Beka z beki

"Pomysłowe mebelki z gąbki" - reż. Mariusz Grzegorzek - Teatr Studyjny PWSFTv i T w Łodzi

"Pomysłowe mebelki z gąbki". Jak to ugryźć? Jak nie dać się zwieść pozornej śmieszności? Może tak: Mariusz Grzegorzek wciągnął dyplomantów aktorstwa w spektakl, który jest beką* z beki. O spektaklu w Teatrze Studyjnym pisze Łukasz Kaczyński.

Beka (ta pierwsza) jest jednak pozorna, wynika z rozumienia społecznych tendencji i konieczności zmiany języka, by o nich mówić. Jako forma powstaje ze zderzenia tego, co w kulturze niskie i "tanie": kampu, parodii, estetyki internetowych gatunków komunikacji: memów, autorskich kanałów na YouTube, z tym, co poważne i wysokie, np. z muzyką Davida Langa. Temu co niskie, nie odbiera zdolności komunikatu, to co wysokie i snobistyczne pozbawia cokołu. Jeśli pod bekę (drugą) wstawimy ekspansywną części kultury, trywialną w treści, masową w zasięgu, która nie tylko niczego nie traktuje poważnie i przestaje być nośnikiem postaw, katalogiem wspólnych, nienaruszalnych (nie znaczy: niedyskutowalnych) wartości, która z kultury dialogu staje się kulturą monologu, to zrobi się jaśniej. Skoro nic co wspólne nie jest (po)ważne, ja sam staję się ważny - ale tylko dla siebie. Nas przecież nie ma.

Nie można więc odbierać "Mebelków" tylko wprost, "na serio" i "moralistycznie". To uczyni nas kimś na kształt pochłaniacza bredni lub sędziego - widza prawdziwych "Nabrzmiałych problemów", parodiowanego na scenie formatu reality show. Trzeba łączyć kolejne poziomy wypowiedzi: literalne znaczenie scen, podważającą je przesadę, szerszą wypowiedź o kulturze, metateatr - autorefleksję o języku teatru. I takie trudne, piętrowe zadanie dostali dyplomanci - przeginają, by kpina ułożyła się w poważny komunikat. Są więc ekstremalnie prześmiewcze sceny rozwiązywania obyczajowego "problemu" licealisty Patryka i jego nieskorej do brania pigułek antykoncepcyjnych sympatii Sandry (to zaczyna kryzys ich związku). Dyplomaci wchodzą i wychodzą z roli, dyskutują z dźwiękowcem, grają studentów pragnących ról i młodych "bohaterów", ekipę TV i widzów-podglądaczy - ale te sceny im się nie kleją. Jednocześnie lekarz konował - w którym matka Sandry widzi tyle autorytet, co autora prostych rozwiązań społecznych problemów z odpowiedzialnością, dojrzałością, partnerstwem i seksualnością - bezmyślnie przepisuje dziewczynie pigułki.

W kontrze do "nabrzmiałych problemów" są "kameralne" sceny wyprowadzone z etnograficznej pracy sprzed stu lat o zwyczajach na Huculszczyźnie - ujęte w rodzaj wspomnienia o minionym ideale, marzenia o formie, która działała. Ciekawa jest perspektywa - ten lament "duchów" staje się dla widza głosem z przyszłości wspominającymi utraconą (teraźniejszą dla widza) wspólnotę. Kultura Hucułów, nawet jeśli jawi się jako kuriozalne połączenie zabobonu z chrześcijaństwem, osadzała w czasie, w miejscu (naturze) i wobec świata. Kultura beki nie służy niczemu, co wspólne. Pochodną tego - zdaje się mówić Grzegorzek - są nasze codzienne "nabrzmiałe problemy", "spory o Polskę"; patrz scena, gdy pod pomnikiem a la smoleńskim okrzyki "Konstytucja" łączą się z "Goła dupa", a jedni drugim wyciągają przeszłość w SB. Dlatego, gdy spod pomnika ukazuje się postać młodego człowieka (pomnik ożywa?- to ciekawa dwoistość tej sceny), jest rozczarowany zebranymi u stóp cokołu - jakby niczego nie rozumieli: szacunku dla majestatu śmierci, dla zmarłych, którzy uzmysławiają jak kruche są pewne wartości. Zamiast wsłuchania się w siebie liczą się dissy**. To tylko zrogowaciały naskórek naszej codzienności - mówi reżyser - problem tkwi głębiej, lecz o nim nie mówimy.

Jako całość "Mebelki", ze swoją nietradycyjną dramaturgią, zdają się rozpadać w dłoniach, są niezborne, nieudane, na taśmę i ślinę sklejone. Są szukaniem języka, który łączy różnych widzów - nawet za cenę amorficzności. Nawet sceny w duchu "Grzegorzkowe": statyczne zbiorówki, chóry, czarne folie i foto-projekcje, ze swoją elegijnością są testowaniem języka. Dopiero w ostatniej scenie dostają kopa - to idiom Grzegorzka, ale oddany w ręce studentów, na rzecz ich prywatnej nie-aktorskiej wypowiedzi (dlatego, łamiąc teatralność, do zagrania na żywo na akordeonie poproszony jest Leszek Kołodziejski, dotąd obsługujący w cieniu różne maszyny grające). "Ballada o smutku" zamyka ten spektakl mówiący głównie o kobiecości niewypowiedzianym pytaniem o męskość dziś. Zamyka dwuznacznie: wobec jej braku wskazuje męskość silną, ciemną, ale też bezmyślnie porywczą, krzywdzącą, sprowadzającej klęskę na rodzinę - ród. Nieśmieszny finał śmiesznego spektaklu.

Słowniczek:

* w slangu internautów coś śmiesznego, ubaw, wyraz określający rozbawienie

** od ang. disrespect: w muzyce rap - atak słowny kierowany na konkretną postać / artystę

Łukasz Kaczyński
www.e-kalejdoskop.pl
5 lutego 2019

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia