Biurowe zarękawki, spod których widać piżamę

"Tworki" - reż. Paweł Kamza - Teatr Polski w Szczecinie

„Jutro wtorek, więc do Tworek!" – rozpoczyna swoją opowieść Jurek (główny bohater spektaklu „Tworki" opartego na powieści Marka Bieńczyka), a widzowie wizualizują sobie, że za chwilę zostaną zabrani na szpitalny oddział, gdzie w kaftanie bezpieczeństwa, pośród drzwi bez klamek zostaną zmuszeni do zmierzenia się z obłędem. Na miejscu okazuje się jednak, że teren szpitala to ostatnia przestrzeń niedotknięta chorobą, która trawi już cały świat.

'Tworki", wyreżyserowane i opracowane scenograficznie przez Pawła Kamzę dla szczecińskiego Teatru Polskiego, to monodram opowiadający o losach dwudziestoletnich Polaków i Żydów, którzy wczesną wiosną 1943 roku zgłaszają się do pracy w buchalterii szpitala dla psychicznie i nerwowo chorych w podwarszawskich Tworkach. Bohaterowie wierzą, że za szpitalnymi murami bezpiecznie i w miarę komfortowo przetrwają hitlerowską okupację. Placówka pozostaje wprawdzie pod zarządem Niemców, ale członkowie personelu znają różne (nierzadko zatajane przed sobą nawzajem) sposoby na obłaskawienie dyrektora Honette i strażnika Kaltza. Księgowi, pielęgniarki, ich przyjaciele oraz pacjenci, noszący zabawne przydomki (jak: Rubens, Goethe, Antyplaton, Kleopatra czy Vivaldi) odwołujące się do ich charakterów i nawyków, spędzają zatem kolejne ciepłe miesiące na wspólnych spacerach żwirowymi alejkami, dyskusjach, grze w piłkę, uroczystym świętowaniu urodzin przy kieliszku nalewki od cioci Ireny lub układaniu i recytowaniu wierszy. Czują się wolni i szczęśliwi w swoim małym azylu, o którym na chwilę zapomniał cały świat. Pewnego dnia choroba wojny dociera jednak i za wysokie mury szpitala. Jej wirus zostaje tam przywleczony przez niemiecką żonę dyrektora, wraz z jej podejrzliwym spojrzeniem i niepozornym patefonem wygrywającym świąteczne melodie. Spod eleganckich biurowych zarękawków zaczynają wtedy nagle wystawać piżamy, a przyjaciele kolejno rozpływają się w powietrzu, pozostawiając po sobie tylko pożegnalne listy.

Historię zawartą w „Tworkach" (dodajmy– głęboko metaforyczną, filozoficzną i rozgrywającą się między słowami, na skraju niezwykle wybujałych, „niespieszących się do kropki" zdań Bieńczyka, prowadzonych idiomatyczną, tłustą frazą) przedstawia i ubogaca własnymi anegdotami Marek Żerański, który samodzielnie zaadaptował głośną powieść do formy teatralnej. Aktor wciela się naprzemiennie w rolę pięciu różnych postaci: księgowego Jurka (który w wykonaniu aktora raz jest „Jureczkiem-wporządeczkiem", a raz „Jurkiem-burkiem", „Jerzym-nieświeżym", „Jurkiem-nurkiem" lub „Jurkiem-furkiem"), pracownicę administracji Sonię, pacjenta Antyplatona, drugiego księgowego Marcela oraz Olka (przyjaciela Jurka i ukochanego Sonii). Każda przemiana jest akcentowana za pomocą świetnie ogrywanego, skromnego rekwizytu lub eksponowanego przez aktora elementu stroju (nadejście Sonii symbolizuje na przykład kolorowa apaszka, którą Żerański na zawołanie zamienia to w pacynkę, to w instalację, to w atrybut zwyczajowo potrząsającej nią damy) i następuje nagle, w trakcie swoistego „tanga" tańczonego w ogromnym tempie na trzech różnych podwyższeniach. Metamorfozy, nowe wątki, gwałtowne zmiany dekoracji i migotanie szybko prześlizgującego się po zupełnie ciemnej scenie światła ani na chwilę nie ucinają zawiłego monologu. Z nieomal szaleńczego rytmu nie wybijają aktora nawet pozorne przerwy, podczas których lawiruje on między stolikami, częstując publiczność winem (nawet ten gest nie jest przypadkowy – ujawnia on bowiem, głęboko ukrytą w warstwie fabularnej, cichą obecność autora, który słynie z pasji do tego właśnie trunku).

Co warte podkreślenia, drobne gesty Żerańskiego i przemyślana choć ascetyczna scenografia, niepostrzeżenie zamieniają spektakl w interaktywną grę. Widzowie przyłapują się na – nieomal nieświadomym – odgrywaniu roli pacjentów szpitala w Tworkach. Ich ustami śpiewają Sonii „Sto lat!" i zdmuchują świeczki na jej urodzinowym torcie, ich dłońmi rozsypują konfetti czy rozrzucają serpentyny. Jednakże nawet mimo tego wsparcia Żerański daje z siebie wszystko, angażując się w występ w stopniu, jakiego nie miałam chyba jeszcze okazji zaobserwować u żadnego aktora grającego solo. Przepływające przez niego emocje naprawdę wywołują dreszcze!

Na koniec chciałabym wyrazić uznanie dla bardzo umiejętnej adaptacji utworu Bieńczyka. O trafnym wyborze poszczególnych wątków i dialogów niech świadczy fakt, iż opracowując postać Antyplatona, Żerański wykorzystał najbardziej wieloznaczne wypowiedzi bohatera. Pojawiający się na scenie Antyplaton najpierw wyznaje, że chorobliwy niepokój wywołuje w nim ów „straszny głos, krzyczący dookoła horyzontu, pospolicie zwany echem", a później stwierdza: „po co chodzić i cień rzucać na ziemię?", zabierając w ten sposób głos w dyskusji o jaskini Platona, a jednocześnie sugerując, że lepiej ukrywać się za murami szpitala i skrywać przed groźnym głosem – prawdopodobnie mówiącym po niemiecku – niż „wystawiać się na światło", narażając na śmierć.

Agnieszka Moroz
Dziennik Teatralny Szczecin
17 listopada 2017
Portrety
Paweł Kamza

Książka tygodnia

Aktorki. Odkrycia
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia