Bea, czyli życie

"Bea" - reż. Andrzej Bubień - Teatr Powszechny w Radomiu

„Bea" w reżyserii Andrzeja Bubienia to spektakl znakomity pod wieloma względami; przede wszystkim zaś dlatego, że to mądre i wolne od śmiesznej banalności przedstawienie życia.

Najnowsza sztuka radomskiego teatru, której kanwą jest niewystawiany oraz niedrukowany dotychczas w Polsce dramat Micka Gordona, to opowieść, w której centrum znajduje się tytułowa Bea, nieuleczalnie chora młoda dziewczyna. Z chorobą, która niejako determinuje jej życie; uniemożliwia swobodne poruszanie i wypowiadanie się oraz sprawia, że cierpi (zarówno fizycznie, jak i psychicznie), mierzy się na scenie sama Bea (Aleksandra Bogulewska), lecz także – jej matka, Pani James (Joanna Jędrejek) oraz opiekun Ray (Łukasz Stawowczyk).

Sytuacja Beatrycze (bo tak w istocie nazywa się bohaterka) jest niezaprzeczalnie tragiczna, ponieważ tragedią jest nie móc żyć pełnią życia. Myśl ta wybrzmiewa również dość dotkliwie w spektaklu, nie będąc przy tym jednak nachalną i zasadniczą. Kluczowe w sztuce są bowiem różne próby, które podejmują bohaterowie w obliczu beznadziei. W szczególności zaś próby zrozumienia i zaakceptowania drugiego człowieka takim jakim jest. To przesłanie, wedle którego ludzie pragną: być dla siebie dobrzy i poświęcać sobie nawzajem swój czas jest absolutnie podnoszące na duchu i też, najpewniej, potrzebne nam wszystkim.

Każdy z bohaterów sztuki radzi sobie ze wspomnianą tragedią inaczej, na swój sposób; są to zupełnie różni ludzie, których łączy przede wszystkim dana sytuacja. Warto w tym miejscu, po pierwsze – zaznaczyć, że żadnej z postaci nie sposób nazwać tragiczną, mimo że takie określenie sugerować mogłyby okoliczności; po drugie zaś – zauważyć, że bohaterowie nie są jednowymiarowi, a więc co się z tym wiąże – ewoluują w trakcie spektaklu. I tak: Pani James, pozornie – ułożona i surowa matka Beatrycze, okaże się być jednocześnie kobietą dowcipną i nieobojętną na uczucia innych; Ray będzie się natomiast otwierać coraz bardziej, z każdą kolejną minutą przedstawienia. Co się zaś tyczy samej Bei, to przez większość sztuki widzimy ją przykutą do łóżka, lecz wciąż, na swój sposób, przebojową; niekiedy jednak dane nam jest zobaczyć więcej, czyli Beę niespokojnie poruszającą się w rytm muzyki, czy też – radośnie wspinającą się po ramie łóżka. A więc – Beę taką jaka jest ona wewnątrz.

„Bea" to spektakl wielopłaszczyznowy, nie tylko pod względem budowy postaci; mamy tu także niejednokrotnie do czynienia ze zjawiskiem „teatru w teatrze". Na przykład, zaaranżowane przez Raya końcowe sceny „Tramwaju zwanego pożądaniem" Tennessee Williamsa są dość znamiennym i cennym uzupełnieniem „właściwej sztuki" rozgrywającej się na deskach radomskiego teatru. Potrzeba otwartości na drugiego człowieka, także takiego o odmiennej od naszej wrażliwości; słowem – na każdego człowieka – jest w „Bei" kluczowa, ale też i piękna, bo realizowana.

W tym przedstawieniu, każdy z bohaterów ma prawo do bycia sobą i do wyrażenia siebie takim jakim jest w istocie. Jest to możliwe dzięki owym różnym płaszczyznom, na których spektakl się rozgrywa – podstawową jest jednak rzeczywistość, skupiona wokół chorej Bei; nieodłączne temu światu przedstawionemu są lekarstwa, karmienie czy kąpanie, ale też rozmowy. To dzięki nim, tytułowa Bea daje się poznać jako nieprzeciętnie inteligentna dziewczyna, bawiąca się słowem (gratulacje należą się tłumaczce tekstu Gordona, Kamili Jansen) lecz także znająca wartość tego słowa; jest ono bowiem jej najważniejszym w tym świecie narzędziem wyrazu. Dowodem na to jest list do matki, o którego spisanie, bohaterka poprosi na początku sztuki swojego opiekuna. Ta wiadomość, będąca świadectwem jej uczuć wobec rodzicielki, ale i wyrazem własnej woli, odciśnie piętno zarówno na Pani James, jak i na Rayu, lecz – niejednakowe. Dla każdego z nich będzie się ona bowiem wiązać z czymś innym; przede wszystkim zaś dlatego, że charakter ich relacji z Beą jest odmienny. Te różne perspektywy widzenia i odczuwania jednej, określonej sprawy są przedstawione w spektaklu wyśmienicie, ponieważ żadna z nich nie bierze góry nad drugą. Wszyscy trzej bohaterowie, wraz ze swoimi decyzjami i wątpliwościami, znajdują nasze zrozumienie; razem z nimi – współodczuwamy.

Nie ulega wątpliwości, że sztuka ta stanowi ogromne wyzwanie dla aktorów; zarówno ze względu na specyfikę bohaterów, jak i konieczność współpracy z elementami nietuzinkowej scenografii, za którą odpowiada Anita Bojarska. Każda z kreacji aktorskich jest jak najbardziej udana. Duet, jaki tworzą na scenie Aleksandra Bogulewska i Łukasz Stawowczyk – postaci, których relacja jest w spektaklu pierwszoplanowa, zasługuje na szczególne uznanie. Tym młodym aktorom, bez dwóch zdań, po mistrzowsku udało się uchwycić nieoczywistość, złożoność, a przede wszystkim – mądrość i ciepło więzi swych bohaterów, która rodzi się na naszych oczach.

Jest to więc spektakl, wznoszący się w swym przedstawianiu życia ponad trywialną banalność; dotykający nas najczulej, nie tylko ze względu na historię, którą opowiada, ale i szczególną wrażliwość, na której jest oparty i emocje, które wywołuje. „Bea", w rytmie muzyki Piotra Salabera oraz piosenek Franka Sinatry i Lady Gagi, to spektakl konieczny nie tylko do zobaczenia, ale też i – do przeżycia.

Patrycja Małek
Dziennik Teatralny Radom
15 lutego 2019
Portrety
Andrzej Bubień

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...