Bóg i But

"Artaud. Sobowtór i jego teatr" - reż. Paweł Passini - Teatr Studio w Warszawie

"Artaud" Pawła Passiniego może udręczyć widzów wielością wątków, obrazów i wcieleń bohatera. Czy warto brać w tym udział?

Czasem trzeba się zmierzyć z materiałem niemożliwym dla teatru, postacią, o której teatr nie jest w stanie ani opowiedzieć, ani jej pokazać. Passini wprowadził na scenę Teatru Studio chyba najbardziej niepojętego geniusza i szaleńca XX wieku - Antonina Artauda. Założenie było chyba takie: spróbujemy schwycić prawdę o artyście gdzieś między wariacją a rekonstrukcją, cytatem z jego pism i obrazem z realizacji, w których grał, które analizował, widział i przeczuł. Passini nie stwarza na potrzeby tego spektaklu rewolucyjnego języka teatralnego, nic nie burzy i nie podpala. Sprawdza raczej, czy środki i styl, którymi dysponuje jako reżyser, naprawdę wywodzą się z artaudowskich objawień. Nie wierzy w materializację Teatru Okrucieństwa i "efektu dżumy", za to bada wszelkie ich dzisiejsze kalekie wcielenia. Zestawia ciepłe symboliczne kadry z ukąszeniami dźwiękiem, słowem, sytuacją.

Skoro w świecie Artaud był tylko Artaud, scenę zapełniają jego sobowtóry i maski Artauda - dziewiątka aktorów mimów i tancerzy. Echa jego chorobliwej osobowości, zwierciadlane odbicia szaleńczych wcieleń i życiowych póz. Wysoko nad podłogą wisi Nad-Artaud (Marek Oleksy) zamknięty w przezroczystym atomie Boga. Półnagi wędruje wewnątrz bębna, nadaje bezgłośne komunikaty ruchami rąk i warg, desperacko chce się uwolnić i zaraz potem wraca do swego kryształu. Patrzy na etiudy ze swojego życia i nie może nic zmienić. Patrzy jak on - Artaud umiera i zmartwychwstaje ciągle inny, coraz bardziej dziwny.

Oto kręci się obrotówka z fundamentami jakiejś owalnej budowli, może "Fontanny krwi", pojawia się żelazne szpitalne łóżko, z boku sceny stoi jeszcze monstrualny aparat radiowy połączony z maszyną do badania mózgu. Rekwizytów również jest w tym spektaklu zbyt wiele, jakby nadmiar ruchu, słów i obiektów był naczelną metaforą Passiniego, który razem z Danielem Mońskim tworzy na żywo oprawę muzyczną spektaklu. Póki gra muzyka, sceniczne sekwencje dostają nierzeczywistego koloru, kiedy zapada cisza: akcja gaśnie i grzęźnie. Nie ma płynnego montażu, niektóre sceny cierpią na brak łączników - obrazów, które chyba wypadły podczas pracy. Szkoda, że śpiewający i recytujący manifesty tytułowego bohatera reżyser nie zdecydował się na komentowanie kolejnych scen, bezpośrednie wprowadzanie widzów w środek swojej gry z Artaudem. Zamiast jeszcze jednej ezoterycznej frazy mógł mówić na przykład: "Artaud zagrał mnicha Massieu w filmie "Męczeństwo Joanny D\'Arc" Dreyera z 1928 roku, specjalnie dla państwa udźwiękowimy teraz jedną ze scen". Albo: , A teraz rekonstruujemy jego słuchowisko radiowe z 1947 roku "Skończyć z sądem bożym". Bez tych informacji nie wiadomo, o co chodzi z Indianami Tarahumara z Meksyku przedrzeźniającymi Artauda z ekranu, ani po co jest fragment z "Juliusza Cezara", czemu Artaud mistrz dręczy aktorkę próbującą monolog Kordiana z Mont Blanc.

Passini niesłusznie sądził, że jego widzowie wiedzą o życiu, śmierci i sztuce Artauda niemal tyle samo co on. Myślał, że wystarczą wizualne aluzje, tunele asocjacyjne, by ogarnąć i zrozumieć nie tylko dzieło szaleńca, lecz także komentarz reżysera. Pomylił się. Powstał spektakl hermetyczny i erudycyjny, chwilami wręcz czołobitny wobec Artauda. Empatia Passiniego jest ważniejsza niż krytyka. Szkoda, że nie ma w tej opowieści takiego poczucia humoru, jakim reżyser nasączył swoje poprzednie przedstawienia o innych reformatorach teatru - Wyspiańskim w "Odpoczywaniu" i Kantorze w "Szczezłych!". Przecież Artaud był też śmieszny, na straszliwy, ale jednak ludzki sposób.

Najważniejszy ze scenicznych Artaudów Przemysław Wasilkowski recytuje jego manifesty, jakby to były monologi romantyczne, szuka w nich sensu i emocji. Może lepiej byłoby postawić na rozłupywanie słów, kałuże brzmień, piskliwy zaśpiew jak w ocalałych nagraniach głosu Artauda. No tak, łatwo pisać o błędach Passiniego, trudniej o pięknościach, które przykrywają. Paru wizji ze spektaklu już się pewnie nie pozbędę. Jak sceny, w której wewnątrz szklanego atomu Artaud Oleksego telefonuje do Pana Boga, żeby mu powiedzieć, że go nie ma. Że ich obu już nie ma. Zamiast słuchawki trzyma przy uchu ściągnięty z nogi but. Pewnie ten sam, z którym w zaciśniętej garści znaleziono go martwego przy łóżku. Bo w "Artaudzie", tak jak kiedyś w zrealizowanej w Studium Teatralnym "Krucjacie dziecięcej", Passini był o krok od arcydzieła. Zabrakło mu w zespole kogoś bezwzględnie krytycznego, niepoddającego się euforii tworzenia, który stale przypomina: "Ten efekt nie działa!", "Skracajmy, żeby nie przedobrzyć". Kogoś, kto rzuci butem w poetę.

Łukasz Drewniak
Dziennik Gazeta Prawna
6 czerwca 2011

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia