Błogosławiona obłość

Felieton Łukasza Drewniaka

1.
Rozpoczęła się procedura odwoławcza dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu. Uff! – zawołają jedni. Rychło w czas! – warkną drudzy. Ale dlaczego, przecież było tak fajnie?! – zdziwi się grupka aktorów i zakładowa Solidarność popierająca Cezarego Morawskiego.

Decyzja samorządowców nie kończy jeszcze przykrego eksperymentu wrocławskiego, polegającego na ratowaniu zadłużonego teatru przez zniszczenie teatru, ale jest pierwszym od pół roku światełkiem w tunelu, dającym nadzieję, że do Teatru Polskiego wróci normalność. Co niekoniecznie oznacza powrót Krzysztofa Mieszkowskiego na białym koniu. Takich happy endów nie ma.

Chciałbym jednak niniejszym złożyć przedwczesne gratulacje dla bohaterskiego i niezłomnego zespołu aktorskiego, związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza, lojalnej publiczności wrocławskiej i redaktor Magdzie Piekarskiej za piękną i słuszną walkę. Nie spodziewałem się, że będą aż tak zdeterminowani, zjednoczeni, aktywni, by wygrać jakąkolwiek rundę w starciu z władzą i nominatem. A jednak.

Straty są duże, rany głębokie. Obecny sezon przepadł, zespół techniczny i artystyczny podzielił się na dwa wrogie obozy. Teatr Polski z wiodącej sceny w kraju, sceny cenionej w Europie i poszukującej nowych form, zmienił się w scenę zakneblowaną, prowincjonalną i niedziałającą. W zespół cierpiący i zgnębiony. Męczeństwo, zwolnienia i nerwy aktorów z Polskiego nie poszły jednak na marne. Czegoś chyba się wszyscy na tym wrocławskim smutnym przykładzie nauczyliśmy.

Lekcja dla środowiska: kiedy chcesz osiągnąć to, co słuszne i sprawiedliwe, szykuj się na wojnę totalną. Bądź uparty i zjednoczony. Szukaj wszędzie sojuszników i obrońców. Nie wahaj się stosować metod przykrych dla drugiej strony, skoro naprawdę wierzysz, że masz rację. Racja jest tylko jedna. W każdym sporze racja bywa zwykle po tej słusznej stronie, druga strona nie ma racji tym bardziej, skoro przegrała. Tylko opinia zespołu wyjątkowego, zaangażowanego, bezkompromisowego pozwoli ci wygrać walkę. Tylko takim artystom ludzie uwierzą, że o coś im chodzi. W ostatnich latach przegrywały walkę o rację właśnie te zespoły, którym nie wierzyliśmy, że są zespołami, daliśmy sobie wmówić, że po ich rozpędzeniu ludzie i tak dadzą sobie radę, że mają alternatywę. Nic im się nie stanie, jeśli odejdą z tego miejsca. Zespół wrocławski walczył o miejsce pracy jak o życie i dlatego póki co wygrał.

Lekcja dla władz: jak wszyscy, ale to wszyscy mówią, że z tym dyrektorem to się nie uda, trzeba zakładać, że raczej się nie uda. Nie będzie potem przykrych niespodzianek i zdziwienia, że dyrektor sobie nie radzi. We Wrocławiu stało się to, co podejrzewaliśmy – że Cezary Morawski zaogni tylko sytuację, nie przygotuje repertuaru, nie zaprosi nikogo ważnego. Jak się okazało, władza, która raz nagnie prawo i dobry obyczaj, żeby przeforsować swojego kandydata, może zrobić to samo w drugą stronę, pozbywając się go ze stanowiska. Jest to jakaś sprawiedliwość. Zawsze sprawiedliwie niesprawiedliwa.

Nie liczmy na żadne przeprosiny, posypywanie głowy popiołem ze strony panów marszałków Samborskiego i Przybylskiego. Ukradli zespołowi i teatrowi rok artystycznego życia, dobrze będzie, jak tylko rok. Ale nadal mają szansę okazać się tymi mniej złymi. Nie do końca złymi. Naszymi złymi. Złymi, którzy w dosłownie ostatnim momencie zaczęli strzelać w tę stronę, co trzeba.

Oczywiście sprawa dyrektora Morawskiego jeszcze się nie kończy. Możliwe jest weto Ministerstwa. Cezary Morawski pójdzie do sądu pracy i nie jest bez szans. Wyrok może być nawet na jego korzyść, dlatego Urząd Marszałkowski zastosuje strategię faktów dokonanych. W Polskim będzie już nowy dyrektor. Menedżer lub artysta o ustalonym dorobku. Morawski wywalczy co najwyżej odszkodowanie, bo do placówki nie wróci. Może zresztą w ogóle od zawsze chodziło mu tylko o godziwą odprawę, emeryturę dyrektorską, na którą chciał we Wrocławiu zapracować. Motywacje szwarzcharakterów bywają zwykle totalnie przyziemne. Wieku się nie oszuka. W pewnym momencie człowiek myśli tylko o stabilizacji na stare lata. W jakimś sensie Cezary Morawski to osiągnął. Walczono z nim ostro, czasem za ostro, ale nie mam poczucia, że przekroczono granicę. W chwili, gdy nie chodziło już tylko o kierunek zmian w Polskim, a o miejsca pracy i godność zespołu, ci słabsi mogli więcej niż ci z pozoru silniejsi.

Efektem półrocznej eskalacji wojny o Teatr Polski jest definitywny podział zespołu na „morawskich" i zbuntowanych. Co stanie się z tymi grupami po przyjściu nowego dyrektora? Nie wyobrażam sobie teraz odwetowych zwolnień popleczników Morawskiego. Choć wiele osób pewnie na to zasłużyło. Dalsze starcie Solidarności z Inicjatywą Pracowniczą nie ma sensu. Trzeba znaleźć kandydata, który pogodzi obie frakcje. Niedawny kandydat zespołu, Piotr Rudzki, nie ma niestety szans. Nie tylko dlatego, że jego publicystyka i działania wobec urzędników tylko zaogniały spór jeszcze w czasach Mieszkowskiego. Rozwiązaniem jest ktoś naprawdę z zewnątrz. Pogodzić obu grup się nie da, można zapewnić im tylko pokojową koegzystencję w teatrze. Na jakiś czas.

2.
Skoro środowisko teatralne czekają wiosną i latem kolejne zawirowania dyrektorskie, nowe rozdania i gry gabinetowe, rozważmy, ku powszechnemu pożytkowi, pewien niebagatelny konkursowy atut, czyli tak zwany „dyrektorski wygląd" kandydata. Szanowni reżyserzy, menedżerowie, artyści, kierownicy literaccy, dramaturdzy, związkowcy i ty, Jacku Zembrzuski! Zanim będziecie aplikować, stańcie, moi drodzy, na chwilę przed lustrem i zastanówcie się – są tylko dwie możliwości: albo go macie, albo nie.

Dyrektorski wygląd polega z grubsza na tym, że nawet jak się ma trzydzieści parę lat, to wygląda się na pięćdziesiąt. A potem, jak się już te pięćdziesiąt lat człowiekowi skończy, ludzie dalej myślą, że mają do czynienia z nad wiek poważnym trzydziestoparolatkiem. Inaczej mówiąc: modelowy dyrektor, urzędnik, administrator, menedżer zawsze wygląda tak samo dojrzale, szacownie, odpowiedzialnie, statecznie. Jest jakby w wieku bez wieku. Staro-młody, młodo-stary. Prezencja dyrektora skleja się w jakiś symboliczny sposób z kondycją instytucji, którą kieruje. Nie, nie chodzi mi wcale o to, że szef kulawej placówki od razu utyka na prawą lub lewą nogę. Albo że kiedy dyrektor ma nadwagę, to jego firma cierpi na przerost zatrudnienia. Skądże! Po prostu myśląc o właściwościach firmy/usługi/instytucji, skupiamy się automatycznie na jej frontmanach, przez pryzmat ich wyglądu oceniamy potencjał grupy, projektu lub miejsca. Oni dają twarz idei i formule.

Nie przypadkiem nie ma wytatuowanych księgowych, ani agentów ubezpieczeniowych z irokezem na głowie i kolczykiem w nosie. Nie dalibyśmy im żadnych pieniędzy. Nie podpisalibyśmy z nimi ani jednego zobowiązania finansowego. Nie wpuścilibyśmy za próg. Bo wytatuowani i kolczaści mają, tak podejrzewamy, ciekawe i kolorowe życie. I mogliby nasze pieniądze po prostu wydać na te swoje kolory i szaleństwa. Jeśli my tak myślimy, czemu urzędnicy od kultury mieliby myśleć inaczej, kiedy staje przed nimi kandydat na dyrektora? Oni mają pieniądze i gmach, on chce tymi pieniędzmi i tym gmachem zarządzać. I od tego, jak on wygląda, zależy to, czy oni w ogóle mu je dadzą.

Konkurs na dyrektora teatru jest w pewnym sensie konkursem piękności, tylko że nie wygrywa w nim ten, kto wygląda na artystę, tylko ten, kto wygląda na dyrektora.

Niektórzy wyglądają. Zachwycałem się swego czasu dyrektorską prezencją dra Daniela Przastka, ale wygląda na to, że doktor Przastek chwilowo dał sobie spokój z kandydowaniem. Poszukajmy zatem innych przykładów.

W dziedzinie teatralnej w jakiś tajemniczy sposób na doświadczonej dyrektorskiej twarzy zapisuje się latami myślenie o scenie, zespole, repertuarze – ba, nawet o budynku i pionie administracyjnym! Popatrzcie na Annę Augustynowicz, Macieja Englerta czy Jacka Głomba, długoletnich szefów artystycznych zasłużonych teatrów. Długoletni dyrektor w codziennym byciu od zawsze odgrywa, imituje własny teatr albo własny teatr dawno temu zaraził go obowiązującą na jego scenie konwencją gry, życia i stylu myślenia. Dyrektorzy zjednoczeni duchowo z profilem własnej sceny są częścią własnego teatru także ciałem, stają się jego mózgiem i trzustką, nie trzeba nawet do nich podchodzić zbyt blisko, by dostrzec, że ich teatry żyją im cały czas pod skórą, objawiają się w dyrektorskiej mimice, obyczajach, temperaturze rozmowy. Można by rzec: dajcie mi człowieka, a powiem wam, jaki teatr robi, jaką konwencję inscenizacyjną hołubi, jaka klatka schodowa z teatralnego wejścia administracyjnego się w nim znajduje... Więc analogicznie: skoro teatr, jaki był i jaki jest, siedzi tak mocno w człowieku, który go prowadzi, to w potencjalnym dyrektorze, w kandydacie na dyrektora również można odkryć projekt, jaki ma na taką czy inną scenę. Wiem, że brzmi to prawie jak zdanie z Procesu Kafki o wyczytywaniu wyroku z twarzy oskarżonego przez ludzi czekających w kolejkach na sądowych korytarzach, ale zastanówmy się, czy naprawdę tak zwana metafizyka fizjonomiki nie ma przypadkiem znaczenia podczas rozstrzygania konkursów dyrektorskich w Polsce? Otóż ma. Inaczej pół roku temu nie wygrałby Cezary Morawski we Wrocławiu, inaczej nie poszłoby tak dobrze Piotrowi Półtorakowi w Białymstoku czy pewnemu aktorowi z Jeleniej Góry. Nie chodzi mi o to, że trójka aktorów świetnie zagrała dyrektorów przed komisją konkursową, choć mogło być i tak. Sęk w tym, że wszyscy byli w odpowiednim wieku i mowa ich ciała zdradzała kierowniczy potencjał. Mieścili się w szufladce: „człowiek z tak zwanym dyrektorskim wyglądem". Dobrze rokowali stereotypom.

Zastanówmy się, co szanowni członkowie komisji wiedzą o kandydacie w chwili konkursowego przesłuchania? Jeśli, dajmy na to, jest osobą w skali krajowej anonimową? W dokumentach, które komisja dostaje do wglądu, są tylko nazwiska i pobożne życzenia, literki i cyferki, koncepcje ekonomiczne mniej lub bardziej księżycowe – nigdy nie ma pewności, że kandydat sam je stawiał, sam je obliczył. Co innego żywy człowiek, schwytany w rozmowie, poddany spojrzeniu drugiej osoby. Jestem stuprocentowo pewny, że podczas konkursowych przesłuchań niejako intuicyjnie poszukiwana jest w człowieku, który aplikuje, wizualna godność urzędnicza. Tak zwany „gen reprezentacji".

Sęk w tym, żeby wyglądać starzej niż młodziej. Stateczniej, mądrzej. Pasować do gabinetu i fotela. Żeby do twarzy było człowiekowi ze skoroszytem, kalkulatorem i telefonem stacjonarnym. Żeby długopis ładnie układał się w palcach.

Udowodniono niezbicie, że wszystkie kłopoty obecnego posła, a byłego dyrektora Krzysztofa Mieszkowskiego w starciu z dolnośląskimi urzędnikami, a obecnie i z parlamentarzystami z wrażej opcji, brały się i biorą właśnie z braku statecznego urzędniczo-parlamentarnego wyglądu. Widzieliście kiedyś Mieszkowskiego z fakturą? Albo fotografię Mieszkowskiego z nosem w księgach wieczystych? Istnieją za to liczne zdjęcia dyrektora w podróży, z artystami, na próbie, na bankiecie, w otoczeniu pięknych kobiet. No i nie można, myślą sobie urzędnicy, być starszym o rok od Jacka Sieradzkiego i wyglądać jak młodszy brat Mateusza Kusznierewicza! Nie można. Ani liczyć sobie z sześćdziesiąt wiosen i dalej mieć blond loki. Nie uchodzi, no nie uchodzi!

Tak rządzą nami dyrektorskie stereotypy.

Dyrektor naczelny winien, wedle powszechnego mniemania, unikać póz zbyt artystowskich, bo od takich póz ma artystów na etacie. Raczej musi być kompetencyjną krzyżówką naukowca z bankierem tak, żeby można było mu w zaufaniu powierzyć publiczne pieniądze, a on już sam wyłącznie siłą swojego umysłu jakoś je pomnoży. Pieniądze na teatr wyskoczą z myślącego, pooranego zmarszczkami czoła, będą posiadać moralny i erudycyjny background, odnajdą się nagle w kieszeniach eleganckiego, aczkolwiek nie ekstrawaganckiego, garnituru. Posągowy dyrektor naczelny sam je sobie wystoi lub wysiedzi, reprezentując godnie instytucję, której przewodzi. Ach, być na pierwszy rzut oka branym za zaopatrzeniowca, administratora kamienicy i portiera! Mieć w sobie spokój inżyniera i błysk w oku doświadczonego chirurga! Wtedy każdy konkurs wygrywamy w cuglach.

Tym wszystkim, którzy czują w sobie taki potencjał, doradzam pojawianie się na przesłuchaniach razem z gustownym fotelem, w którym kandydat na dyrektora będzie prezentował się wiarygodnie. Fotel z kandydatem mogliby wpychać na salę z komisją przejęci i zatroskani swoją misją asystenci w różnym wieku, broń Boże wiotcy chłopcy i śliczne panienki, tylko księgowe i ochroniarze w mundurach komandosów. Komisja mogłaby też pójść krok dalej: mieć na sali własny fotel i przymierzać do niego kandydatów. Nie każdy w nim dobrze i godnie, dyrektorsko wygląda, nie każdy...

Niektórzy artyści nie mają takiego godnościowego potencjału. I są skazani na niebycie dyrektorem już na starcie. Wyobrażacie sobie młodzieńczego scenografa Michała Korchowca przed komisją egzaminacyjną jako poważnego kandydata na dyrektora z teczką pełną ekonomicznych diagnoz i wykresów? Albo już w ogóle – w okolicach dyrektorskiego biurka, w gabinecie? No właśnie. Nie wyobrażacie sobie. Komisje konkursowe też sobie nie wyobrażają. Wydaje mi się, że Michał Korchowiec nawet nie wie, co to biurko i co przy nim można robić. Kawiarniane stoliki, malarskie sztalugi, stoły kreślarskie – tak. Biurko z dokumentami? Nie wiem, o co chodzi... Ktoś to już wynalazł? Picabia? Duchamps? – wiłby się bez sensu młody scenograf, wzięty przez komisję na męki. Idźmy dalej. Czy reżyser o twarzy efeba, dajmy na to Michał Kmiecik, mógłby wejść do sekretariatu i powiedzieć: „Dzień dobry, jestem nowym dyrektorem tego teatru". Nie. Sekretarka parsknęłaby śmiechem i powiedziała: „Nie żartuj chłopczyku, mamy nie ma dziś w pracy". Brzmi to jak skecz z serialu Artyści, ale niestety komisja konkursowa bierze takie żarty pod uwagę. Korchowiec i Kmiecik, by zostać dyrektorami, muszą się najpierw solidnie zestarzeć i przytyć. Wiedza i zdolności na nic się im nie przydarzą w Królestwie Wizerunków. Kiedyś o młodych aktorach mówiło się, że muszą dochlać się twarzy, dziś, w naszych abstynenckich czasach, zalecam maseczki z faktur, kąpiele lecznicze w ustawach o widowiskach i inhalacje prawem karnym.

Podejrzewam, że połowa konkursów – oprócz tych ustawionych – polega na komisyjnym rozstrzyganiu, czy do niektórych artystów i intelektualistów pasuje słowo dyrektor, czy nie pasuje. Niestety, niestety...

Młodości i wiotkości twarzy i ciała teatru, ty szans urzędniczych nie masz!

Wyjątek stanowią młode, rzutkie reżyserki i menedżerki. Pełne energii, skoncentrowane na działaniu, merytoryczne, wyważone, żarliwie opowiadające o swojej misji. Bo są dla członków konkursowych gremiów wszystkim tym, czym komisja nie jest. Przybyły z innego świata. I jakoś tak same z siebie kojarzą się z przyszłością, z dobrą atmosferą pracy, brakiem wulgarności i konfliktów, z dziećmi-spektaklami, z kobiecą zdolnością do ogarnięcia kilkunastu rzeczy naraz. Nasz kraj zbudowały i trzymają póki co w kupie kobiety – myśli sobie wysoka komisja – dajmy i tej dziewczynie uratować teatr. Zagłosują na nią i panie-urzędniczki, i aktorki, i pięćdziesięcioletni delegaci z ministerstwa.

W gruncie rzeczy to straszne i niesprawiedliwe, że komisje konkursowe myślą stereotypami: płciowymi, klasowymi, społecznymi, obyczajowymi. Skupiają się na wizerunkach, a nie na zawartości głowy kandydata. Oczywiście analizujemy tu sytuację, w której wszyscy kandydaci startują z punktu zero. Są w równym stopniu nieznani komisji. Co innego, gdy kandydat rozpozna wcześniej grunt, spotka się ze środowiskami lokalnymi, wychodzi sobie znajomości, rozpoznawalność, kojarzenie intencji. Wtedy zły lub dobry wizerunek nieco przegrywa z tak zwanym efektem „swojego człowieka". Myślmy pozytywnie. Zabezpieczmy się przed opresją wizerunków. Co my Polacy, możemy zrobić, żeby unieszkodliwić ten automatyzm w myśleniu komisji o kandydatach zasiadających naprzeciwko nich i mających 10 minut na przedstawienie programu i siebie samego? Postulowałbym obywatelskie kursy dla członków komisji konkursów dyrektorskich. Pokazywanie, jak można sprawdzić, co jest w środku człowieka, jak to odkrywać, jak to analizować. Przysłany z uniwersytetu antropolog tłumaczyłby na przykładzie krótkich filmików z udziałem kandydata, co jest w nim piękne, mądre i godne. Inny naukowiec, prezentowałby przed komisją konkursową dorobek zawodowy aplikujących o posadę, by obiektywnie oceniła ich prace, zamiary, sukcesy i porażki. Na trzecim etapie kursu pojawiałby się psycholog lub ksiądz i mówił o przymiotach moralnych kandydatów. Ale tylko pozytywnie.

Wiemy jednak, że tak się nie stanie. Ludzie dalej będą poddani władzy wizerunków, w kolejnych sprawiedliwych konkursach wygrają kandydaci o tak zwanym dyrektorskim wyglądzie.

My, piszący, niewiele możemy zrobić, by dyrektorami teatrów zostawali ludzie dobrzy i odpowiedzialni. Ale wy – działający i tworzący – możecie. Stańcie przed lustrami.

Łukasz Drewniak
teatralny.pl
17 lutego 2017

Książka tygodnia

Warszawskie sezony teatralne 1945–1949
Wydawnictwo Bellona
Tomasz Mościcki

Trailer tygodnia