Balladyna w cyrku

"Balladyna" - reż: Artur Tyszkiewicz - Teatr Narodowy w Warszawie

"Balladyna" Artura Tyszkiewicza w Teatrze Narodowym to próba wyciśnięcia czegoś miłego i ładnego z każdej konwencji (komiks, koncert, kabaret). Przez to jednak rok Juliusza Słowackiego kończy się bez udanej "Balladyny"

Patrząc na repertuar kin i werdykty festiwali filmowych, nietrudno znaleźć bohatera naszych czasów. A raczej bohaterkę. Galerianki z filmu Katarzyny Rosłaniec. Dziewczyny przybywające do stolicy z popegeerowskich wsi ("Warszawa do wzięcia", reż. Karolina Bielawska i Julia Ruszkiewicz). Poczciwe dresiary Soni Bohosiewicz ("Rezerwat", "Wojna polsko-ruska") i lateksowe laseczki Romy Gąsiorowskiej ("Zero", "Wojna..."). Dziewczyny z mentalnej i ekonomicznej prowincji (PRG, blokowisko, praska ruina). Imponuje im blichtr, a mężów szukają intensywniej niż pracy. Ambitne i przytłoczone wstydem. Napompowane tradycyjnymi wartościami, noszące w kieszeniach różańce czy medaliki, a zarazem zdolne do największych podłości, gdy jest szansa "się załapać". 

Balladyna (Wiktoria Gorodeckaja) ze spektaklu Artura Tyszkiewicza to kolejna daleka krewna "Dziewczyn do wzięcia" Janusza Kondratiuka i Tereski z dramatu Roberta Glińskiego. Do zbrodni popycha ją obawa przed zdemaskowaniem jako "wsiury", tęsknota do lepszego, droższego świata i jakiś zwierzęcy instynkt. Irytującą, próżną Alinę (Magdalena Lamparska) zabija w bójce, w afekcie. Z dworskim życiem kompletnie sobie nie radzi. Choć nie ma pojęcia, jak nosić niepraktyczną, drogą etolę, nie odłoży jej, ale zawiąże na piersiach na supeł, by nie przeszkadzała w gestykulacji. Walczy ze zbyt miękkim akcentem. Drżąca, w każdej chwili próbuje spojrzeć we wszystkie strony naraz - wszędzie słyszy śmiech i drwiny. 

Trop "z chłopki królowa" ma długą tradycję sięgającą adaptacji Adama Hanuszkiewicza sprzed 35 lat. Ale już wszystkie obrazki w stylu "Tereska w Narnii", "Tereska w cyrku", "Tereska w operowym piekle a la Don Giovanni", "Tereska w Piwnicy pod Baranami" to autorski wkład Artura Tyszkiewicza w inscenizowanie Słowackiego. Reżyser zmieścił w spektaklu wszystko, co w teatrze miłe, ładne, efektowne. Widz, wkraczając na salę, może początkowo podejrzewać, że trafił na zaangażowane przedstawienie o ekologii. Imitującą jezioro Goplo fosę wypełniają opony i kontenery na śmieci. Zaraz jednak na scenie zapalają się czerwone lampki altanki, w której moszczą się na kanapach trzy kuso obrane chórzystki i muzycy. W luźnej atmosferze występów Buena Vista Social Club aktorki wyśpiewają w miarę rozwoju akcji każdą znaną i lubianą melodię - od romantycznego jazziku przez warszawskie ballady łotrzykowskie, ludowe zaśpiewki rodem z Bregovicia, aż po tanga, pop czy reggae.

Gdy już wydaje się, że musicalowe tło jednoznacznie osadzi "Balladynę" jako nie tragedię władzy, ale miłosny melodramat, wkracza telenowela. Na scenę wjeżdża klitka z kredensem, gdzie Matka (Małgorzata Rożniatowska) i córki snują marzenia rodem z telezakupów. Telenoweli czar także jednak pryska, gdy na złotej kanapie, w podbitej złotem pelerynie podjeżdża pod chałupę Kirkor (Grzegorz Kwiecień). Komiksowy przepych, który wprowadza, zostaje zaraz zatarty przez przebitki z cyrku, czyli sztuczki Skierki i Chochlika. I ta konwencja jednak znika, gdy na scenę wjeżdża na swojej platformie (ni to wystylizowana weranda z doniczkami i starą szafą, ni to wrota do Narnii) Pustelnik (Jarosław Gajewski). Goplana (Beata Ścibakówna) z wiedźmy-ryby zamienia się w chochoła, Grabiec (Emilian Kamiński) urządza pijacki kabaret, a von Kostryn (Marcin Hycnar) i Balladyna zaczynają nagle poważną scenę godną niezłego dramatu psychologicznego. Maszyneria sceny jest w nieustannym ruchu, poziomy spiętrzają się, zapadnie jeżdżą, platformy suną. Muzyka gra. Wszystko w imię romantycznego spektaklu o tym, jak trudno kochać kobietę. Zwłaszcza z prowincji. Zwłaszcza żywą (ciało zakłutej Aliny znajduje wszak amatora - histerycznego chłopca emo Filona). 

Oprócz dwóch efektownych monologów (przemowy Kirkora i Grabca), zawdzięczającym swoją moc przenikliwości Słowackiego, wszelkie fragmenty dotyczące historii, władzy, polityki, aktorzy przelatują na jednym wdechu. Zostają matrymonialne rozterki mężczyzn, wstyd prowincjuszki i rytmiczne bujanie się chóru. Wiktoria Gorodeckaja do końca wyciska ze swojej zabawnie zbudowanej roli dziewczyny do wzięcia wielki dramat egzystencjalny. Nie ma szans. 

Z "Balladyny" Hanuszkiewicza w "legendzie miejskiej" i anegdotach zachowały się tylko motory, na których jeździli słudzy Goplany. U Tyszkiewicza Skierka (Jerzy Łapiński) i Chochlik (Andrzej Blumenfeld) jeżdżą na uwielbianych przez nastolatki butorolkach. Jeśli to dla nich miał być spektakl w Narodowym, obok czarownicy i starej szafy, wypadało jednak postarać się także o lwa.

Teatr Narodowy w Warszawie, "Balladyna", Juliusz Słowacki, reż. Artur Tyszkiewicz, scen. Jan Kozikowski, muz. Jacek Grudzień, ruch Izabela Chlewińska, występują m.in. Wiktoria Gorodeckaja, Beata Ścibakówna, Grzegorz Kwiecień, Emilian Kamiński, Jarosław Gajewski, Małgorzata Rozniatowska, Marcin Hycnar, premiera 11 grudnia.

Joanna Derkaczew
Gazeta Wyborcza
14 grudnia 2009

Książka tygodnia

ADAPTACJA. Skrzynka z narzędziami
Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie
Marta Miłoszewska

Trailer tygodnia