Bez prawa do apelacji

"Skazany na bluesa" - reż. Arkadiusz Jakubik - Teatr Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach

Filmowo? Ależ skąd! Tylko dlaczego scenariusz jest ten sam i tytuł się nie zmienił? Przed premierą reżyser Arkadiusz Jakubik, mówił przecież, że tekst to tylko punkt wyjścia. Prawdę ubarwił, ale nie kłamał. Teatralna adaptacja znacząco różni się od tego, co w 2005 roku zaproponował Jan Kidawa-Błoński. I nie mam tu na myśli tylko różnic wynikających ze specyfiki medium.

„Skazany na bluesa" w Teatrze Śląskim to pierwsza w Polsce próba przeniesienia na deski teatralne historii charyzmatycznego wokalisty Dżemu - Ryśka Riedla. Legenda polskiej muzyki rockowej na tapecie, rekordowa suma pieniędzy przeznaczona na realizację przedsięwzięcia, a co za tym idzie nieunikniony szum medialny – w takiej atmosferze oczekiwania rosną. Nakręca się spirala marketingowa, przewidywalny widz idzie „na tytuł", myśląc, że skoro film był świetny, to spektakl pewnie też taki będzie. A jeżeli nie, to przecież i tak należałoby porównać obydwa.

Porównanie niestety nie wypada na korzyść teatru, bo inscenizacja Jakubika to raczej koncert przerywany scenkami rodzajowymi, aniżeli spektakl przeplatany piosenkami. I chcociaż przeboje Dżemu są dobrze dobrane do toku narracji, to właściwie zdominowały całkowicie część dramatyczną. Poziomem artystycznym, siłą wyrazu, emocjonalnością. Zespół obecny na scenie, nieśmiertelne songi i niesamowity wokal Tomasza Kowalskiego naprawdę robią duże wrażenie. Jakubik organizując casting do roli Riedla mógł przecież wybrać aktora, który przeciętnie śpiewa. Wybrał amatora z muzycznym zacięciem i chwała mu za to. Kowalski jest zwycięzcą IV edycji rozrywkowego programu „Must be the Music", liderem zespołu FBB, a w czerwcu ubiegłego roku premierę miał pierwszy jego singiel „Sen". Artysta zaskakuje, zwłaszcza tym, że na scenie radzi sobie, właściwie nie grając. Rysiek - chłopak z Chorzowa, dzięki emocjom, które Kowalski wkłada w kreowanie postaci, wydaje się bliższy, autentycznie zwyczajny. Warsztat aktorski, a właściwie jego brak, w tym przypadku wydaje się mieć znaczenie drugorzędne. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że w „Skazanym na bluesa" zbyt dużego pola do popisu nie ma, podobnie jak cała reszta obsady. Charaktery postaci są bardzo słabo zarysowane, w niektórych przypadkach tylko zasygnalizowane. Matka Ryśka (Alina Chechelska) występuje raptem w jednej istotnej scenie, a Gola (Ewa Kutynia) jest mało wyrazista. Tu warto odnotować całkiem niezłą rolę Darka Chojnackiego, który wcielając się w Indianera pokazał po raz kolejny, że grać potrafi.

Adaptacja jest nienajlepsza i dramatycza część kuleje. Na próżno szukać w niej pogłębionej analizy relacji między postaciami. Konflikt Ryśka z ojcem (Adam Baumann), kóry w filmie można uznać za jeden z wątków wiodących, tu nie ma początku i bez znajomości biografii artysty, trudno zrozumieć motywację działań bohaterów. Poza tym, dość oszczędne dialogi, w których razi gwara złamana czystą polszczyzną. Brak konsekwencji językowej osłabia wiarygodnośc przekazu. To tak, jakby aktorzy na chybił trafił wybierali kiedy mówić, a kiedy godać.  Koloryt lokalny wkrada się w język postaci przypadkowo. Ot, taki mało istotny ozdobnik i nic więcej. Na podobnej zasadzie funkcjonują w katowickim spektaklu persony z płócien śląskich malarzy prymitywistów. Postaci snują się po scenie bez ładu i składu, a ich obecność wydaje się być niczym nieuzasadniona. Kwestię ruchu scenicznego (Jarosław Staniek) pozostawię bez komentarza. Niemniej jednak pomysł z usytuuowaniem opowieści o życiu i śmierci Ryszarda Riedla na pograniczu dwóch światów, gdzieś pomiędzy sferą sacrum, a profanum jest całkiem dobry i interesujący. Szkoda, że drzemiący w nim potencjał nie został w pełni wykorzystany, a twórcy zbliżyli się do granicy z napisem śląska cepelia. I chociaż przepiękny plakat autorstwa Małgorzaty Orzechowskiej wskazuje na ingerencję w mit, to na katowickiej scenie nic takiego nie ma miejsca. Wręcz przeciwnie – Kowalski-Riedel zostaje (dosłownie!) postawiony na piedestale. Banał i kicz.

Skutkiem ubocznym, a może głównym, niepisanym celem twórców jest poczucie jedności i wspólnoty, którego może doświadczyć widz podczas widowiska za jakie bez wątpienia można uznać „Skazanego na bluesa". Sposób odbioru adekwatny do formy: akcja - reakcja, a nawet interakcja. Publiczność szaleje, jest show, scena zamienia się w estradę...Wspólnotowość - może właśnie w tym tkwi siła tej adaptacji?

Wyrok już zapadł. Publiczność zakłada togę sędziowską, a po entuzjastycznym przyjęciu niebezpiecznie zbliżającym się do stanu ekstazy zbiorowej widać, że spektakl jest skazany na sukces. Mord na sztuce dramatycznej to przecież żadna zbrodnia, kiedy dowody zamiata się pod dywan utkany z czystych dźwięków i płynącej z serca muzyki. Krytyk w roli adwokata diabła nie ma prawa głosu. A ponieważ widz jest najwyższą instancją, prawa do apelacji też nie będzie - Teatr Śląski ma w repertuarze kolejny hit i może już liczyć zyski z biletów.

Magdalena Tarnowska
Dziennik Teatralny Katowice
24 marca 2014

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia