Bez ryków, bez szaleństw

"Ślub" - reż: Waldemar Śmigasiewicz - Teatr Miejski w Gdyni

"Tak, >Ślub< jest i senny i pijany i szalony, ja sam nie umiałbym odczytać go w całości, tyle tu mroku. I ma rację reżyser, który pozwala tej sfinksowej formie kształtować się dowolnie, ryczeć, szaleć, dbając jedynie o jakąś prawie muzyczną jedność tego ceremoniału" - pisał o swym dziele Witold Gombrowicz. Niestety, widzowie, którzy w piątkowy wieczór przybyli do Teatru Miejskiego w Gdyni, pomimo ryków i szaleństw, które co rusz wstrząsały sceną, byli świadkami raczej zachowawczej inscenizacji "Ślubu" Witolda Gombrowicza.

W spektaklu Śmigasiewicza przestrzeń, w której – używając słów Gombrowicza – ludzkość ma przejść od Kościoła Boskiego do Kościoła Ludzkiego jest wyjątkowo surowa i ciemna. Scenografia autorstwa Macieja Preyera to jedynie szkielet „spodlonego”, zamienionego w gospodę domu rodzinnego Henryka: kilka krzeseł, ławka, leżący przy brzegu sceny głaz. Równie mroczna i niepokojąca jest muzyka Krzesimira Dębskiego – podsyca ona oniryczną atmosferę spektaklu, odrealnia sceniczną przestrzeń, przyciemnia i tak wszechobecny w przedstawieniu mrok. 

W takiej scenerii pojawiają się w przedstawieniu Śmigasiewicza jego pierwsi bohaterowie: Henryk (Rafał Kowal) i Władzio (Maciej Sykała). Zastają oni świat zdeprecjonowany, spodlony: kraina dzieciństwa Henryka zamieniła się w plugawą gospodę, jego wybranka serca, narzeczona Mania straciła niewinność i stała się „zdeptaną” karczemną dziewką. Jednakże – nawet w najbardziej plugawym świecie znajdzie się miejsce dla króla. I to nie jednego… Najpierw do rangi władcy najwyższego zostanie wyniesiony (a raczej wyniesie sam siebie) nękany przez Pijaków ojciec, później – jego los powtórzy syn Henryś. W międzyczasie pojawi się „król” inny, którego niewinny „palic” („w sam raz do dłubania w nosie”) uświadamia bohaterom kreacyjno-niszczycielski potencjał drzemiący na dnie ludzkiej duszy.

Wykreowany przez Śmigasiewicza świat (sen?) wydaje się być miejscem idealnym dla wybuchu „bomby” (jak określił kiedyś swój dramat Gombrowicz). Oglądając spektakl można odnieść wrażenie, iż jego twórca stara się jeszcze bardziej odrealnić i nasycić niepokojem czasoprzestrzeń stworzoną przez Gombrowicza. Ojca (Bogdan Smagacki) czyni ukrzyżowanym Chrystusem, rozszczepia postać Matki (grają ją Dorota Lulka i Olga B. Długońska), Pijaków kreuje na podobieństwo upiorów, żywych trupów (pobielone twarze, nienaturalne pozy i gesty), Mania zaś w jego interpretacji to albo drgająca konwulsyjnie, łkająca histerycznie pra-cielesnosć (Katarzyna Bieniek), albo zrezygnowana, operująca głosem-echem staruszka (Małgorzata Talarczyk). Pomimo tego „bomba” nie wybucha….Dlaczego?

Jedną z przyczyn jest tu chyba – niestety – dość słaba gra aktorska kreującego głównego bohatera Rafała Kowala. Henryk w jego wykonaniu nie sprawia wrażenia postaci, której głównym problemem jest niemożność określenia samego siebie, która staje się Królem, Bogiem próbującym stworzyć Kościół Ludzki, w którego centrum będzie on sam, w którym on będzie punktem odniesienia dla wszystkich i wszystkiego. W spektaklu Śmigasiewicza nie czuć zupełnie tego silnego, nabrzmiałego wręcz niepokojem związku pomiędzy Henrykiem a Władziem i Pijakiem; pierwszy z nich to „normalny” i normalność zatwierdzający aspekt rozchwianej osobowości głównego bohatera, drugi – jej wymiar szatański, mroczny. Wypełniona wibrującymi głosami szepczącymi modlitwy przestrzeń sceniczna zapowiada wiele – zapowiada to, do czego „przyzwyczaił” nas Gombrowicz: podróż w najbardziej anarchiczne, mroczne zakamarki ludzkiego jestestwa. Tymczasem hipnotyczne modlitwy zamieniają się we wrzaski, parskania i piski, a obiecywana podróż kończy się na peryferiach „jądra ciemności”.

Więc „Ślub” na scenie powinien stać się górą Synaj, pełną mistycznych objawień, chmurą, brzemienną tysiącem znaczeń, rozpędzoną pracą wyobraźni i intuicji, Grand Guignolem, obfitującym w igraszki, zagadkową missa solemnis na przełomie czasów u stóp niewiadomego ołtarza
– napisał o swym dziele Gombrowicz. „Msza” Śmigasiewicza pełna była ryków i wrzasków, jednak czy na pewno były to te, o które chodziło Gombrowiczowi?

Anna Jazgarska
Dziennik Teatralny
25 października 2010

Książka tygodnia

Biała jak mleko, czerwona jak krew
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Alessandro D'Avenia

Trailer tygodnia

Romans wschodni
Victoria Vatutina i Olga Bilas
Koncert spina w harmonijną całość kla...