Barwy inscenizacyjnej ascezy

„Wiśniowy sad" – reż. Anna Augustynowicz – Teatr Wybrzeże w Gdańsku

Czy w półtorej godziny uda się bezproblemowo przedstawić kilka różnych dramatów tak, by widz nie tylko je zrozumiał, ale także zdołał się z nimi utożsamić? W przypadku „Wiśniowego sadu" w reżyserii Anny Augustynowicz trudno o jednoznaczną odpowiedź.

Jest środek nocy, lecz nikt w domu nie śpi. Lubow Raniewska (Dorota Kolak) powraca z Paryża do rodzinnego majątku na rosyjskiej prowincji, by tam zająć się sprzedażą zadłużonego domu wraz z przylegającym do niego wiśniowym sadem. Nie jest to jednak proste, bowiem bohaterka jest bardzo przywiązana do swojego domu i doskonale zdaje sobie sprawę z nieodwracalności decyzji. Nie ma jednakże wsparcia w rodzinie i przyjaciołach, którzy sami przeżywają własne rozterki. Raniewska dostrzega coraz dotkliwiej, że czasy się zmieniły, a świat zaczyna należeć do bogatych kupców.

Spektakl od pierwszej do ostatniej sceny charakteryzuje się bardzo powolną akcją. Brak dynamizmu - postacie głównie siedzą na krzesłach i opowiadają o swoim życiu. Czasami żartują, czasami mówią bardzo poważnie. I mimo że dramat przeplata się z komizmem, sam klimat opowieści przytłacza. Anna Augustynowicz kreuje rzadko spotykaną atmosferę – poprzez mądrze poprowadzoną narrację, skłaniając widza do wejścia w stan biężącej pełnej zaangażowania refleksji.

Niestety „Wiśniowy sad" cierpi na bardzo poważną dolegliwość: brak czasu. Jak się okazało, półtorej godziny nie wystarcza, by opowiedzieć aż tak wiele historii, szczególnie gdy akcja zaczyna się nagle i przez pierwsze kilka scen widz stopniowo zaczyna rozumieć, jakie wydarzenia mają miejsce w życiu postaci. Reżyserka starała się dać przysłowiowe pięć minut sławy wszystkim bohaterom, co niekoniecznie zadziało na korzyść sztuki. Żadna z tragedii – a w szczególności ta największa, związana z wiśniowym sadem – nie wybrzmiewa z całości. Spektakl kończy się tak po prostu, niespodziewanie, a widza zakończenie ani nie satysfakcjonuje, ani nie rozczarowuje. Nie zdąży bowiem na czas w pełni zrozumieć większości postaci.

Jednak w tej mnogiej ilości postaci znalazła się taka, która od pierwszej sceny absorbuje pełnię uwagi. Mowa tutaj o Jermołaju Łopachinie, zagranym nieomal perfekcyjnie przez Marcina Miodka. Jego bohater – niby pomocny, niby szukający korzyści dla siebie milioner – charakteryzuje się najciekawszymi komentarzami, ciętymi uwagami i interesującą przeszłością, która równie interesująco wybrzmiewa w ustach aktora. Jego gra aktorska pobudza widzów i tworzy jedną z najbardziej pozytywnych postaci tej inscenizacji.

Scenografia została pozbawiona jasnej barwy. Każdy, komu po słowach „wiśniowy sad" pojawiła się w głowie ciepła, malownicza sceneria wypełniona zielenią liści i czerwienią dojrzałych owoców, może poczuć się gorzko rozczarowany. Wszystko – zaczynając od tła po stroje aktorów – utrzymane zostało w jednolitej czerni. Tego koloru są także wszystkie krzesła oraz jedyny stół na scenie. Dość surowa scenografia dopełnia dramat postaci, choć doprawdy trudno stwierdzić, czy całość musiała być aż tak bardzo symboliczna. W podobnym kontraście wyjątkowo ciekawie wypadają rekwizyty, które pojawiają się i natychmiast znikają – jak chociażby kojec dla dziecka czy głośna kula do kręgli, która przerywa dywagacje bohaterów. Należy jednak z szacunkiem podejść do od wielu już lat preferowanej przez Annę Augustynowicz inscenizacyjnej ascezy i nie oczekiwać feerii barw plastycznej otoczki, zwracając za to baczną uwagę na intelektualną stronę przedstawienia, na charaktery i motywacje bohaterów.

Trudno jednoznacznie określić sceniczną jakość „Wiśniowego sadu". Jest to jednak na pewno mądrze, z wyczuciem scenicznej dynamiki, powściągliwie wobec obrazu, a jednocześnie przenikliwie w swojej aktualności poprowadzona historia, która niestety jednocześnie poprzez brak zrozumienia intencji bohaterów może odrobinę nużyć. Jednak jej wartość teatralna jest niewątpliwa, a obejrzenie jej, dla miłośników teatralnej klasyki, powinno być obowiązkowe.

Marta Cecelska
Dziennik Teatralny Trójmiasto
25 maja 2018

Książka tygodnia

Pomarli
Wydawnictwo Czarne
Waldemar Bawołek

Trailer tygodnia