Baby są jakieś inne

"Rondo" - reż. Piotr Bikont - Teatr KTO w Krakowie

Piotr Bikont wprost przyznaje się do bardzo prozaicznej przyczyny, dla której zdecydował się realizować tekst Bogusława Schaeffera – KTO to teatr, w którym obsada jest silnie sfeminizowana, a „Rondo” przewiduje aż sześć postaci kobiecych i tylko jedną męską. Brak głębszej myślowej czy artystycznej motywacji jest niestety bardzo widoczny także na scenie.

Niby w spektaklu jest wszystko, co powinno: przyzwoita gra aktorska, gęsty tekst, ciekawy temat. „Rondo" Piotra Bikonta nie jest jednak farsą o żeńsko-męskiej opozycji, jak chciałby ją widzieć reżyser, lecz nieśmiesznym, prostym (miejscami prostackim) pokpiwaniem z feministycznych poglądów, pokazującym kobiece ideały jako z góry skazane na klęskę. Nikt nie oczekiwał jednowymiarowości perspektywy pań – to w końcu nie jest feministyczny manifest. Zachłyśnięcie się przez kobiety ideami, które z czasem wypaczają się i ze szczytnych równościowych wartości przemieniają w niesprawiedliwą degradację mężczyzn, byłoby błyskotliwym i nośnym motywem. Aby jednak (mimo farsowej wymowy) potraktować na serio jakąkolwiek próbę podjęcia rzeczywistego tematu, powinniśmy mieć do czynienia z pełnokrwistymi postaciami. W „Rondzie" mamy sześć kobiet, naprzemiennie bardzo infantylnych albo sfrustrowanych i jędzowatych, które myślą tylko o tym, jakby tu odegrać się na mężczyznach. Za co? No właśnie – zdaje się mówić reżyser – nie wiadomo, o co nawet tym babom chodzi. A szósta? Ostatnia, która wydaje się inteligentna, przebiegła i bez kompleksów, pojawia się tylko na chwilę, ubrana w wyzywający sposób, by widz bardziej niż błyskotliwość zapamiętał jej urodę i tylko na nią zwrócił uwagę.

Akcja, która jest osnuta wokół założonego przez panie kobiecego pisma, z sekwencji na sekwencję jest coraz bardziej pusta i miałka. Występująca między redaktorkami zazdrość, wymyślanie na siłę głupich tematów, które w oczach opinii publicznej zdyskredytują mężczyzn i niewiarygodna ich naiwność sprawiają, że widz ma dość ich rozterek i zachowań. Dodatkowo, aby zobrazować fałsz kobiet – bo oficjalnie bronią praw kobiet do samostanowienia – reżyser każe im raz po raz między kolejnymi sekwencjami tańczyć w uwodzicielski sposób i mizdrzyć się do widza, jakby chciał pokazać, że jedyne, co panie mają do zaproponowania to ciało.

Oczywiście, ciało ma też do zaproponowania mężczyzna. Pojawia się w nocy, za każdym razem pod inną tożsamością. Bez problemu wkrada się do redakcji przez okno (jaki wysportowany!), oszukuje kobiety (ta inteligencja!), oczarowuje (co za spryt!), a w końcu zabija (jaka siła!). Wówczas chce się powiedzieć: sama sobie, głupia, winna. Gdy akcja się zapętla i w ostatniej sekwencji mamy powtórkę z pierwszej sceny, błagamy, by kobiety więcej nie powtórzyły błędu – widzieliśmy, co za katastrofa może wyniknąć z próby samodzielnego działania, niechże sobie panienki odpuszczą.

Spektakl Bikonta, niestety, nie proponuje żadnego ciekawego tematu do dyskusji. Być może ambicją reżysera nie było poruszenie żadnego problemu serio, lecz czysta farsowa rozrywka, jednak na tym polu spektakl także wypada blado. Kolejne sceny są żmudne i monotonne, a rozwiązania banalne, a nawet niezrozumiałe – zupełnie jak chęć usamodzielnienia się kobiet z męskiego punktu widzenia.

Magdalena Urbańska
Dziennik Teatralny Kraków
20 lutego 2013

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia