Bezradność w bezradnym teatrze dworcowym

"Produkt" - reż. Michał Rzepka - Teatr Gdynia Główna

Przyznam się, że jestem w nie lada rozterce. Mając słabość do ambitnych teatrów piwnicznych, zszedłem do piwnic dworcowych Teatru Gdynia Główna w Gdyni. Działa tutaj grono mocno zaangażowanych osób, realizujących spektakle dla różnorodnej wiekowo publiczności, oparte na poważnej literaturze i stałej miejskiej dotacji. Podobno ich teatr - zdaniem zagorzałych sympatyków i zaprzyjaźnionych recenzentów - wcale nie ustępuje pola profesjonalnym scenom Trójmiasta... Rzeczywiście - cena biletu była "profesjonalna". Chwilę potem ogarnęła mnie nieogarniona bezradność wobec tego, co oglądam i tego, co powinienem zrobić.

Po pierwsze - bezradność autora monodramu, znanego w latach 90-tych ubiegłego wieku "brutalisty", Marka Ravenhilla, wobec tematu, który sobie zadał. Napisał brutalny tekst "Produkt" na temat terroryzmu, ale żeby było satyrycznie i erotycznie, wymyślił narrację o pokrętnej miłości między Amerykanką a islamskim terrorystą; co programowo miało być niedorzeczne. Dodatkowo, chcąc zakpić z mentalnych postaw, stereotypów i przekłamań na ten temat oraz dopiec mass mediom koloryzującym po kupiecku wszystko, co się da sprzedać, pokazał nam tę historię poprzez relację między aktorką (Oliwia) i producentem filmowym (James), opowiadającym, co znajduje się w scenariuszu jego nowego filmu, do którego chce zaangażować aktorkę, jako kochankę terrorysty. On cały czas gada, a ona słucha... Mamy uwierzyć, że to pazerni na forsę i frekwencyjny sukces filmowcy manipulują i uwodzą widzów fałszywym obrazem zagrożenia terrorystycznego. Co poważnie myśli o terroryzmie Mark Ravenhill - nie wiemy.

Po drugie - bezradność reżysera, Michała Rzepki, wobec takiego materiału literackiego i zaangażowanych do takiej roboty aktorów. Reżyser nie mógł się zdecydować w jakiej wyrazistej i spójnej konwencji teatralnej chce zrealizować swój spektakl. Czy to ma być dramat psychologiczny, groteska, "czarna komedia", kabaret, stand-up Mamy więc materii stylistycznej pomieszanie. Nie potrafił poprowadzić aktorów, pomóc im zbudować określone postaci, uwiarygodnić działania sceniczne. Tworzenie właściwych relacji i kontaktów między partnerami w grze scenicznej, przy dramaturgicznym założeniu, że aktor mówi cały czas, a aktorka wyłącznie milczy i aktywnie słucha, jest niezwykle trudne i wymaga profesjonalnego warsztatu. Są fragmenty, gdzie aktor-James wchodzi w rolę reżysera, stawiając aktorce-Oliwii zadania do wykonania, prowokując do reakcji. Efekt jest taki, jakby Michał Rzepka, podający się publicznie za reżysera, nigdy nie oglądał, jak wygląda prawdziwa próba i jak reżyser pracuje z aktorami, co podważa sceniczną wiarygodność tych scen. Powstaje wrażenie, że para aktorów została puszczona samopas, a reżyser... w Berdyczowie.

Po trzecie - bezradność aktorów, Wojciecha Jaworskiego (główny bohater) i Zofii Nather (żeńskie tło), ma swoje źródło w potencjale na poziomie zaledwie amatorskim. Nie jest winą (raczej - nieświadomością) Wojciecha Jaworskiego, że uwierzył, iż producent filmowy, kiedy opowiada o swoim scenariuszu, to wpada w tokujący trans, rozsadzają go emocje, zachowuje się jak wariat i zapomina o obecności partnerki; tak go nakręca własne dzieło... Chory psychicznie wizjoner? Spotęgowana ekspresja aktora, krzykliwość, chaos gestyczny, monotonia w tempie i rytmie mówienia, przekładanie emocji na tłamszenie i ciskanie różowymi workami sako, niszczenie krzesła dało efekt w postaci dużych plam potu pod pachami. Ponadto - Wojciech Jaworski nie znalazł środków wyrazu, żeby oddzielić od siebie dwie różne postaci, które miał wykreować: producenta i terrorysty. Próbował zmieniać głos. Za mało. Zapatrzony w swoje "granie", zgubił sceniczną partnerką. Zofia Nather (Oliwia) nie bardzo wiedziała, co ma robić przy tak ekspansywnym partnerze. Starała się słuchać, co opowiada, uśmiechała się dyskretnie, przemieszczała się zgodnie z wolą kolegi; widać było, że znalazła się tutaj przypadkowo... Jaka tam z niej amerykańska gwiazda filmowa!

No i jak przystało na "brutalistyczny" spektakl na podstawie brutalistycznej sztuki brutalistycznego autora, musiały się ujawnić tzw. momenty. Akt kopulacyjny na białej kanapie okazał się zgoła nie brutalistyczny z powodu małego uświadomienia seksualnego aktora i aktorki. A i jak to zrobić przez rajstopy, żeby zrobiło wrażenie... Pokaz jak się "ciągnie laskę" był bardziej przekonujący. Że nie wspomnę w detalach o słowach na "ch" i "k"...

Przed awersją uratowała mnie wszechobecna nuda, rozsnuwająca szczelną kurtynę między sceną a widownią. Po co ten Ravenhill w tej piwnicy? Po co tyle nie zagospodarowanego teatralnie wysiłku i potu? Po co? I tutaj - moja bezradność: nie sposób walczyć z takim zaangażowaniem i fascynacją teatrem, bo one same w sobie są wartością... A wtedy moje "po co" - na co? Pewnie to wszystko dlatego, że zszedłem za nisko na dworcu.

Józef Jasielski
teatrdlawas.pl
9 marca 2016

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia