Bajka, co na chwilę unosi

"Traviata" - reż. Roberto Skolmowski - Opera i Filharmonia Podlaska

„Traviata" Giuseppe Verdiego to najnowsza premiera zrealizowana w imponującej przestrzeni Filharmonii i Opery Podlaskiej w Białymstoku. Imponującej, bowiem gmach, zaprojektowany w rozpoznawalnym, charakterystycznym stylu przez cenionego architekta i urbanistę Marka Budzyńskiego [twórcę m. in. budynków Sądu Najwyższego i Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie] robi ogromne wrażenie. Monumentalne kolumny, które zarastać mają zielenią, ściany pokryte szklanymi płaskorzeźbami z fragmentami partytur, biegi schodów wprowadzających publiczność na ogromną, przestronną widownię – wszystko to podkreśla, że gościmy w prawdziwej świątyni sztuki. Gdy uruchomione jeszcze zostaną wszystkie techniczne udogodnienia, umożliwiające realizację najbardziej śmiałych pomysłów reżyserskich, widzowi nie pozostaje nic, tylko podziwiać i dać się oczarować teatralnej iluzji.

Tak też dzieje się podczas spektaklu w reżyserii Roberto Skolmowskiego, który – wydaje się – postanowił maksymalnie wykorzystać całą maszynerię sceniczną, aby opowiedzieć historię nieszczęśliwej miłości zbłąkanej kobiety i nieco zbyt impulsywnego mężczyzny. Już w pierwszym akcie ujawniają się charaktery głównych bohaterów – Violetta, pozornie wolna i niezależna, odkrywa, że prócz nieustannej zabawy jest jeszcze coś ważniejszego – miłość, dla której warto porzucić dotychczasowe życie. Dorota Wójcik sugestywnie zagrała zmianę swojej bohaterki – od gwiazdy [można by rzec „celebrytki"] brylującej na salonach do kobiety, dla której najważniejszy jest związek z tym jednym, ukochanym, z Alfredem. To, że „małe szczęście" jest Violetcie bliższe znalazło też odbicie w śpiewie sopranistki – to właśnie sceny liryczne pozwaliły artystce ukazać walory swego głosu. W duecie z Alfredem [Un di, felice] dominował w nim chłód, podkreślający dystans Violetty do adorującego ją mężczyzny, zaś w kolejnych scenach zaczął nabierać bardziej lirycznej barwy i aria „Addio, del passato" zabrzmiała wzruszająco.

Wykonujący partię Alfreda Rafał Bartmiński od pierwszej arii stworzył postać człowieka dającego się ponosić emocjom i szybko podejmującego decyzje. Jego toast „Libiamo" był jak postawienie wszystkiego na jedną kartę, aby zwrócić na siebie uwagę Violetty. I udało mu się to znakomicie – ciepły, mocny głos sprawił, że od razu zdobył też sympatię widzów. Nie stracił jej nawet w dramatycznej scenie znieważenia Violetty. Po „zapłaceniu" jej za miłość z pokorą przyjmował  ojcowską reprymendę, a w finałowym duecie [Parigi, o cara] przekonująco roztaczał przed umierającą ukochaną wizję szczęśliwej przyszłości.

Rolę Giorgio Germonta śpiewał z wielką kulturą Zenon Kowalski. W duecie-rozmowie z Violettą, będącym prośbą, aby rozstała się z Alfredem i w arii Di Provenza mare il suol, w której przypomina synowi krainę dzieciństwa, przedstawiał argumenty ojca, który musi dbać przede wszystkim o dobro rodziny. Spokój i pewność głosu śpiewaka były potwierdzeniem racji postaci scenicznej.

Akcja białostockiej "Traviaty" dzieje się w dwóch bardzo skontrastowanych miejscach i światach. Pierwszym z nich jest przestrzeń szalonej zabawy, przebieranek i parad rodem z brazylijskiego karnawału. W otwierającym operę akcie ogromną scenę wypełniają tłumy balujących postaci, nad którymi dominują potężne, ruszające oczami i ustami popiersia byka i bardzo wydekoltowanej kobiety, ustawione na wielkim, obrotowym podeście-wozie. Krążą wokół nich barwnie ubrani tancerze i chórzyści oraz główne postaci dramatu, które w pierwszym momencie trudno zidentyfikować. Jedynie głos Flory [Joanna Motulewicz, słusznie nagrodzona przez publiczność wielkimi brawami] sprawia, że można wyodrębnić ich z rozbawionej gromady. Ponownie karnawałowe szaleństwo ogarnia scenę podczas balu maskowego u Flory. Świetnie śpiewający [i tańczący] chór, tancerze, dzieci w kostiumach Pierrotów, kolorowe stwory i zwierzęta – wszystko to może przyprawić widza o zawrót głowy.

Przeciwwagą dla scen zbiorowych jest miejsce, które scenograf Paweł Dobrzycki zaprojektował jako azyl Violetty i Alfreda. Zamiast oczekiwanego wiejskiego domku na scenie pojawia się krajobraz z palmami nad wielkim jeziorem [a może nawet morskim brzegiem, co sugerują błyski latarni morskiej]. Przez wodę przybywa Giorgio Germont, a jego przewoźnikiem jest tajemniczy Nieznajomy [Rafał Supiński] w szarym prochowcu, który jak cień, przeznaczenie, a w końcu jak Charon, towarzyszy Violetcie od momentu, gdy w swej garderobie podjęła decyzję o tym, że właśnie miłość będzie dla niej najważniejsza.

Oprócz postaci Nieznajomego, ingerencją reżyserską było też wprowadzenie pauz w przebiegu akcji. W operze czas wydarzeń ograniczony jest do czasu trwania muzyki, tymczasem w tej realizacji reżyser co najmniej dwukrotnie ją zatrzymał, dając miejsce dla działań aktorskich. Jednak zarówno scena rozpoczynania gry w golfa, jak i moment, gdy w absolutnej ciszy Violetta zbiera rozrzucone arkusze papieru nie wniosły niczego istotnego, natomiast pauzy zakłócały przebieg dramaturgii  zapisanej w nutach.

Kierownictwo muzyczne spektaklu powierzono Michałowi Klauzie, pod którego ręką orkiestra  w uwerturze zademonstrowała wielką muzykalność, a nastepnie znakomicie wspierała wykonawców, wydobywając wszystkie kryjące się w partyturze niuanse.

W efektownym i ciekawie zredagowanym programie do premiery znaleźć można artykuły wprowadzające widza w krąg tematów wiążących się z dziełem Verdiego.  W jednym z nich Maciej Negrey pisze: „Opera – to przecież bajka dla dorosłych. Ma za cenę biletu unieść widza na chwilę w świat inny niż ten zwykły, codzienny, pełen utrapień i nudy. Lepszy, czy gorszy – ale w każdym razie inny". Z pewnością przedstawienie Roberto Skolmowskiego jest właśnie taką bajką – kolorową, efektowną, pełną emocji, a przede wszystkim pięknej muzyki. I rzeczywiście, na chwilę unosi.

Anna Podsiadło
Dziennik Teatralny
4 stycznia 2014

Książka tygodnia

Szekspir bez cenzury. Erotyczny żart na scenie elżbietańskiej
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Jerzy Limon

Trailer tygodnia