrazu świątyni. Pomimo, iż w scenografii (autorstwa Grupy Mixer) nie odnajdziemy ani jednego symbolu religijnego – wręcz przeciwnie, zbudowana została z elementów zdecydowanie należących do sfery profanum – nie mamy wątpliwości, że znajdujemy się w kościele, a właściwie w jego świeckim odpowiedniku. W miejscu, w którym spotyka się siódemka ludzi, których nie łączy nic, prócz tego, że są niezadowolonymi ze swego życia apostatami z problemami psychicznymi.

W przedstawieniu Piotra Ratajczaka na uwagę zasługuje aktorstwo. Zespół z Teatru Łaźnia Nowa całkiem nieźle poradził sobie z powierzonym mu zadaniem, które - wbrew pozorom - do najłatwiejszych nie należało. Po pierwsze konwencja spektaklu wymuszała na aktorach nieustanne mówienie do publiczności, przekształcając ich wypowiedzi w serię mini-monodramów. Pozbawiony interakcji z innymi aktorami bohater był więc zdany wyłącznie na siebie. Prócz tego konwencja gry bliska była realizmowi, a język wypowiedzi językowi potocznemu, aktorzy nie mogli więc posłużyć się żadnym wymuszonym przez stylistykę tekstu schematem. Musieli zrobić wszystko, byśmy uwierzyli, że to ich własne historie, najprawdziwsze w świecie opowieści, że oni wcale niczego przed nami nie odgrywają, są jednymi z nas. Wykreowanie owej naturalności dla krakowskich artystów nie stanowiło problemu, na poziomie aktorskim przedstawienie można uznać za udane.

Elementem „Niewiernych" budzącym najwięcej wątpliwości jest sam tekst autorstwa Piotra Rowickiego. Z założenia miała to być wypowiedź stworzona w celu rozgrywkowym. Pewne fragmenty rzeczywiście mogą wywoływać rozweselenie, jak scena, w której Szymon (Przemysław Chojęta) z niezwykłym zaangażowaniem opowiada o tym, że pracuje w jednej z największych korporacji świata, zatrudniającej czterysta tysięcy pracowników i robi wszystko, by klient i szef byli zadowoleni. Z tego właśnie powodu nigdy nie wyłącza telefonu i nigdy nie zamyka drzwi. Cechuje go bezwzględne oddanie firmie. Potrafi słuchać ludzi, jest na nich otwarty i to jest źródłem jego sukcesu. Gdy przed naszymi oczami zaczyna malować się obraz „korporacyjnego szczura", będącego jednym z tysięcy nic nieznaczących trybików gigantycznej maszynki do robienia pieniędzy, mężczyzna wyznaje: „Tak, jestem księdzem!" Niestety, potem jest już tylko gorzej. W dalszym ciągu tej historii uwidacznia się jej jednowymiarowość i myślowa sztampa. Ksiądz zostaje zauważony przez przełożonych i w uznaniu swych zasług wysłany do Rzymu, gdzie wdaje się w romans ze studentem. W myślącym, wnikliwym widzu rodzi się szereg pytań: Czy naprawdę duchowny nie mógł zakochać się w kobiecie? Czy kiedy ksiądz darzy kogoś uczuciem, oznacza to, że jest albo pedofilem albo gejem? W oczach autora tekstu najwyraźniej tak, a opowieści pozostałych bohaterów świadczą o tym, że antykościelny, populistyczny ton wydał mu się idealny do napisania komedii. W jego opowieści nikt nie wystąpił z Kościoła tylko dlatego, że jest po prostu niewierzący. Pokazani tu apostaci to nienawistnicy, którzy w Kościele upatrują źródła swych lęków i rozczarowań.

Problemy psychiczne bohaterów tylko pozornie mają związek z religią i Kościołem. Były ministrant Jasiek z Jasienicy (Tomasz Pisarek), u którego stwierdzono nerwicę eklezjogenną wyznaje, że od dziecka bał się wszystkiego (ciemności, burzy, psów), ponieważ matka nieustannie go straszyła. Kościół stał się więc dla niego jedynie wyzwalaczem obsesji. Magda (Izabela Gwizdak) poczęta metodą in vitro z chwilą, gdy rodzice wyznali prawdę o jej pojawieniu się na świecie, sama przestaje brać udział w religijnych wycieczkach i pielgrzymkach, choć nikt jej tego nie zabrania. Po prostu nie ma w niej zgody na to, w jaki sposób przyszła na świat oraz na to, że ludzie, którym bezgranicznie ufała, przez tyle lat mieli przed nią tajemnicę. Jako, że nie bardzo pasowało to do koncepcji autora, dopisał on scenę, w której ksiądz podczas lekcji prowadzonej w szkole nazywał osobę z zapłodnienia in vitro potworem, co jest zwykłym nadużyciem. Podobnie jest z lekarką Marią (Joanna Król), która uratowała setki dzieci na oddziale onkologicznym – bezsilność, która często towarzyszy lekarzom, jest tu utożsamiana z okrucieństwem Boga, pomimo, iż gdyby w ten sposób postawić sprawę należałoby przyznać, że ma On na koncie również setki uratowanych pacjentów. Normalne, codzienne dylematy i problemy, z którymi boryka się każdy z nas, w spektaklu mają rzekomo podłoże religijne. Interesujące byłoby pokazanie losów bohaterów po apostazji. Nie sądzę, by wiele się w ich życiu zmieniło, ponieważ źródło problemów nie tkwiło tam, gdzie oni je umiejscowili. Jednak szukanie kozła ofiarnego jest jednym z elementów ludzkiej natury, szczególnie w obliczu porażki.

Artysta-skandalista Marek (Dariusz Fodczuk), który opowiada o tym, jaką reakcję ze strony Kościoła wywołała jego praca, czyli genitalia umieszczone na krzyżu (bezpośrednie odniesienie do głośnej pracy Doroty Nieznalskiej) lub gdy w stroju motyla zakłócił procesję Bożego Ciała (nawiązanie do happeningu Pawła Hajncela w Łodzi w 2011 roku) albo gdy na koncercie podarł zdjęcie Jana Pawła II (gdyby był nieco inteligentniejszy, chcąc potępić Kościół mógł podrzeć zdjęcie np. Rodrigo Borgii, czyli Aleksandra VI, ale widocznie autor tekstu chciał dosłownie nawiązać do wydarzenia z 3 października 1992, gdy podczas programu „Saturday Night Live" Sinéad O'Connor podarła zdjęcie Jana Pawła II) z założenia miał wywołać rozbawienie poprzez ukazanie reakcji „ciemnogrodzian" na jego „wolnomyślicielskie" występy. Nie wszyscy jednak poczuli się tą błazenadą rozbawieni, być może dlatego, że dowcip z motylem – jakby powiedział poeta – nie był najwyższych lotów. Podobnie jest z całym przedstawieniem, w którym próżno szukać wysublimowanego humoru, niedopowiedzeń, a momentami odrobiny umiaru. To seria scen powstałych w celu rozbawienia publiki, będących dowodem na to, że autor czyta gazety i ogląda telewizję. Nie jest to jednak spektakl dla widzów, którzy od teatru oczekują czegoś więcej.

Olga Ptak
Dziennik Teatralny Katowice
25 października 2013
Portrety
Piotr Ratajczak

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

Proces
Pia Partum
19 stycznia 2019 roku na scenie pojaw...