Bezgłowie

"Śmierć Dantona" - reż. Barbara Wysocka - Teatr Narodowy w Warszawie

Barbara Wysocka chyba nie wiedziała, co chce "Śmiercią Dantona" osiągnąć. Trudno o większe zaskoczenie z ostatniego czasu. Barbara Wysocka przyzwyczaiła nas do czegoś innego. Jej dotychczasowe realizacje, choćby "Juliusz Cezar" sprzed dwóch lat, czerpały jednak sporo z szeroko pojętej postdramaturgii. "Śmierć Dantona" Büchnera, którą Wysocka wystawia teraz w Teatrze Narodowym, rozgrywa się zaś na przekór jej samej, za to z poszanowaniem gustów konserwatywnych, ale w rozrachunku końcowym - ze stratą dla wszystkich.

Na dużej scenie Narodowego ustawiono trzykondygnacyjną konstrukcję. Jej najważniejszym elementem jest ciągnąca się przez wszystkie piętra, pokryta rdzą i krwią rynna, po której stoczą się głowy zgilotynowanych. W ostatniej scenie radykał Robespierre (Przemysław Stippa) ze stoickim spokojem będzie zrzucał na nią kolejne ścięte głowy, jakby był zwykłym operatorem tej okrutnej machiny. Umiarkowany Danton (Oskar Hamerski) patrząc na to z dołu, również spokojny, ujrzy, do czego za każdym razem prowadzi rewolucja.

Ten ostatni obraz spektaklu zapamiętam. Jest w nim chłód, rezygnacja i rozczarowanie, nawet obrzydzenie tym, że puenta okazuje się oczywista. Przesyt banałem życia. Widać to w spojrzeniu Dantona, który swej spadającej głowie przygląda się, leżąc zmęczony niczym po uczcie. Jest przy nim żona Julia (interesująca Wiktoria Gorodeckaja). To mocna klamra, bo pierwsza scena przedstawienia rozgrywa się w domu uciech.

Ale wszystko, co dzieje się pomiędzy, to teatr pustej retoryki. Owszem, Hamerski i Stippa dostają swoje szanse na filozoficzne tyrady, chwilami walczą o coś więcej, korzystając z politycznego potencjału dramatu, czasem z ironii, lecz nie są w stanie się uwiarygodnić, zwłaszcza gdy w drugim planie oglądamy też kryminał reżyserowany najprostszymi sposobami. Stronnicy Robespierre'a spiskują w szarych garniturach, funkcjonariusze systemu, dla których polityka sprowadza się do podliczania ofiar i wydawania rozkazów. To fatalne uproszczenie, a i spektakl byłby mocniejszy, gdyby wszyscy zostali w kostiumach od Büchnera. Wysocka najprawdopodobniej po prostu nie wiedziała, jak ożywić ten pisany trudną frazą dramat z 1835 r. I po co te współczesne telefony, maszyny do pisania? Przecież Wysocka zaczyna i kończy zupełnie inaczej. Przeczuwaniem śmierci. Kontrastem między słodyczą życia a nieuchronnością zmierzchu.

Przemysław Skrzydelski
wSieci
20 lutego 2018
Portrety
Barbara Wysocka

Książka tygodnia

Macbeth
Wydawnictwo Dolnośląskie
Jo Nesbø

Trailer tygodnia