Blisko

"Kobiety bez znaczenia" - reż. Grzegorz Chrapkiewicz - Teatr Dramatyczny m.st. Warszawy

Słaby dramat daje pretekst dla świetnego aktorstwa. Tak bywa. Szkoda, że aktorki wybitne Halina Łabonarska i Małgorzata Niemirska pojawiają się ostatnio tak rzadko. Należą do zespołu warszawskiego Teatru Dramatycznego, więc zaskakujące jest już to, żeby pokazać, co potrafią, muszą pracować na literaturze o randze ćwiczenia, można by rzec elementarnego zadania. Muszą jeszcze coś udowadniać przed wejściem w prawdziwy teatr?

Monologi Alana Bennetta oryginalnie napisane dla BBC to dwie opowieści o kobietach inaczej rozumiejących codzienność albo o takich, którym tylko się wydaje, że ją rozumieją. Rzeczywistość jednak umyka schematom i próbom podporządkowania jej sobie przez własne fobie. Margaret Łabonarskiej chce istnieć dzięki wyobrażeniu siebie w oczach innych, życie marnuje na kolportowaniu nic nieznaczących opinii. Momentem przełamania staje się śmiertelna choroba. Łabonarska wchodzi w tę rolę, dodając do postaci realny dramatyczny rys kogoś, kto być może zmarnował większość swojego czasu. To więcej, niż proponuje tekst Bennetta gubiący się gdzieś między tkliwą opowieścią o cierpieniu kobiety, której nikt nie rozumie, a łatwym opisem samotności, która eksploduje w chwilach ostatecznych. Aktorka burzy tę konwencję, jej Margaret wygląda na kogoś, kto skrywa tajemnicę, którą chcemy rozwikłać. To trochę tak, jakby wraz z reżyserem Grzegorzem Chrapkiewiczem potraktowali tę rolę jako wynik życiowych doświadczeń kobiety, która ma za sobą doświadczenia z dramatów Ibsena czy Millera. Efekt jest poruszający, pytanie tylko, czy warto koniecznie się brać do Bennetta po to, by wybić się przed nim na niezależność.

Irene Niemirskiej to z kolei przypadek działający nieco w drugą stronę. Uwięziona w pułapce donoszenia na ludzi dookoła siebie w końca trafia za kratki, by dopiero za nimi otworzyć się na prawdziwe życie, by nauczyć się go na nowo. W swojej śmieszności Niemirska wzrusza mocniej niż Łabonarska, lecz to rola inna: oparta na naszych skojarzeniach i stereotypach dotyczących nieznośnych charakterów. Jednak także świetna, pokażcie mi, gdzie dziś mogę zobaczyć takie sceniczne przeobrażenia na miarę niezobowiązującej aktorskiej miniatury. Ale czy coś łączy Margaret i Irene w tych dwu propozycjach? Chyba paradoks: samotność w różnych objawach prowadzi do zaskakujących finałów, lecz sam koniec nie zmienia już za wiele. To zawsze historie nie do zauważenia w tłumie. Konteksty Bennetta są łatwe do wychwycenia, jednak chciałoby się je ułożyć w bardziej wymagającą rozmowę o życiu. W zamian dostajemy aktorstwo, które warto poobserwować z bliska. Z bardzo bliska.

Przemysław Skrzydelski
wSieci
2 marca 2016

Książka tygodnia

Utalentowani jak Nardelli
Sekcja Krytyków Teatralnych ZASP
red.: Anita Nowak, Krystyna Piaseczna, Piotr Rudzki

Trailer tygodnia