Bliżej

Rozmowa z Natalią Fijewską-Zdanowską

Uważam, że celem sztuki jest zadawanie pytań. Może to zabrzmi górnolotnie, ale głęboko wierzę, że pogłębianie świadomości o nas samych i świecie daje nam szansę na bycie lepszymi i szczęśliwszymi ludźmi.

Z Natalią Fijewską-Zdanowską - reżyserką i współtwórczynią warszawskiego Teatru Młyn, w rozmawia Justyna Jaworska.

Justyna Jaworska: Powiedzmy parę słów o Teatrze Młyn. Założyła go pani z siostrami, Agata i Zuzanną, dwanaście lat temu. Dwie z was studiowały filozofię, jedna psychologię, żadna chyba nie skończyła szkoły teatralnej... - Zuza zrobiła egzamin eksternistyczny i ma papiery! (śmiech)
W każdym razie kontynuujecie rodzinną tradycję Fijewskich i tworzycie zanurzony w codzienności, kameralny i zaangażowany teatr "dla ludzi". Czy dobrze rozumiem wasze założenia?

Natalia Fijewska-Zdanowska - Zaczęłyśmy robić teatr jeszcze jako dzieci, na początku żadnych założeń nie było, raczej od razu działanie... Idea wykształciła się z praktyki, z kontaktu z widownią i z naszych i jej potrzeb mówienia o rzeczywistości wokół. Na pewno miały na nas wpływ tradycje teatralne w pokoleniu naszych dziadków, ale i to, że nasi rodzice są intensywnie pracującymi psychologami i terapeutami. Interesują nas ludzkie motywacje i uczucia, a także wymiar socjologiczny, społeczny teatru. Mamy jeszcze czwartą, najmłodszą siostrę, Mariannę, która co prawda nie związała się ze sceną, za to została dziennikarką i zajmują ją trudne społecznie tematy. To zabrzmi bardzo ogólnie, ale wszystkie mamy potrzebę przyglądania się światu, opisywania go, analizowania, "rozdrapywania", zadawania pytań...

Wasze przedstawienia to albo monodramy, albo sztuki z małą obsadą...

- To fakt, cztery osoby to już u nas bardzo dużo. To ściśle kameralny teatr.

Typowo "przenośny". Jeździcie po kraju?

- Niewiele, raczej gramy w naszej siedzibie na Starym Mieście. Jesteśmy silnie związane z Warszawą. Ale rzeczywiście tworzymy przedstawienia minimalistyczne, oparte na głębokiej pracy aktorskiej i współczesnym tekście. Nasze spektakle można określić jako dramaty psychologiczne (ale nie pozbawione dowcipu), oraz kameralne musicale - to moje dwie ulubione formy. Moją zasadą jest także, żeby teatr nie służył żadnym tezom, żeby nie konstruować manifestów, nie wykrzykiwać ze sceny własnych poglądów. Uważam, że celem sztuki jest właśnie zadawanie pytań. Może to zabrzmi górnolotnie, ale głęboko wierzę, że pogłębianie świadomości o nas samych i świecie daje nam szansę na bycie lepszymi i szczęśliwszymi ludźmi. W tym sensie uważam, że teatr ma misję poznawczą i taki teatr staram się uprawiać.

Wasze spektakle opowiadały dotąd o różnych sprawach: o kryzysie męskości, o alkoholu, o relacji matek i córek, o związkach, Oo pracy na zmywaku, o hipsterach i dresiarzach, o pannie młodej z prowincji...

- Pracując, korzystamy z naszych doświadczeń. Dlatego na przykład w naszych spektaklach przewija się temat napięć między prowincją a centrum - urodziłyśmy się w Warszawie, ale większość dzieciństwa spędziłyśmy na wsi, by jako dorosłe znów wrócić do stolicy. I wieś, i miasto postrzegamy niejako od wewnątrz i od zewnątrz. Sama Warszawa od lat złości mnie i wzrusza, ciągle się z nią mierzę i rozliczam. Kilka spektakli poświęciłyśmy kwestiom dojrzewania do bycia kobietą, kobiecym relacjom, granicom, zmieniającym się rolom kobiet i mężczyzn. Tematy ewoluują wraz z nami, teraz zajmuje nas mocno rodzina i rodzicielstwo. Trylogia "Gabinet", "Niedzielne popołudnie" oraz "Seks, rosół i pieluchy" opowiada o kondycji współczesnych rodziców,

O tym, co dzieje się we współczesnych rodzinach, w stałych związkach. Nasza publiczność, ta, która przychodzi od lat, też jest teraz mniej więcej na tym etapie życiowym. Wielu rodziców traktuje nasze spektakle jak terapię, przychodzą po kilka razy, śmieją się, płaczą.

Tymczasem tekst "Blisko" jest luźną trawestacją "Hańby" Coetzeego, czyli sięga po temat właściwie już klasyczny. Choć znowu gorący za sprawą ruchu #MeeToo i afery wokół Teatru Bagatela, prawda?

- To zabawne, ale w ogóle o tym nie myślałam. O Bagateli usłyszałam dopiero w trakcie prób, kiedy sztuka była już gotowa. #MeToo obserwowałam w internecie, ale z zasady nie angażuję się w żadne akcje społeczne i w ogóle nie myślałam o tym ruchu, przygotowując się do "Blisko". Dla mnie ten spektakl to opowieść o społecznych nierównościach i godności ludzkiej.

I o tym, gdzie leży granica realizowania naszych potrzeb. Zarówno wolny rynek, jak w ogóle myśl liberalna na różne sposoby mówi nam, byśmy się spełniali, realizowali siebie i że wszystko jest dozwolone, dopóki nie naruszamy cudzych granic. Tylko że ta druga strona nie zawsze te granice stawia: bo się boi, bo nie umie, bo nie ma nawet takiej świadomości... I to nie jest prawda, że wszystko nam wolno, dopóki ktoś nam jasno nie powie, że go krzywdzimy. Za-brnęliśmy w takie kapitalistyczne przekonanie, ale to mrzonka, ponieważ nie jesteśmy równi pod względem wiedzy, siły i możliwości - bo nie startujemy z takich samych pozycji.

W "Hańbie" mamy napięcia władzy i napięcia rasowe: nauczyciela akademickiego i ciemnoskórą studentkę. Tu - właściciela hurtowni i Ukrainkę, w relacji pracowniczej. Przy czy nie jest to ten sam typ bohatera.

- Bohater "Hańby", zdystansowany wykładowca, nawiązuje ryzykowną relację ze swoją studentką i nie potrafi się zatrzymać. Samotność i wyobcowanie sprawiają, że traci kontakt z własnymi emocjami i myli seks z miłością. Nam (z Januszem Łagodzińskim, który gra Zenona) zależało na tym, by korzystając z cech bohatera "Hańby", stworzyć postać bliższą polskiej mentalności, nawet swojską, takiego w miarę sympatycznego faceta. Janusz mówi normalnie, potocznie, zwraca się bezpośrednio do ludzi, patrzy im w oczy. Nawiązuje fajną relację z widownią. A potem powoli czujemy, że przegina. Ktoś z widzów powiedział, że uśmiech zamiera na ustach, że robi się nam jakoś dziwnie, głupio. Bo to, co dzieje się w sztuce, bierze się z naszych własnych przekonań, z naszego języka - nawet jeśli się nie uważamy za rasistów czy seksistów.

Kiedy Zenon popełnia występek, nie oskarża go żaden chór kobiet, po prostu stopniowo budzi się w nim sumienie. Sumienie to chyba w teatrze kategoria już trochę retro?

- W ogóle wartości są w teatrze retro. Ostatnio z moimi studentami Kursu Instruktorów Teatralnych w Teatrze Ochoty robiliśmy proste etiudy obrazujące cechy - okazało się, że najtrudniej pokazać te podstawowe, jak mądry, dobry, zły. Przestaliśmy je rozumieć, bo stały się relatywne. Nie działają bez kontekstu. I w tym sensie cała proza Coetzeego byłaby retro, bo to pisarz, który z jednej strony pokazuje właśnie taki zrelatywizowany świat, świat bez Boga, jak większość autorów współczesnych, ale z drugiej ma odwagę bronić tak staroświeckich wartości, jak chociażby godność istoty ludzkiej czy w ogóle żywych istot. Choć nie mamy żadnej gwarancji, że jest coś więcej, co by te wartości tłumaczyło. To chrześcijański w gruncie rzeczy kodeks, choć oparty jedynie na człowieczeństwie. Córka bohatera w powieści jest dla mnie taką współczesną, świecką świętą - zostaje skrzywdzona, ale przyjmuje to jako rodzaj pokuty za swoją uprzywilejowaną pozycję, rodzaj odkupienia nie swoich win. Córka Zenona (którą u nas gra Marianna Kowalewska), choć w innych warunkach, postępuje podobnie. Chciałam, żeby ten spektakl zadawał pytania o społeczne nierówności i o naszą odpowiedzialność za resztę świata - czy jest zasadna? Na czym miałaby polegać? I czy w ogóle jest możliwa?

Spektakl miał premierę w grudniu. Jak został odebrany?

- Niektórzy widzowie byli nim wstrząśnięci, choć przecież nie pokazujemy na scenie gwałtu, nie pokazujemy nawet ofiary, a o samym swoim czynie bohater opowiada delikatnie. Tyle tylko, że jest blisko... Szczególnie młode kobiety mówiły, że trudno im było tego słuchać. Ale zdarzyły się też głosy zaskakujące ze strony mężczyzn w średnim wieku i na stanowiskach: że w ogóle nie wiadomo, o co tu chodzi. Bo przecież nic takiego się nie stało, dziewczyna sama chciała, wzięła pieniądze, o co to wielkie halo?

Sytuacja jest niejednoznaczna. Kobietom wpaja się kulturowo, by wykorzystywały swoją atrakcyjność, a zarazem nie posuwały się za daleko. To bardzo umowne. Gwałt podlega kodeksowi, ale flirt to sfera obyczajowa, gdzie trudniej wyznaczyć granice.

- O tym wcześniej mówiłam: granicę musimy mieć w sobie, właśnie dlatego, że po drugiej stronie możemy jej nie rozpoznać. Po za tym wierzę, że każde zło ma przyczynę. I że nie wystarczy oskarżyć, trzeba jeszcze zapytać: dlaczego. Chciałam pokazać mojego bohatera głębiej, poszukać jego wewnętrznych motywacji, zobrazować jego samotność, opuszczenie przez żonę, frustrację życiem na prowincji, niespełnienie... Ta sztuka nie piętnuje gwałciciela, tylko portretuje człowieka, który się życiowo zagubił i za mocno uwierzył we własną fantazję.

A może problem jest także pokoleniowy? Faceci w pewnym wieku pamiętają jeszcze czasy, kiedy mówili dziewczynie komplement, a ona słodko się uśmiechała. a teraz strach im się odezwać. Muszą się uczyć nowych reguł gry!

- Żadnych zewnętrznych reguł gry już nie mamy, nie wiadomo, ile uśmiechów można wymienić bezkarnie, (śmiech) Na pewno taką regułą jest uważność - uważność na drugą osobę. Tej uważności, uwrażliwienia nie da się nikomu nakazać prawnie, bo to sprawa wyczucia. Na przykład żeby odróżnić, czy dziewczyna się uśmiecha z zalotności, z uprzejmości, z zakłopotania czy ze strachu. Właśnie dlatego robimy kameralny, psychologiczny teatr: żeby opowiadać o takich niuansach.

___

Natalia Fijewska-Zdanowska - (ur. 1981) ukończyła filozofię na UW. Powołała do życia i prowadzi wraz z siostrami autorską scenę niezależną Teatr Młyn, dla której napisała i wyreżyserowała kilkanaście sztuk: monodram "Głuchoniemoc" (2004), "Różową skarpetkę" (2006), "De-naturat" (2007), "Siostry" (2008), "Piątą rano" (2009), "Gabinet" (2010), "Faceta mojej żony" (2011), "Niunię" (2012), "Drakę" (2013), "Nagą Pragę" (2014), "Artystę" (2014), "Córkę" (2015), "(Maska)radę gminy" (2016), "Niedzielne popołudnie" (2018). Spektakle były grane w Teatrze Młyn na warszawskiej Starówce, a także gościnnie w stołecznych teatrach: Powszechnym, Ochoty, Polskim, Wytwórnia, Konsekwentnym. Jest autorką ponad stu tekstów piosenek, między innymi do spektaklu muzycznego "Seks, rosół i pieluchy" (2017) w reżyserii Jarosława Boberka, a także do dwóch płyt zespołu NocnySuperSam oraz płyty Słowotoki. Była też inicjatorką i dyrektorką artystyczną Konkursu na Kameralną Sztukę Współczesną SŁOWO/AKTOR/SPOTKANIE 2016, stypendystką Ministerstwa Kultury i PISFu, autorką słuchowisk dla dzieci oraz scenariuszy filmowych. Drukujemy jej ostatni dramat "Blisko", który miał premierę w grudniu zeszłego roku; zagrali Marianna Kowalewska i Janusz Łagodziński.

Justyna Jaworska
Dialog
16 marca 2020

Książka tygodnia

Pomarli
Wydawnictwo Czarne
Waldemar Bawołek

Trailer tygodnia