Beckett w Polskim. I co teraz?

"Szczęśliwe dni/Końcówka" - reż. Antoni Libera - Teatr Polski w Warszawie

Na pozór jak zwykle u Becketta: klasyczny model o znanych składnikach (postaciach), które w jego laboratorium dramatu przechodzą próbę zakłócenia układu. To nie jest świat naśladujący rzeczywistość, ale inny wykreowany schemat. Sprowadza on do elementów podstawowych napięcia między ludźmi pozostającymi ze sobą w z góry określonym związku (żona-mąż, podwładny-zwierzchnik, syn-rodzice). Jakkolwiek by próbować tego uniknąć, układ zawsze zmierza w jednym kierunku - osiągnięcia stanu równowagi, czyli dramatycznego samounicestwienia

Tak też jest w "Szczęśliwych dniach" i "Końcówce", dramatach odchodzenia. Pierwszy rozgrywa się w bezkresnej, wyludnionej przestrzeni, drugi w klaustrofobicznym wnętrzu, gdzie wegetują być może już ostatni rozbitkowie ze zdegenerowanego świata. W pierwszym gangrena toczy naturę, w drugim umiera kultura. Dwie przestrzenie po raz pierwszy w takim zestawieniu w jednym spektaklu, a wynik taki sam.

A jednak tym razem Beckettowski model spotyka się z intencją przywołania teatralnego maga, Zbigniewa Zapasiewicza. I rzecz nie w deklaracji intencji, którą twórcy spektaklu składają, dedykując go pamięci Zapasiewicza, "naszego Mistrza i Przyjaciela". Nawet nie w tym, że w teatralnym westybulu zagościła skromna wystawa pamiątek: zdjęcia i kostiumy Zapasiewicza z ról granych w Polskim, zdjęcia z pamiętnego spektaklu Teatru Powszechnego "Zapasiewicz gra Becketta", a także jego zegarek, nieukończona krzyżówka. Rzecz w tym, że pytanie Winnie (Olga Sawicka): "I co teraz?", zadawane po każdej sekwencji codziennych czynności, to także pytanie do nas, a przede wszystkim osieroconych najbliższych, przyjaciół aktorów, reżysera. Ta podwójna perspektywa towarzyszy też finałowej scenie "Szczęśliwych dni", kiedy Winnie i Willie (Zdzisław Wardejn) patrzą na siebie po raz ostatni z poruszającą intensywnością.

Ten kontekst widoczny jest także w drugiej części. Oczywiście nie ma mowy o naśladownictwie, ale w kreacji Andrzeja Seweryna (Hamm) można dostrzec pewne podobieństwo techniki aktorskiej i sposobów na uruchomienie wyobraźni. Wprawdzie to Beckett nakazał Hammowi ziewać po przebudzeniu, ale Seweryn ziewa rozdzierająco, widowiskowo, można powiedzieć, że zapasiewiczowsko, a kiedy po rytualnym składaniu i rozkładaniu zakrwawionej chustki oznajmia: "Ja teraz gram", to z tą znajomą władczą siłą, którą odnajdywaliśmy w kreacjach Zapasiewicza. Hamm Andrzeja Seweryna to artysta pisarz trwający uporczywie przy ostatniej roli. Urywający się z łańcucha zniewolony Clov Jarosława Gajewskiego jest kuśtykającym widmem z umierającego świata. Wielki duet, zderzenie rozkapryszonego egocentryka z rozchwierutanym psychicznie niewolnikiem, rutynowa walka pana i sługi, toczona bez wiary w jej sens, ale z przyzwyczajenia do końca.

Beckett po raz pierwszy pojawił się na scenie stołecznego Teatru Polskiego i od razu z rezultatem artystycznie wyśmienitym.

Tomasz Miłkowski
AICT
16 lutego 2011

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia