Bardzo smutna katastrofa

"Święto Winkelrida. Rewia narodowa" - reż. Marcin Liber - Teatr Wybrzeże w Gdańsku

Teatr Wybrzeże spektaklem "Święto Winkelrida. Rewia Narodowa" miał ambicję z humorem, ale dosadnie opowiedzieć o tematach ważnych. Jednak pełen kalek spektakl Marcina Libera, podobnie jak banalna, zgrana konstrukcja przedstawienia, zatrzymany jest na etapie próby, a całość balansuje na granicy kabaretu i kiczu, które co jakiś czas dzięki staraniom aktorów bywają przełamywane. Niestety, tylko na chwilę.

Wszystko zaczyna się we foyer. Do widzów zgromadzonych na pierwszym piętrze wychodzą aktorzy w barwnych i kiczowatych kostiumach teatralnych (przygotowanych przez Grupę Mixer). Przypominają w nich bohaterów z dworu Królowej Kier z "Alicji w Krainie Czarów": Burmistrz, jego żona, poeta, włóczędzy, halabardnicy - wszyscy oni wyglądają zabawnie i groteskowo podczas przemówienia Burmistrza witającego zgromadzonych na uroczystości gości.

Świętujemy właśnie 20. rocznicę bohaterskiego czynu Arnolda Winkelrida, który we własną pierś skierował włócznie wroga, torując drogę do wolności swojej ojczyzny. Dopiero później widzowie zajmują miejsca na widowni umieszczonej na scenie, przy akompaniamencie krzyczących i protestujących aktorów z transparentami typu: "Teatr Wyżebrze", "Miłość, Wolność", "Zbieram na odwagę", "Żądamy obietnic", "Aktorstwo to wielki zawód", "Wolne weekendy od teatru", "DeLIBERacja", "Dość poprawności politycznej".

Zaraz potem okazuje się, że trafiliśmy na... próbę spektaklu teatralnego, którą prowadzą reżyser Martin i dramaturg Marten, nieprzypadkowo upozowani na duet reżysersko-dramaturgiczny przedstawienia: Marcia Libera i Marcina Ceckę. Obserwujemy twórców w procesie twórczym, usiłujących opanować grupę rozhisteryzowanych, skłóconych aktorów. Kwestię autotematyczne poświęcone doli aktorów, ich relacji z twórcami spektaklu i szereg zakulisowych działań, to kluczowe w wizji Libera i Cecki punkty odniesienia dla potraktowanej z przymrużeniem oka opowieści o bohaterze narodowym i symbolu lokalnej społeczności - tytułowym Winkelridzie.

Wśród masy poruszonych wątków "z życia artystów" znajdziemy m.in. przewrażliwienie na swoim punkcie i kompleksy (wejście Margaret), konflikt związany z wprowadzeniem "gościnnego" aktora do spektaklu (wątek Petera), kontekst społeczny - marzenia versus szara rzeczywistość i niskie zarobki nie wystarczające na godne życie (wypowiedź Alis). Zabawnie i udanie wypada rywalizacja o rolę Burmistrza pomiędzy trzema aktorami. W tym planie "teatru w teatrze" każdy z aktorów ma przypisany obcobrzmiący odpowiednik swojego imienia.

Tego typu odniesień i aluzji do sytuacji w teatrze, choćby w osobie przywoływanego dyrektora "Nasiona" podczas kolejnych wizyt ekipy technicznej, zabierającej próbującym stoły lub wnoszących elementy scenografii przygotowywanego widowiska - znajdziemy tu znacznie więcej. Innym piętrem odniesień, jakie serwują widzom twórcy, jest kontekst historyczny sztuki Jerzego Andrzejewskiego i Jerzego Zagórskiego i przywołanie za pomocą napisów czy głosów "z offu" spektaklu Kazimierza Dejmka z 1956 roku, w którym grał opowiadający o nim (w formie nagrania) nestor Teatru Wybrzeże Ryszard Ronczewski.

Wreszcie, gdzieś w tle procesu powstawania spektaklu i aktorskich dylematów znajduje się motyw przewodni sztuki Andrzejewskiego i Zagórskiego, czyli historia bohatera wykreowanego na potrzeby bieżącej polityki oraz jego syna Konrada, który usiłuje odebrać ojcowiznę, czyli ziemię zagarniętą bezprawnie po śmierci Arnolda. Symbolicznie potraktowana łąka, którą chce odzyskać młody Winkelrid, stanowi pretekst do "intymnych" aktorskich wypowiedzi. Z kolei kafkowski motyw załatwiania sprawy urzędowej, przeniesiony w gdańskim spektaklu do gmachu teatru, wypada bodaj najbardziej przekonująco. To jednak wątek w gdańskim spektaklu zmarginalizowany, potraktowany prześmiewczo grubą groteską, podobnie jak cała fabuła "Śmierci Winkelrida".

Szczególną uwagę poświęcono pracownikom na co dzień nie występującym na scenie - garderobianej, charakteryzatorce, wspomnianej ekipie technicznej i przede wszystkim inspicjentowi (Jerzy Kosiła), włączanemu kilkakrotnie w przebieg spektaklu.

Jednak temu wybebeszeniu teatralnych szwów, autotematycznym zwierzeniom aktorów na zaaranżowanych przed widzami próbach i szczątkom tekstu Andrzejewskiego i Zagórskiego potraktowanym jako podbudowa osobliwego political fiction, towarzyszy zadziwiający chaos. Trudno wyłowić jakikolwiek sens z szyderczej fantazji Cecki i Libera na temat wystąpienia Polski z Unii Europejskiej, którego dwudziestą rocznicę (wraz z bohaterską śmiercią Winkelrida w walce z Unijnymi) w spektaklu przygotowywanym na naszych oczach się celebruje. W taki właśnie sposób przepisano tekst oryginału, w którym biedni szwajcarscy wieśniacy walczyli z wojskami carskimi. Podczas jednej z bitew w nierozważnej akcji życie stracił tytułowy Winkelrid.

Oczywiście aktorom nie brakuje wiarygodności, gdy mówią o rozczarowaniu zawodem, niskimi płacami, cierpieniem wywołanym przedmiotowym traktowaniem czy brakiem uznania. Zapada w pamięć świetna tyrada Jacka Labijaka jako aktora drugiego planu z inicjatywą i pomysłem na siebie, brutalnie zgaszona przez dramaturga. Tak samo kończy się zaangażowanie Dżareda (Jarosław Tyrański). Ciekawy muzyczny wywód ma akompaniator spektaklu Michał Kowalski. Przekonujący w roli Petera i poety Gabriela jest Piotr Biedroń. Zgrabnie w rolę "nowego" w zespole aktorskim Pitera wchodzi Piotr Witkowski, czyli "krępy blondynek z Warszawy".

Z rolą Burmistrza z właściwą sobie swadą radzi sobie Grzegorz Gzyl. Bez zarzutu reżysera Martina i dramaturga Martena grają Marek Tynda i Maciej Konopiński. Udany monolog narodowca-nacjonalisty ma Maggie Magdaleny Gorzelańczyk. W rolach z przygotowywanego spektaklu najciekawiej obok Gabriela prezentuje się Konrad Winkelrid grany przez Piotra Chysa, który swojego bohatera wyposaża w naiwność i szczerość, cechy obce w zdeprawowanym, zakłamanym i fałszywym światku aktorów przedstawienia. Konstrukcja spektaklu nie pozwala jednak aktorom zaistnieć na dłużej ani zbudować roli poza krótkim momentem ekspozycji.

Natłok wątków przytłacza, sensy się rozmywają, a cały spektakl przypomina abstrakcyjny plac zabaw reżysera i dramaturga. Wielokrotnie płaszczyzny spektaklu nakładają się na siebie i trudno rozeznać, kto jest aktualnie kim w danym momencie. Wątki aktorskie i kwestie granych przez nich bohaterów połączone są wyjątkowo niechlujnie, a obraz całości co raz rozbijają nieoczekiwane dodatki w postaci sceny Nauczycielki (Małgorzata Brajner) z dziećmi, snu Pitera, czy protestu z zaklejonymi ustami, kojarzonego z konfliktem o Teatr Polski we Wrocławiu.

Spektakl przez cały pierwszy akt niemal pozbawiony jest scenografii - tę stanowi sama Duża Scena, prezentowana od zaplecza. Jedynie w drugim akcie szansę by się wykazać ma scenograf Mirek Kaczmarek. Również dzięki temu druga część jest dużo bardziej uteatralizowana, ale równie chaotyczna jak pierwsza odsłona spektaklu.

Twórcy wyraźnie inspirowali się serialem Pawła Demirskiego i Moniki Strzępki "Artyści" tworząc jego nieudolną wersję sceniczną. Spektakl sprawia wrażenie niedoreżyserowanego (niezrozumiałe kwestie kiwającego się chóru) i przeintelektualizowanego (nawiązania do polityki czy neoliberalizmu), pełnego abstrakcyjnych odniesień (wątek Ducha Ojca z konformistycznymi radami dla syna jako pastisz zjaw z "Wesela") bełkotu, z którego trudno wyłowić sens. Uderza wybiórcze i powierzchowne potraktowanie kluczowych tematów sztuki Andrzejewskiego i Zagórskiego zamienionych na prowadzoną w kabaretowym stylu zgrywę. Spektakl nie angażuje widza, a w ciągu trzech godzin trwania (m.in. przez uporczywe powtarzanie tych samych grepsów), zaczyna po prostu nudzić.

Wszechobecna autoironia nie jest usprawiedliwieniem dla bełkotliwego przedstawienia, z którego warto zapamiętać kilka udanych aktorskich szarż i ogólną ideę, korespondującą z tekstem "Święta Winkelrida" - przestrogę poprzez kpinę, wyśmianie romantyzmu i romantycznego bohatera czy motyw kreowania polityki historycznej na zamówienie. To wszystko jednak rozpaczliwie mało, jak na skalę tematów i argumentów, po które sięga duet Liber-Cecko.

W przywoływanym dzięki osobie Ryszarda Ronczewskiego ważnym spektaklu Kazimierza Dejmka z 1956 roku chodziło o rozliczenie reżysera z fascynacji ideami komunizmu. O co chodziło reżyserowi "Święta Winkelrida. Rewii Narodowej" trudno stwierdzić. Być może o to, o czym dowiadujemy się po przerwie, gdy reżyser Martin mówi "Ja chyba zamarzam. Zamieniam się w pomnik". Może spektakl ma służyć odbrązowieniu artysty, być specyficzną formą detoksu? Szkoda tylko, że do tego eksperymentu posłużyli aktorzy Teatru Wybrzeże.

Łukasz Rudziński
www.trojmiasto.pl
16 czerwca 2018
Portrety
Marcin Liber

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia