Bo ja szczęście mam szalone, czyli „Zemsta" inaczej

"Zemsta" - reż. Anna Augustynowicz - Teatr J. Słowackiego w Krakowie

Lubię Fredrę. Moją niekłamaną i niezmienną sympatię budzi, ten jedyny wśród polskich romantyków twórca, który na rzeczywistość patrzył krytycznym i analitycznym okiem, ale mówił o niej językiem pełnym lekkiego humoru doceniając, jak mniemam, terapeutyczną moc śmiechu.

Okazało się jednak, że na „Zemstę" w reżyserii Anny Augustynowicz wybrałam się nie dla owego humoru, ale po to, by zobaczyć, że twórcom tej odsłony komedii romantycznego poety udało się jej śmiech zabić. A muszę zaznaczyć, iż do tej pory byłam dogłębnie przekonana, i za to przekonanie dałabym się pokroić, że jest to zwyczajnie niemożliwe.

Co ciekawe, Anna Augustynowicz pozostała przy tradycyjnym przekazie językowym „Zemsty", a mimo to zredukowane niemal do zera zostały wszelkie elementy komizmu językowego i sytuacyjnego. Dużą rolę odegrała w tym zapewne zarówno bardzo oszczędna scenografia (Marek Braun), której podstawowym elementem jest umieszczony na środku sceny dużych rozmiarów stół, jak również współczesne kostiumy wszystkie proste i utrzymane w czarno – szarej tonacji kolorystycznej. Stanowią one dosyć ponurą oprawę dla rozgrywających się na scenie zdarzeń, pozbawioną jakichkolwiek elementów optymizmu.

W przedstawieniu udział biorą wszystkie postaci dramatu Fredy. Niemniej jednak, już po pierwszych kilkunastu minutach widać, że jest to w zasadzie spektakl Cześnika (Maciej Jackowski) i Rejenta (w tej roli doskonały Marcin Sianko) oraz Papkina (w tej roli fenomenalny Feliks Szajnert), poprzez którego obaj panowie prowadzą rozmowy między sobą. Pozostałe postacie pojawiają się niejako w tle, stanowiąc zaledwie kontekstowe uzupełnienie bądź wyjaśnienie niedomówień i problemów rysujących się w kontaktach adwersarzy, a jednocześnie wizualizując całą gamę uczuć i emocji towarzyszącym rozgrywającemu się na oczach widzów konfliktowi. Interpretacja sceniczna Augustynowicz zachowuje więc zasadnicze elementy Fredrowskiej komedii, bo podobnie jak tam rozwój konfliktu związany jest z budową zamkowego muru i podobnie jak tam dotyczy on planów małżeńskich Klary i Wacława wplątanych wbrew swej woli w personalne rozgrywki i plany małżeńskie pozostałych uczestników dramatu. Przesunięciu ulega jednak nacisk na poszczególne elementy przekazu, decydujący o tym, w jaki sposób cały obraz sceniczny wpływa na widza.

Akcja dramatu rozgrywa się w dialogach toczonych przez Rejenta z Cześnikiem, a od momentu obarczenia przez tego ostatniego rolą posłańca Papkina także on bierze udział w zarysowaniu akcji, a z biegiem czasu zaczyna ją kształtować idąc to za swoim konceptem, to zaś za podszeptami zainteresowanych. Warto zauważyć, że taki sposób prowadzenia akcji doskonale unaocznia nie tylko postać, co zresztą Feliks Szajnert wykorzystał grając w niepowtarzalny i bardzo charakterystyczny sposób, ale też, a może przede wszystkim, funkcję tej postaci dramatu, która w sztuce Fredry, zostaje przyćmiona przez jej komizm i śmiech, który z gry aktora się rodzi. Nie sposób też nie zauważyć doskonałej gry męskiej części zespołu aktorskiego biorącego udział w widowisku. I fakt, że role te dominują na scenie wynika nie tylko z pomysłowości Anny Augustynowicz, ale też z niesamowicie ekspresyjnej gry aktorów. Przy czym jest to gra gestem, ciałem i mimiką twarzy, bo ruchu jest tu stosunkowo mało. Ten brak, najbardziej uderzający jest w grze Macieja Jackowskiego, bo właśnie w postać, którą kreuje, wpisany jest dynamizm i gwałtowność, a niestety aktorowi elementu gry zastępującego realny ruch nie udało się znaleźć i odegrać. Być może dlatego jego Raptusiewicz, na tle pozostałych postaci, wypada blado. Fenomenalni natomiast są pozostali trzej aktorzy. Feliks Szajnert tworzy postać charakterystyczną, a przy tym najbardziej dynamiczną i dobrze, bo jak wiadomo ten typ postaci charakterystyczny być musi, aczkolwiek jego ekspresja powoduje, że zawłaszcza on scenę przytłaczając nieco mniej ekspresyjne postaci. Fenomenalny jest Marcin Sianko w roli Rejenta Milczka. Postać właściwie zupełnie pozbawiona dynamiki, a do tego na tle pozostałych postaci cicha została zagrana tak, że nie da się jej nie zauważyć. Aktor włożył w kreację postaci cały zestaw gestów ramion i dłoni, a w niektórych momentach dramatu także połączoną z odpowiednią mimiką twarzy modulację głosu. Przy konsekwentnej powolności, elegancji i stateczności tej postaci uzyskał doskonały efekt. Wyrazy uznania należą się też Mateuszowi Bierytowi. Aktor wykorzystał to, że jego postać nie jest obarczona żadnym określającym charakter, czy sposób zachowania przydomek i stworzył postać zakochanego, a zarazem zdesperowanego i dynamicznego młodzieńca, który za wszelką cenę dąży do realizacji celu. Przy czym dynamika wynika tu nie tylko z ruchu postaci przemieszczającej się na scenie, ale też z nastawienia płynącego z jej wnętrza, którego efekt uzyskał aktor dzięki drobnym gestom dającym złudzenie ciągłego ruchu, niepokoju, chęci działania.

Postacie kobiece są tu niejako drugoplanowe, niemniej jednak na wzmiankę zasługuje Hanna Bieluszko. Jej Podstolina jest skrajnie statyczna, ale starannie przemyślane, a oszczędne gesty oraz modulacja głosu doskonale współgrają z prowadzoną przez nią niejako zza kulis grą i podejmowanymi decyzjami. Piorunujące wrażenie sprawia też pierwsze pojawienie się aktorki na scenie. Zupełnie nieruchoma postać o białych włosach w kontrastowym czarnym stroju, w sposób zamierzony lub nie, ale z pewnością skuteczny, przykuwa uwagę i tak już pozostaje do końca spektaklu.

Szczerze gratuluję Annie Augustynowicz pomysłu na pokazanie innej twarzy „Zemsty" i dziękuję za pokazanie, że Fredro mimo przyjętej przez niego konwencji wypowiedzi pisał rzeczy poważne. Gratuluję również zespołowi Teatru im. Julisza Słowackiego udanej realizacji widowiska, które wywarło na mnie bardzo duże, a przy tym pozytywne wrażenie, skłoniło też do postawienia wielu pytań i przemyślenia komedii Fredry ponownie. Co ważne, jednoznacznie współczesna scenografia i kostiumy oraz przesunięcie akcentów na inne niż u romantyka elementy tekstu sprawiają, że dzieło to można czytać i oglądać w kontekście współczesnego rzeczywistości, bo zmieniły się wprawdzie czasy, dążenia i cele, ale ludzie i ich pragnienia nie.

Iwona Pięta
Dziennik Teatralny Kraków
13 listopada 2017

Książka tygodnia

Tragedie I: Eurypides
Towarzystwo Naukowe KUL
Eurypides

Trailer tygodnia

Dziadek do orzechów
Jurij Grigorowicz
W wielu krajach nie ma Bożego Narodze...