Błoto historii

16. Genius Loci

Festiwal Genius Loci w założeniu ma przywracać nieoczywistą pamięć związaną z historią Małopolski. Ożywienie poszczególnych miejsc na mapie regionu w intencji kuratora, Bartosza Szydłowskiego, polega na zaglądaniu pod powierzchnię uładzonych obrazów przeszłości. Celem artystów jest pokazanie skomplikowanych relacji, które tutaj zostały zapisane. Wydobycie ich na światło dzienne być może pozwoli na nowo przemyśleć lokalne uwarunkowania tożsamości mieszkańców. Instrumentem tego przedsięwzięcia stał się teatr. Dwa ostatnie przedstawienia festiwalu pokazały, że ten eksperyment na historii niesie ze sobą więcej problemów niż klarownych odpowiedzi.

21 września odbyła się premiera "Rabacji" Jakuba Roszkowskiego. Planem wydarzeń z 1846 roku stało się zrekonstruowane przez Muzeum Okręgowe w Nowym Sączu Miasteczko Galicyjskie, wchodzące w skład Sądeckiego Parku Etnograficznego. Reżyser i autor w jednej osobie starał się w tym miejscu zderzyć ze sobą trzy perspektywy - szlachecką, chłopską i austriacką - tworząc diagnozę tragicznych wydarzeń Rzezi galicyjskiej.

Przedstawienie zaczyna się na głównym placu Miasteczka od spowijanej wolno pieśni ludowej o Rabacji. Muzycy w góralskich strojach mają za zadanie przenieść nas brzmieniem bębnów w tamte czasy. Udajemy się do kościoła, gdzie dwaj przedstawiciele szlachty, organizujący w konspiracji powstanie, zwracają się do publiczności jako do braci ze stanu. Chcą przyspieszyć powstanie, choć brakuje sprzętu i jedności z chłopami. Pomysł osadzenia tej sceny w kościele sugeruje sojusz szlachty z duchowieństwem, ale pokazuje także instrumentalizację religii w celach politycznych. Dialog przerywa dziedziczka, która wzywa konspiratorów do podjęcia negocjacji z chłopami. Wróży niepowodzenie powstaniu, jeśli szlachta nie zniesie pańszczyzny. Jej prośby na nic się zdają. Z boskim błogosławieństwem wyruszamy w dalszą podróż.

Tym razem do wiejskiej chaty, gdzie - już jako chłopi - wysłuchujemy skarg jednego z domowników. W przejmującym monologu mówi o nędzy i głodzie, który trawi większość mieszkańców wioski na przednówku. Wybór między śmiercią a rebelią nie ma dla nich większego znaczenia. W izbie pojawia się dziedziczka i sugeruje chłopom, aby przyłączyli się do szlachty, co doprowadzi do zniesienia pańszczyzny. Chłop brutalnie odrzuca jej obietnicę bez pokrycia. Wydaje się, że sprawa nie ma rozwiązania. Wojna polsko-polska wybuchnie lada moment. Na nic się zdaje wiara pokładana w zwierzchnictwo Austriaków. Trzeci obraz w ratuszu pokazuje jasno, że zaborcy wycofują się z bycia stroną w konflikcie, licząc na wewnętrzne wyniszczenie narodu polskiego.

Ciekawym zabiegiem jest synchroniczne pokazanie ostatnich dwudziestu minut przed rozpoczęciem Rabacji z punktu widzenia trzech kluczowych stron sporu. Na każdym planie elektroniczny zegar odlicza czas. Brak komunikacji między szlachtą i chłopstwem, spowodowany głównie arogancją tych pierwszych i urazą za odniesione krzywdy tych drugich, powoduje załamanie zaufania i głęboki kryzys. Braku dialogu nie jest w stanie naprawić dziedziczka - pokazana jako czarny anioł. W finałowej scenie wracamy na rynek, gdzie odbywa się symboliczny koncert - wszystkie postaci (w strojach jakby byli obdarci ze skóry) śpiewają pieśń o morderstwach popełnianych przez chłopów. Wtórują im chóry kobiet w strojach góralskich. Ta scena symbolicznie reprezentuje wybuch rebelii - muzyka, śpiewy oraz iluminacje tworzą wrażenie odbywającej się na rynku bitwy.

Choć Jakub Roszkowski bronił się przed łatką rekonstrukcji, jego decyzje świadczą o tym, że w istocie była to inscenizacja wydarzeń historycznych. Wybór miejsca pociągnął za sobą dużo znaczeń. Muzealna rekonstrukcja zabudowy XIX-wiecznego miasteczka narzuca misję edukacyjną. Teatr w tym miejscu ulega instrumentalizacji - służy ilustrowaniu przeszłych zdarzeń. Reprezentacje się zgadzają. Każdy ze stanów zyskuje odpowiadający mu plan. Szlachta - kościół, chłopi - gospodę, władze austriackie - ratusz. Sceny rozgrywane w tych miejscach stanowiły odbicie psychiki jednostek doprowadzonych do skrajności. Ilustrowały także procesy historyczne. Tworząc tak realistyczny obraz trudno uniknąć łatki "rekonstrukcyjności". Nie poradzi tutaj nawet zabieg montażu, by historie czytać synchronicznie zamiast linearnie. Opowieść nie zyskuje uniwersalnego znaczenia, nie wychodzi poza lokalność i historyczność. W dzisiejszych czasach nie ma już klas społecznych i pańszczyzny. Jak tamten wyzysk miałby opisywać dzisiejsze społeczeństwo polskie? Czy tamten brak komunikacji między klasami przypadkiem się nie zdezaktualizował w obliczu mass mediów? Czy podział klasowy odzwierciedla dzisiejsze problemy demokracji? Trudno wyjść poza dramat historyczny, nie odpowiadając jasno na tego typu problemy. Utrzymany w dobrym rytmie spektakl, ze świetnymi kostiumami Mirka Kaczmarka, ubarwiony w ciekawy sposób pieśnią i muzyką ludową, nie przełamał niestety ograniczeń rekonstrukcji.

Trzy dni później odbyła się premiera "Ojców" Marcina Wierzchowskiego. Jaskinia Maszycka w Ojcowskim Parku Narodowym stała się głównym motywem, wokół którego rozgrywało się przedstawienie. Już w autobusie aktorzy wciągali widzów w luźne rozważania o paleolicie. Naszą podróż zaczęto opowiadać jako wyprawę do korzeni gatunku ludzkiego, a jednocześnie początek rytuału, w którym jaskinia odgrywa główną rolę. A jednak miało się wrażenie, że nie jaskinia, ale dyskurs naukowy wokół tego miejsca był dla twórców najistotniejszy. Teorie naukowe wysnute z odkryć archeologicznych dotyczyły życia mieszkańców jaskini sprzed piętnastu tysięcy lat, którzy zostali prawdopodobnie zabici i zjedzeni. Inna teoria głosi, że brak szczątków mężczyzn świadczy o tym, że to oni mogli być napastnikami, zjedli kobiety i dzieci. Autorzy przedstawienia starali się połączyć te teorie z doświadczeniami współczesnego człowieka.

Dziwi bezgraniczne zaufanie twórców do nauki (nie jest przecież transparentna, nie odsyła bezpośrednio do doświadczeń ludzi), którego pokłosiem była nurząca psychoanalityczna rozgrywka. Dramaturgicznym wehikułem spektaklu miał być sen. Za jego pośrednictwem łączymy się z przodkami, a co za tym idzie z kanonem zachowań, które decydują o ludzkich słabościach. To spotkanie antropologii i psychoanalizy spod znaku Junga wypada dość anachronicznie. Poznany w pociągu mężczyzna prowadzi amatorską psychoanalizę głównej bohaterki Klarysy. Pomijając już uzasadnienie spotkania tych dwóch osób w tym miejscu, ciężko uwierzyć, że mężczyzna jest profesjonalistą, skoro chwyta się takich rozwiązań... Dziewczyna śniła o jaskini, a więc jedziemy tam, by uczestniczyć w rytuale dochodzenia do samowiedzy. Widzowie stają się częścią pseudoterapeutycznego eksperymentu, w którym znawca snów próbuje przez analogię do jaskiniowych kanibali wytłumaczyć dziewczynie jej życie. Ktoś jest katem, a ktoś ofiarą. Wydaje się, że Klarysa jest ofiarą; okazuje się, że jest odwrotnie. W jaskini mieszkają bezdomni, z których jeden od czasu do czasu przerywa dialog między znawcą snów a bohaterką. Opowiada historie, które wpisują się w schemat kat - ofiara.

Scenariusz był budowany w oparciu o intelektualną spekulację a środki wyrazu nie oddały w pełni jego zamierzeń. Sytuację utrudnił rzęsisty deszcz (choć należy pochwalić organizatorów za czujność: rozdali peleryny przeciwdeszczowe, zapewnili gorącą herbatę i pomagali widzom schodzić po błotnistej ścieżce), słabe oświetlenie i kiepska akustyka. Miejsce nie zostało dobrze zaaranżowane na potrzeby teatru. Dwójka głównych bohaterów dreptała wokół ogniska, tocząc nużący dialog. Od czasu do czasu włączały się trzy kobiety (wiedźmy, duchy przeszłości?). A chodziło przecież o zbudowanie przestrzeni rytuału, w której dokona się akt przemienienia.

Nie mogło się to udać także z innego względu. Wydaje się, że zawierzając sile gry intelektualnej, twórcy oddalili się od możliwości stworzenia przekonującej iluzji. Żadnej postaci nie chciało się wierzyć. Może z wyjątkiem bezdomnego (Rafał Pietrzak) skutecznie rozwalającego dyskurs; choć zdaje się, że sympatię publiczności zyskiwał tylko dlatego, że dzięki niemu można było oderwać się od nudnych wywodów znawcy snów. Jaskinia stała się artefaktem, za pomocą którego próbowano przekonać widza o niechlubnej łączności z przodkami. Przeniesiona z akademickich hipotez, straciła coś autentycznego i paradoksalnie uniemożliwiła kontakt z przeszłością - do czego wzywał twórców Bartosz Szydłowski.

Festiwalu Genius Loci po pierwsze stawia pytanie o metodę pracy z materiałem historycznym. Wybór tematów, teorii to problemy naukowe, które trzeba pogodzić z koncepcją estetyczną. W obu przypadkach faktografia ciążyła przedstawieniom. Jakub Roszkowski zapomniał o tu i teraz, a Marcin Wierzchowski skonstruował nudny esej. Po drugie, przedstawienia uaktualniły problem teatru z plenerem. Jak zrobić przedstawienie, żeby nie ilustrowało wydarzeń historycznych i nie ogrywało skansenu ("Rabacja"), lub które stawia miejsce w świetle naukowego reliktu i pozostawia je zupełnie nieogranym ("Ojcowie")? Słowem jak znaleźć odpowiednią formułę, w której nie będzie konfliktu między historią a teatrem? Gdzie ani teatr ani historia, ani tym bardziej plenery nie będą traktowane instrumentalnie? Więcej niż przeszłość dotknęło gości to, co nieplanowane - pogoda. Genius Loci utonął w błocie.

Piotr Urbanowicz
e-teatr.pl
29 września 2017

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...