Bóg mordu niestety nie przychodzi

"Bóg mordu" - reż. Henryk Adamek - Teatr Śląski w Katowicach

Co takiego jest w sztuce Yasminy Rezy "Bóg mordu", że do jej ekranizacji przymierza się sam Roman Polański, a o prawo wystawienia zabiegają teatry od Paryża po Broadway? O takich tekstach mówi się, że to "ocean do grania". Dodać tylko trzeba, że ocean Rezy jest niespokojny i łatwo się w nim utopić. Albo, niestety, jeszcze gorzej: osiąść na mieliźnie

I to ostatnie, przez długie minuty, przydarza się Teatrowi Śląskiemu, który wystawił "Boga mordu" na Scenie Kameralnej, w reżyserii Henryka Adamka. O tym, jak ciekawe mogłoby to być przedstawienie świadczą pojedyncze sceny (genialna zemsta na tulipanach). I widoczna gołym okiem gotowość znakomitych aktorów tej sceny - Barbary Lubos, Violetty Smolińskiej, Andrzeja Warcaby i Grzegorza Przybyła - do zmierzenia się z niuansami tekstu. A jednak nie całkiem się udało. Głównie z powodu koncepcji reżysera, który całemu spektaklowi nadał jednolicie farsowy ton. Tymczasem spoiwem dramaturgicznym tej sztuki jest ironia, a nawet szyderstwo. One też zrazu śmieszą, ale potem bolą. I znacznie celniej trafiają w widzów niż niewinna w gruncie rzeczy farsa.

Yasmina Reza, z pierwszego wykształcenia socjolożka, ma zdumiewającą umiejętność włażenia (właśnie tak, brutalnie) w nasze kompleksy i zahamowania. I dokładnie wie, jak rzeczywistą obłudę współczesnych dorobkiewiczów przełożyć na język uogólnień. W dramacie pt. "Sztuka" drwiła z ich snobizmu i celebryckich zapędów. W "Bogu mordu" obnaża fałsz, jakim częstują otoczenie, ale także osoby kochane: dzieci i współmałżonków. To sztuka o kreowaniu siebie na wszystkie możliwe, poza prawdą, sposoby. Oto spotykają się dwie małżeńskie pary, których synowie pobili się na pobliskim skwerze. Idzie o honorowe załatwienie sprawy, choć każda ze stron inaczej honor swego dziecka rozumie. Najpierw jest jednak grzecznie, padają te wszystkie "ą, ę", które padać muszą, bo tak nakazuje dobre wychowanie. Ale potem napięcie niebezpiecznie rośnie. Agresję podkręca rum i kilka telefonów, uruchamiających lawinę pretensji. Krzyżują się więc zarzuty i wyrzuty, opinie i oceny. Także pod adresem własnych partnerów; żony krytykują mężów, mężowie nie pozostają dłużni, karuzela kręci się coraz szybciej. Robi się groźnie, a na pewno bardzo nieprzyjemnie.

Fabuła "Boga mordu" jest wątła, przypomina rusztowanie, na którym aktorzy muszą zbudować prawdopodobieństwo postaci. Siła tekstu Rezy tkwi w tym, co nie zostało napisane, a tli się w bohaterach pod górą pozorów. Tak jest w tekście, ale nie zawsze w spektaklu Teatru Śląskiego, w którym zabrakło momentu kulminacyjnego przełomu. Tej chwili, po której nikt już niczego nie udaje, a ciosy zadaje się serio. Jeden, niezmiennie komediowy, ton dominuje przez półtorej godziny. Te tricki - w scenach kłótni tylko trochę głośniej grane - budzą oczywiście śmiech. Bo są śmieszne. Tylko kompletnie nie możemy przejąć się tym, co widzimy. Podziwiamy (piszę bez ironii) komediową błyskotliwość aktorów, ale nie widzimy postaci z życia wziętych. Reżyser nie daje im szansy wyjścia poza schemat. Wciąż jesteśmy w teatrze, rozumiemy, o co chodzi, czasem trochę się nudzimy, czasem wybuchamy śmiechem. Tylko gdzie ta straszna wiwisekcja obłudy, która zainteresowała samego Romana Polańskiego i teatry od Paryża po Broadway?

Henryka Wach-Malicka
Polska Dziennik Zachodni
9 listopada 2010

Książka tygodnia

Utalentowani jak Nardelli
Sekcja Krytyków Teatralnych ZASP
red.: Anita Nowak, Krystyna Piaseczna, Piotr Rudzki

Trailer tygodnia